Podsumowanie sezonu w maratonach na orientację 2011
Po przebiegnięciu 9 zawodów na orientację na dystansie 50km udało mi się zdobyć Puchar Polski w Pieszych Maratonach na Orientację.
Droga była długa i wyboista.
Pomysł, żeby biegać w tego typu imprezach zawdzięczam Przemkowi Lewandowskiemu. Na początku 2010 roku jechałem jako prelegent na festiwal Włóczykija. Przy okazji okazało się, że w ramach festiwalu organizowane są zawody. Do pokonania było 60 km w nocy, używając tylko mapy i kompasu, po drodze należało jeszcze zaliczyć kilkanaście punktów kontrolnych.
Pierwszy start utarł mi nosa, nie zebrałem wszystkich punktów, wszystko potwornie mnie bolało, ale złapałem bakcyla. W 2010 roku wystartowałem jeszcze w podobnych zawodach DyMnO, a potem w Harpaganie jesiennym, w którym poszło mi już całkiem przyzwoicie, w swoim debiucie na 100km zająłem 4 miejsce i to w zawodach o randze mistrzostw Polski.
Przed sezonem 2011 postanowiłem powalczyć o puchar 'pięćdziesiątek'. W poprzednim sezonie do zwycięstwa wystarczyły Grześkowi Łuczko jedynie 4 starty. Szybko okazało się jednak, że rok później konkurencja była już znacznie trudniejsza.
W pierwszych swoich zawodach na otwarcie sezonu wystartowałem na Roztoczu w Skorpionie, nawigacja i warunki nie były łatwe. Do połowy zawodów szło mi świetnie, potem spory błąd nawigacyjny spowodował, że wraz z Dawidem Studenckim musieliśmy gonić prowadzącego Wojtka Wanata. W Skorpionie zająłem 2 miejsce nie tracąc wiele do Wojtka, który jak się później okazało był dla mnie najgroźniejszym konkurentem w pucharze.
Drugie zawody Rajd Dolnego Sanu poszły już lepiej i mogłem święcić swoje pierwsze zwycięstwo w imprezie na orientację.
Po RDSie sądziłem, że nadal będę wygrywał. Wkrótce okazało, się że byłem w błędzie.
Po katastrofalnych błędach nawigacyjnych w DyMnie zająłem odległe miejsce tracąc do zwycięzcy – Wojtka - ponad 2 godziny. DyMnO w sezonie 2011 było mistrzostwami Polski, więc porażka była mocno dotkliwa.
Następne zawody Grassor zaczęły się dla mnie od zgubienia mapy. Stało się to najprawdopodobniej w czasie przeprawy przez rzekę. Już żegnałem się z pucharem, gdy niespodziewanie wyratowali mnie Ula z Irkiem. To dzięki ofiarnej pomocy tych zawodników na trasie udało mi się utrzymać szanse pucharowe. Uli i Irkowi należą się ode mnie wielkie podziękowania za oddanie mapy w krytycznym dla mnie momencie sezonu.
W Grassorze znów dobiegam za Wojtkiem Wanatem, bez którego barwnej osobowości puchar nie byłby pucharem. Walka z Wojtkiem nakręcała mnie, a konkurencja z nim dawała mi motywację do startów i treningów.
Po Grassorze do konkurencji na 50 km dołączył się Michał Jędroszkowiak. W 2011 roku Michał jest w świetnej formie. Hurtowo wygrywa biegi na 100km, a na pięćdziesiątkach przegrywa tylko nieznacznie z Wojtkiem na DyMnie.
Na Azymucie, który mnie omija Michał rewanżuje się jednak Wojtkowi, który te zawody zupełnie zawala.
Potem przychodzi WSS, gdzie mnie również dostaje się od Michała, tym razem pod nieobecność Wojtka. Po trzech startach Michał miał prawie komplet punktów i wydaje się murowanym faworytem do pucharu na obu dystansach. Niespodziewanie jednak rezygnuje ze startu w 'piećdziesiątkach'. Mój sukces zawdzięczam też Michałowi, który po pierwsze odebrał punkty mojemu najgroźniejszemu rywalowi, a po drugie przestał startować.
Potem przyszedł Nawigator, tylko 20 km od domu, liczyłem na przełamanie złej passy. Znów jednak powtórzył się scenariusz ze Skorpiona i Grassora. Po początkowym prowadzeniu popełniam karygodny błąd i resztę dystansu ścigam Wojtka (tym razem biegł z Kasią), by ostatecznie zakończyć na drugim miejscu z niewielką stratą punktową.
Na dwie następne imprezy Wojtek z różnych powodów nie przyjechał. Najpierw była Izerska Wyrypa. Sądziłem, że pójdzie gładko, nie doceniłem jednak nowych rywali, a zwłaszcza Rafała Niedźwiedzińskiego z Inov8, którego dogoniłem dosłownie na ostatnim kilometrze.
Potem przyszło łatwiejsze zwycięstwo na Jesiennych Trudach i okazało się, że nieobecność na dwóch zawodach może być dla Wojtka fatalna w skutkach.
Wojtek wraz z Kasią wystartowali jeszcze w Funex Orient, tym razem pod moją nieobecność. Wojtek zajął drugie miejsce nie tracąc wiele do Piotrka Karolczaka, który wygrał tę imprezę w swoim debiucie w PMnO.
Przed Nocną Masakrą małe różnice punktowe dały mi dodatkową motywację do pracy treningowej. Wojtek był tuż za mną. Wystarczyło mu pokonać mnie o 20-30 minut i puchar przypadł by jemu.
Do walki o puchar na Masakrze Wojtek jednak nie stanął. Zdecydowała kontuzja i niechęć do imprez nocnych.
Ja na wszelki wypadek na Masakrę pojechałem. Wojtek już wcześniej zmieniał zdanie, więc nie do końca pewne było, że go nie będzie. Do tego szanse na rewanż obiecałem Grześkowi Łuczko, który również niestety się nie pojawił.
Masakrę przebiegliśmy razem z Irkiem Kociołkiem. W drugiej części zawodów straszliwie błądziliśmy szukając ukrytego w lesie punktu nr 8. Poszukiwania kosztowały nas prawie 1,5h czasu i utratę prowadzenia. Do mety dotarliśmy na 3 miejscu ex aequo z Mariuszem Plesińskim i Maćkiem Sochanem.
Zwycięstwo w pucharze miałem już zapewnione, gdy na starcie nie stawił się Wojtek, więc wreszcie mogłem zawody potraktować bardziej towarzysko, co też jest najprzyjemniejsze w tej dyscyplinie. Zawody wygrali bracia Grabowscy, z którymi razem przyjechaliśmy na zawody. Wracaliśmy więc samochodem niby podium.
Cały sezon był dla mnie świetną przygodą, a oprócz sukcesu sportowego najcenniejsze okazały się nowe znajomości. Poznałem świetnych ludzi, nie zawsze może normalnych, bo któż normalny latałby całymi godzinami po lasach i bagnach, a do tego jeszcze za to płacił? Za to są to ludzie z pasją i wspólne tematy zawsze się znajdują. To właśnie wszystkim tym osobom, które ze mną konkurowały, a w trudnych chwilach pomagały, chciałbym podziękować.
Na koniec jeszcze zostaje podziękować mojej Karolinie, która znosiła moje weekendowe wyjazdy na zawody, a potem zdychanie po powrocie.
