Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje | bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Ameryka Łacińska 2005

Gran SabanaAmeryka Południowa

Wyjazd zaczął się w sposób bardzo zorganizowany. Wyruszyliśmy dużą grupą studencką, po miesiącu pobytu w Brazylii i Argentynie przyszedł czas na powrót, ja jednak zdecydowałem się zostać w Ameryce.

Część I - Brazylia, Urugwaj, Argentyna, Boliwia

Część II - Boliwia, Peru, Ekwador, Kolumbia

Część III - Wenezuela, Brazylia

 


Część I

3.4.05 Rio de Janeiro


Idziemy na mecz rozgrywany na stadionie Maracana. Grają dwie lokalne drużyny: Flamengo i Fluminense.
By zakupić bilet, udajemy się do koników stojących przed stadionem. Dochodzi między nimi do kłótni o klientów, w końcu kupujemy od szczerbatego kolesia po czterdziestce. Nie udaje nam się niestety uzyskać miejsc na bocznej trybunie, przez co oglądamy widowisko z nisko położonej trybuny za bramką. Widoczność słaba, ale rekompensuje to nastrój. 80 tysięcy widzów – pełny stadion i niesamowita wrzawa, gdy padają kolejne bramki, a pada ich w sumie pięć. Mecz kończy się wynikiem 4:1 dla Fluminense.

Wracając, wplątujemy się w tłumek turystów prowadzonych przez brazylijskich przewodników. Udają się oni do autokaru, który ma odwieźć ich do hoteli. Również my ładujemy się na „krzywy ryj”, nikt nas o nic nie pyta. Wysiadamy na Ipanemie, pól kilometra od miejsca naszego noclegu. Turyści ci zapłacili po 100 reali za przejazd i oglądanie meczu z miejsc nominalnie wartych 5 reali i które my kupiliśmy u koników po 25.

 

4.4.05 Rio de Janeiro


Przez cały pobyt w Rio de Janeiro planuję zwiedzić fawele. Jest ich tu sporo, są to biedne dzielnice na ogół rządzone przez lokalne gangi. Policja nie wchodzi tam często, pozostawiając realną władzę organizacjom przestępczym, które utrzymują tam swego rodzaju porządek. Niektórzy twierdzą nawet, że fawele są bezpieczniejsze od centrów miast, gdyż drobni przestępcy obawiają się rządzącej mafii, a poza tym nie kradną w swoim miejscu zamieszkania.
W Rio można zwiedzić jedną z takich dzielnic, udostępnianą jako atrakcja turystyczna. Nie bardzo jednak wierzę w tego typu wycieczki, jako że za masową turystyką zawsze idzie komercja i nieautentyczność.
Okazja do zwiedzenia faweli trafia się, gdy na plaży Copacabana spotykam czarnych chłopaków, którzy zajmują się robieniem rzeźby piaskowej. Pomocnicy rzeźbiarzy lubią dorabiać sobie na handlu narkotykami, co wiem z własnego doświadczenia. Reguła ta sprawdza się i tym razem. Pomocnik rzeźbiarza podejmuje się załatwić trochę trawy, w tym celu musi skoczyć do faweli. Pytam go więc, czy mogę mu towarzyszyć. Chłopak zgadza się z pewnym wahaniem.
Idziemy razem do mojego hotelu, skąd zabieram pieniądze i żądną przygód Hankę. Jest już ciemno, gdy po przejściu dwóch długich tuneli docieramy do faweli. Dzielnica położona jest na stromej skarpie i prowadzą do niej schody. Nie ma tu oświetlenia, wokół dużo brudu i ludzi z wózkami. Idziemy do góry z naszym czarnym przewodnikiem. Mieszka on na plaży wraz ze swoją dziewczyną i czteromiesięcznym dzieckiem. Twierdzi, ze miał już dom, ale przyszli ludzie i go wyrzucili. Taki sposób zdobywania mieszkań przez inwazję jest typowy dla biednej części społeczeństwa Brazylii i sąsiadów.

Po drodze doczepia się do nas kilku młodych murzynów, którzy koniecznie chcą być naszymi „przewodnikami”. Udaje się nam ich pozbyć. Następnie przechodzimy obok gości, którzy wyglądają na kogoś w rodzaju strażników. Nasz kolega informuje ich, że jesteśmy ok i przechodzimy dalej. W końcu chłopak zostawia nas na ulicy i dalej idzie sam załatwić interes.
Znajdujemy się na ulicy, przez którą odbywa się cały transport do i z faweli. Jest tu spory ruch. Prawie wszyscy mieszkańcy są czarni. Ludzie po całym dniu pracy wciągają swoje wózki po stromej ulicy w górę. Osoby te zajmują się zbieraniem złomu, makulatury, puszek albo drobnym handlem itp. Najciężej pracują kobiety, wiele z nich można zobaczyć, jak wracają po całym dniu w mieście i idąc pod górę, dźwigają rożne pakunki. Mężczyzn częściej widzi się zapełniających niechlujne knajpki rozmieszczone wzdłuż ulicy. Knajpy te znajdują się właściwie na ulicy i chodniku. Ludzie pija, grają w karty, jest głośno i gwarno. Fawela tętni życiem.

6.4.05 Sao Paulo

W Sao Paulo spotykam się z profesorem Ladislau Dowborem. Jest to ekonomista, jeden z najwybitniejszych naukowców polskiego pochodzenia w Ameryce Łacińskiej. Dowbor był w latach 70. aktywistą ruchu walczącego przeciw dyktaturze wojskowej. Był dwukrotnie aresztowany i poddawany torturom. Wypuszczono go (wraz z 40 innymi więźniami politycznymi) w zamian za porwanego przez partyzantkę miejską ambasadora niemieckiego.

Nie ma już więźniów politycznych w Brazylii, jednak tortury stosuje się nadal, policja traktuje brutalnie biednych i kolorowych, wśród których przestępczość jest najwyższa. W więzieniach wciąż razi się ludzi prądem. Metoda „po nitce do kłębka” polega na przesłuchiwaniu kolejnych osób i wydobywaniu zeznań. Podobne metody stosują Amerykanie w Iraku czy Mossad.
Dowbor naukowo koncentruje się na problemach socjalnych Brazylii. Pracuje nad projektami mającymi na celu poprawę życia najbiedniejszych. Jednym z jego priorytetów jest budowa kanalizacji w dzielnicach nędzy. Program ten daje pracę miejscowym, a przede wszystkim wpływa na poprawę sytuacji sanitarnej. Jeden real wydany na budowę kanalizacji oszczędza pięć, które potem trzeba wydać na służbę zdrowia.


15-17.4.05 Montevideo (Urugwaj) – Gualeguaychu (Argentyna)


Z Urugwaju do Argentyny jedziemy z Hanką autostopem. Przejeżdżamy zielony, nizinny kraj, by dotrzeć w końcu do mostu granicznego na rzece Urugwaj. Mostu nie można jednak przekroczyć pieszo. Poszukujemy kogoś, kto mógłby nas przewieźć i znajdujemy w końcu grupę nastolatków z dwójką opiekunów. Wracają oni do swojej miejscowości Gualeguaychu po stronie argentyńskiej. Ludzie ci należą do organizacji „Ejercito Alpargacista de Liberacion Nacional y Grupo Libre Iniciativa”. Celem ich wyjazdu do sąsiedniego Urugwaju było prowadzenie kampanii przeciw budowie zakładu przetwórstwa celulozy. Dwie duże fabryki mają być zbudowane tuż przy granicy z Argentyną. Mieszkańcy Gualeguaychu obawiają się zanieczyszczenia środowiska, smrodu i chorób.
Dzięki przebojowości Hanki udaje nam się załatwić nocleg u Pepe. Pepe ma ponad czterdzieści lat i jest muzykiem. Mieszka w domku blisko centrum wraz ze swoją dziewczyną-artystką i jej nastoletnią córką. Para ta oprowadza nas po Gualeguaychu, które jest miastem raczej prowincjonalnym. Trafiamy na okres powodzi. Rzeka o tej samej nazwie co miasto ma zwiększony przepływ i choć jej nazwa w języku Guarani oznacza wolno płynącą wodę, to tym razem pomyka naprawdę szybko. Razem z Pepe i jego kobietą spacerujemy po mieście. Największe wrażenie robi na mnie park. Nie chodzi tu o jego splendor. Spacerujemy po parku po kolana w wodzie, ponieważ spełnia on funkcje terenu zalewowego w czasie powodzi. Drzewa wystają z otaczającej nas toni, a małe pagórki i wzniesienia terenu są teraz wyspami.

W sobotni wieczór znów chodzimy po mieście. Zaskakujące jest dla nas to, że nastolatki zamiast pić alkohol po knajpach i w domach, wychodzą masowo na ulice i spędzają czas w grupkach, pijąc mate. Picie mate w tych okolicach jest widoczne zresztą na każdym kroku. Tak jak w Urugwaju, ludzie zwykli tu chadzać nosząc ze sobą termos i naczynie do parzenia mate wyposażone w rurkę, przez którą zasysa się napój.

20.4.05 Buenos Aires - Villa Maria


Ostatecznie rozdzielamy się. Mateusz z Bartkiem jadą o Chile, Tomek z Sabiną do parku narodowego oglądać węże, a potem do Foz de Iguazu. Hanka, Sylwia i Ania jadą na dzień do Foz, a potem na plażę. Ja wyruszam samotnie, mając jedynie mglisty obraz – niejasną wizję tego, co chcę zrobić i dokąd dotrzeć. Wsiadam do autobusu, by wyjechać z megalopolis BA, a potem już stopem w stronę Cordoby. Obszary wzdłuż drogi do Cordoby są stosunkowo gęsto zaludnione, ruch jest spory, ale jeżdżenie stopem przychodzi opornie. Pierwszą noc spędzam na łące przy wyjeździe z miejscowości Villa Maria. W nocy jest „zimno jak w Rumunii”, pociesza jedynie fakt, ze jadowite węże nie będą raczej skore do nocnych spacerów w tej temperaturze. Zainteresowała się mną za to biała, bezszelestnie latająca sowa. Najpierw przyglądała mi się jakiś czas z przydrożnego słupa, a następnie podleciała i zawisła 4 metry nade mną machając skrzydłami. Spłoszyła się jednak, gdy huknąłem na nią głośno.


21.4.05 Villa Maria - Alta Gracia


Drugi dzień znów stopem. Przejeżdżam tylko ok. 200-300 km. W Alta Gracia oglądam ciekawe zabudowania Jezuitów, którzy prowadzili tu misje w XVII i XVIII wieku.
wciąż też rzucają mi się w oczy drogowskazy na miejscowość „Jesus Maria”, komentować nie trzeba. Wieczorem znajduję sobie niedokończony domek przy drodze. Serce podskakuje mi do gardła, gdy nagle coś piszcząc i gulgocząc wśród otaczających domek traw, zaczyna czołgać się w moją stronę. Oddycham z ulgą widząc, ze to tylko dwa maleńkie i wychudzone szczeniaczki. Z początku wykonały zwrot i skryły się w trawie. Później w nocy znów budzą mnie podgryzając mi stopy. Potem już zupełnie nie dają mi spać, najwidoczniej uznały mnie za swoja mamę, bo wciąż rzucają się na mnie domagając się karmienia. W końcu usypiają w moich nogach.

22.4.05 Alta Gracia – Chamical


Znów jadę stopem, czekam długo i wreszcie decyduję się przejechać część drogi autobusem. Z Cruz del Eje udaje mi się w końcu złapać ogromną ciężarówkę wiozącą gnój. Jadę na samej górze wraz z pięcioma robotnikami-gnojarzami. Jest to raczej wysuszony nawóź i pęd powietrza rozwiewa malutkie bryłki, sypiąc tym prochem po twarzy i wciskając go do oczu. Osłaniam twarz czapką, ale to niewiele pomaga.

Do tego towarzystwo jest dosyć osobliwe. Jadąc na samym szczycie ciężarówki nad szoferką, zachowują się jak dzieci, choć mają od 20 do 40 lat. Wciąż upychają sobie nawóz za majtki, ciągną się za włosy, popychają się i szarpią, rozrywają sobie łachmaniarskie spodenki i koszulki. Pędzimy tak w pyle podrywanym przez powietrze, sypiącym w oczy i wciskającym się w usta, chłopaki mieszają jeszcze cole z piwem, a impreza trwa na dobre. Są wyposażeni w proce z grubej gumy, z których od czasu do czasu strzelają kamieniami do znaków drogowych lub do przechodzącego obok psa.

Największą atrakcją jest krzyczenie do idących wzdłuż drogi dziewczyn. Wysadzamy to towarzystwo w wiosce, gdzie drogi są bite i diabeł mówi dobranoc. Dalej jadę już w szoferce, zmrok zapada i robi się chłodniej.

Tutejsze okolice porośnięte są niskim suchym lasem i wydają się zupełnie nie zamieszkane. Droga idzie prosto jak struna i światła przejeżdżających z przeciwka samochodów widać na wiele kilometrów przed nami. Dookoła jest zupełnie ciemno. Po horyzont nie ma żadnego światła, tylko czerń wzgórz wyrastających gdzieniegdzie ponad bezkresem równiny.
Ciężarówka wysadza mnie na skrzyżowaniu. Na pustkowiu stoi jedynie buda policjantów. Sprawdzają mi dokumenty, czterdziestoletni policjant, cieszy się, że jestem z Polski. I znów piłka nożna: Lato i Deyna, tylko młodszy gliniarz już nie pamięta. Łapię zaraz kolejną ciężarówkę i dojeżdżam do Chamical, małego miasteczka, gdzie znajduje nocleg za 7 peso w miejscowym tanim motelu.


23.4.05 Chamical – Tucuman

 

Od rana jest upał. Słońce świeci, ciężko złapać stopa. Stoję już długo (nie mam zegarka, więc nigdy nie wiem, jak długo).

Gdy męczy mnie łapanie, przyciągam leżącą niedaleko kłodę, siadam w cieniu dużego drzewa i czytam. Książka ma tytuł „El hombre muerto y otros relatos” autorstwa Quirogi. Kupiłem ją jeszcze w Montevideo i z zaskoczeniem spostrzegłem, że została wydana na Kubie. Na wyspie Fidela książki są tanie, więc są wysyłane na południe, w końcu język ten sam.

Siedzę więc pod tym drzewem, przy drodze stoi mój plecak z przyczepioną tekturą, na której widnieje napis LA RIOJA. Łapanie stopa może być całkiem relaksującym zajęciem. znów mam szczęście do pick-upów. Jadę na „pace” w słońcu, wiatr rozwiewałby mi czuprynę, gdybym nie był krótko ostrzyżony.

Krajobraz wciąż równinny, choć na południu stromym progiem piętrzy się pas wyżyn. Wszystkie rzeki i potoki, które przecina droga są wyschnięte. Po obu stronach, niskopienny, suchy, kolczasty las i krzaki. Praktycznie nie ma osad ludzkich. Droga idzie przez 50 kilometrów bez jednego zakrętu.
Dojeżdżam do Riojy – miasta położonego pod potężnym wałem Kordyliery Andów czy też może Prekordyliery. Masyw ten dalej na zachód zwieńczony jest szeregiem wysokich szczytów, m.in. Ojos del Salado liczącym 6893 metry.

Dalszą część drogi pokonuję jadąc z wesołym, grubawym księgowym – Raulem, jadącym nowoczesnym samochodem Hyundai Starex. Jego siostra w czasie dyktatury wojskowej w latach 70. zaginęła i nigdy nie została odnaleziona. Ludzie tacy zwani „desaparecidos” (zniknięci) byli porywani i mordowani przez represyjne organy dyktatury najczęściej ze względów politycznych. O większości z tych „desaparecidos” zaginął wszelki słuch, a rodziny nigdy nie dowiedziały się, jaki los ich spotkał.

Przejeżdżamy przez gęściej zaludnione prowincje Catamarca i Tucuman. Raul zostawia mnie w swym rodzinnym mieście.

San Miguel de Tucuman jest miastem wielkości Krakowa. To tu w 1816 roku ogłoszono deklarację niepodległości prowincji zwanych później Argentyna.

Miasto ma ładny park wzorowany na wersalskim, wyposażony m.in. w Reloj Floral (zegar z roślin, które porastają nawet wskazówki).

Argentyna uległa silnym wpływom francuskim. Pałac Gubernatora w stylu barkowym wybija się ponad inne budynki bogactwem form i ornamentów. Obok kościół św. Franciszka stanowi dla niego przeciwwagę, skromniej zdobiony, wznosi się potężną bryłą na rogu placu. Na sąsiedniej ulicy uwagę przykuwa gmach uniwersytetu, przywodzący na myśl raczej katedrę z dwiema wysokimi wieżami.
Zatrzymuję się w tanim hoteliku, a wieczorem wychodzę zobaczyć tutejszą „gorączkę sobotniej nocy”. Miasto „żyje” do późnych godzin nocnych. Dużo młodych ludzi, którzy tu na północy mają coraz bardziej metysko-indiański wygląd.


24.4.05 Tucuman – Metan


Dziś przejeżdżam niewiele, wstaję późno i wydostaję się z miasta autobusem. Potem znów stopem. Pogoda jest wietrzna i zimną, rano padało. Przy drodze stadka sępów rozszarpują psy przejechane przez samochody.

Po południu rozdzieram sobie kurtkę zaczepiając się o klamkę, gdy wyskakuję z tira. Dziura nie jest duża, ale szkoda goreteksu. Trudno, kurtka i tak się już wysłużyła.

Dalej jadę przez prowincje Tucuman i Salta. W przeciwieństwie do Riojy jest tu więcej wody. Rzeki rzeczywiście płyną. Zmieniają się też uprawy (podstawa egzystencji całego regionu).
La Rioja hoduje głównie oliwki. Tucuman i Catamarca trzcinę cukrową, soję, kukurydzę. Na północy w prowincji Jujuy (czyt. huhuj) rośnie więcej owoców.

Mieszkańcy z dumą podkreślają rolniczy charakter regionu, a pola uprawne mają rzeczywiście imponujące rozmiary, często ciągnąć się po horyzont. Rolnictwo jest tu wysoko zmechanizowane, a Argentyna należy do największych eksporterów żywności na świecie.


25.4.05 Metan (Arg) – Posito (Bol)

 

Od rana jest bardzo zimno, nadciągnęły masy chłodnego powietrza z nad Antarktyki, do tego dochodzą przelotne opady. Trudno było spodziewać się takiego chłodu na tych szerokościach geograficznych. Jest w końcu bliżej równika niż zwrotnika koziorożca. Znów wiele godzin spędzam na bezowocnym łapaniu stopa.

W końcu łamię się i wsiadam w autobus, który dowozi mnie do granicy Argentyny z Boliwią. Autobus zawozi mnie jednak na inne przejście niż się spodziewałem. Znajduje się ono dużo dalej na wschód. W tej sytuacji będę raczej musiał zrezygnować z moich planów odwiedzenia Chile.
Nocą przechodzę granicę, po drugiej stronie ludzie palą ogniska, na ulicach ustawione są namioty. Ulica jest brudna i zaśmiecona. Ludzie mają już całkiem indiański wygląd. Celnicy zgarniają ze stołu liście koki, żeby zrobić miejsce na mój paszport. Już w Argentynie można było spotkać na ulicy ludzi żujących kokę, których łatwo rozpoznać po wypchanych policzkach.
Zatrzymuję się w prywatnych kwaterach. Do mojego pokoju wchodzi się z balkonu, otaczającego nieduże patio. Na dole żywiołowy, pięcioletni chłopczyk wraz ze swoją zastygłą w bezruchu babcią ogląda kreskówkę: Tom i Jerry.

 

26.4.05 Posito - Yaquiba (Bol)


Jest bardzo chłodno, prognozy obiecują poprawę pogody, ale dopiero od czwartku.
Wychodzę na ulice i ruszam w stronę oddalonej o trzy kilometry Yaquiby. Po drodze towarzyszy mi kobieta niosąca jedzenie dla swoich dzieci. Jest emigrantką, przyjechała z małej wioski w Andach w poszukiwaniu lepszego życia. Zajmuje się drobnym handlem, kupuje kurtki w Boliwii i zanosi je do Argentyny, gdzie można sprzedać je drożej. Handluje też zegarkami i pewnie jeszcze masą różnych innych rzeczy. Po drodze uczy mnie różnych zwrotów w języku Quechua. Jedyne co zapamiętuję to Chicoqui (idę pieszo).

Na drodze leżą liczne pnie drzew, dalej gałęzie, a potem taksówki stoją w poprzek blokując przejazd. Okazuje się, że miasteczko strajkuje. Wszyscy mieszkańcy dołączyli się do strajku. Zablokowane jest przejście graniczne, dworzec autobusowy i wszelkie możliwe drogi. Na ulicach niemal nie widać samochodów Nie ma możliwości wydostać się z miasta. Istnieje możliwość wyjścia pieszo, ale następne miasto znajduje się o 100 km dalej.

Powodem całego zamieszania jest zmiana podziału administracyjnego, przez co siedziba departamentu ma przypaść sąsiedniej miejscowości. Mieszkańcy solidarnie protestują przeciw takiej niesprawiedliwości, szczególnie że prowincja Gran Chaco posiada złoża ropy naftowej.
Na placu zebrał się spory tłumek. W budynku rady miasta prowadzony jest strajk głodowy. Wszyscy zachowują się bardzo spokojnie, cisze zakłócają tylko głośne wystrzały petard, rzucanych przez dzieci.

Miasto, tak jak miejscowości argentyńskie, tworzy sieć prostopadle krzyżujących się ulic. Budynki poza centrum są prawie wyłącznie jednokondygnacyjne i w większości mocno zaniedbane. Wszędzie kwitnie handel. Część ulic jest brukowana, ale im dalej od centrum, tym więcej ulic ziemnych, na których grupki dzieci zacięcie kopią piłkę.

27.4.05 Yaquiba - Santa Cruz (Bol)


Tym razem nie daję wiary ludziom, którzy odradzają mi pieszą drogę do oddalonej o 100 km. Villamonte.
Biorę rano swój plecak i wyruszam najpierw przez błotniste ulice Yaquiby, a potem już szeroką asfaltową drogą, wzdłuż której w obu kierunkach maszerują małe grupki ludzi. Drogą jeżdżą również rowery, czasem zdarzy się motocykl, albo nawet samochód z upoważnieniem strajkujących. Już na moście wjazdowym do Yaquiby mijam pierwszą dużą blokadę stworzoną przez ustawione w poprzek drogi ciężarówki. Nie ma jednak problemu z przejściem pieszo. Dalej na drodze usypane są od czasu do czasu wały ziemne.

Idę bardzo szybkim krokiem i wyprzedzam kolejne grupki sunące drogą. W pewnym momencie zagaduje mnie rolnik z wypchanymi koką ustami. Idzie do swojego domu oddalonego o 30 km. On, solidnie zbudowany czterdziestolatek i jego starszy, niski kompan o silnie indiańskich rysach i krzywych nogach przyspieszają kroku i tak idąc razem, rozmawiamy jakiś czas.
Nie mając specjalnej ochoty na towarzystwo tych dwojga, przyśpieszam, ci jednak nie dają za wygraną. Większy idzie koło mnie albo za mną krok w krok. Ma dobrą kondycją albo ta koka tak go napędza. Nie ma jednak bagażu, co jest jego niewątpliwym atutem. Jego mały, starszawy kompan ma większe kłopoty z nadążeniem. Co chwila podbiega kawałek, zipiąc głośno. Widocznie aerodynamikę psuje mu wysoki indiański kapelusz i nieduży worek, który niesie na plecach.
Stanowimy więc dość osobliwy widok. Ja z plecakiem maszeruję przodem, a za mną tych dwóch, jeden duży, człapiący i drugi mały, podbiegający.

Udaje mi się trochę oderwać od nich po ok. 10 km. Po drodze mijamy pola naftowe, bezrobotne samochody-cysterny stoją na poboczu. Blokada sparaliżowała transport ropy do Argentyny, gdzie znajduje się rafineria.

Niebawem docieram do wsi, gdzie stoi kolejna blokada, a za nią kolejne ciężarówki i kilka autokarów Jeden z autokarów ma odjechać za pół godziny do Santa Cruz, podobno droga dalej jest wolna od blokad. Kierowca odwleka jednak odjazd, ponieważ ma za mało ludzi. Czekamy tak ok. 4 godziny. W końcu ruszamy i za mniej niż dwa kilometry docieramy do kupy ziemi usypanej na drodze przy wjeździe na mały mostek. Kierowcy autobusu udaje się jakoś wcisnąć pomiędzy stertę ziemi i barierkę, w miejscu gdzie wcześniej przejechały już samochody osobowe.
Radość jednak nie trwa długo, kilometr dalej kolejna blokada. Tym razem nie do przebycia, bo pilnowana przez tłumek rolników Okazuje się, że musimy przejść z bagażami na drugą stronę blokady i przesiąść się do następnego autokaru. Przesiadamy się, ten jednak nie odjeżdża. W tym właśnie momencie negocjacje zakończyły się sukcesem i blokady zostają zniesione. Wobec tego przesiadamy się znów do poprzedniego autobusu i wreszcie wyruszamy.

Okazuje się, że takiego rodzaju protesty, są dosyć częste w Boliwii. Ktoś nawet postraszył mnie, że od 1 maja cały kraj będzie sparaliżowany w proteście przeciwko wyprzedaży koncesji naftowych firmom zachodnim.


28.4.05 Santa Cruz – Cochabamba


Autobus przybywa do Santa Cruz o 4 rano. Obsługa autokaru pozwala nam posiedzieć jeszcze ok. godziny w środku, bo na zewnątrz jest zimno.

W Boliwii jeżdżę autobusami, są tanie, a za stopa podobno należy płacić Zamierzam to jednak jeszcze zweryfikować. Czekając na otwarcie dworca, rozmawiam z czterdziestoletnią kobietą – Sonią, która handluje liśćmi koki. Ma rządową licencje, która pozwala jej raz w miesiącu przewieźć 23 kilogramy liści z targu koki w La Paz do Yaquiby. Tam sprzedaje ją ludziom, którzy z kolei przenoszą ją w sobie tylko znany sposób do Argentyny, gdzie handel koką jest zabroniony. Jak twierdzi moja rozmówczyni, w Argentynie konsumuje się nawet więcej koki niż w Boliwii. Sonia ma pięcioro dzieci i ciężko pracuje, by je utrzymać Wychowała się na Altiplano, gdzie przez jakiś czas mieszkała nawet na wysokości 5250 metrów przy kopalni, w której pracował jej brat. Z tego okresu zapamiętała wciąż dające się we znaki zimno.

Kokę kobiety przenoszą w workach na plecach. Argentyński kierowca tira opowiadał mi tydzień wcześniej o tym, że nigdzie na świecie kobiety nie pracują tak ciężko, jak w Boliwii. Być może miał rację.

Z położonego na równinie Santa Cruz, największego miasta Boliwii, ruszam dalej autokarem do Cochabamby. Autobus jest wypełniony, część ludzi siedzi nawet w przejściu, wśród nich stara Indianka w tradycyjnym stroju, czyli bufiastej kolorowej spódnicy i wzorzystej chuście narzuconej na ramiona. Indiańskie kobiety noszą też często dwa długie warkocze połączone na plecach czarną spinką i wysoki kapelusz osadzony na samym szczycie głowy. Z początku jedziemy w dżungli, przejeżdżając co chwilę przez szerokie rzeki. Mosty wyglądają mało solidnie, a wsie, przez które przejeżdżamy, stanowią sklecone z byle czego domki; jedynie gdzieniegdzie widać solidniejsze budynki z cegły Dalej autobus pnie się po zboczach stromych gór porośniętych gęstą dżunglą. Droga jest tu na przemian asfaltowa i żwirowa. Autobus z mozołem pnie się do góry. W środku komplet pasażerów ogląda film walki z Seagalem, toczący się w tajlandzkiej scenerii. W filmie bohater płynie łódką przez dżunglę, a za oknami dżungla z białą nitką wodospadu wybijającą się wśród intensywnej zieleni stromego zbocza. W końcu osiągamy poziom chmur, które znaczą górną granicę selwy. Po wyjechaniu z mgły, wokół roztacza się już zupełnie inny widok. Pagórkowata wyżyna jest znacznie bardziej sucha, znika intensywna zieleń, a bezmiar trawiastych, żółtawych łąk i pastwisk, tylko miejscami zakłóca nieduża połać lasu eukaliptusowego.

Cochabamba jest sporym miastem położonym w obszernej kotlinie. Znajduje się na wysokości ponad 2500 metrów. Naprzeciw centrum, na wysokim wzgórzu stoi biała statua Chrystusa z Concordii z rozłożonymi ramionami, nieco podobnego do Redemptora z Rio de Janeiro.

29-30.4.05 La Paz

La Paz

La Paz tak w dzień, jak i w nocy sprawia niesamowite wrażenie. Miasto położone jest w czymś w rodzaju studni otoczonej wokół tysiąckilometrowym wałem, na którego zboczach piętrzą się budynki. Centrum z wysokimi wieżowcami znajduje się na samym dnie studni, podczas gdy wspinając się wyżej po zboczach tego leju, napotykamy raczej biedniejsze dzielnice. Stojąc nocą na dole, widzimy wał świateł ze wszech stron. Natomiast w dzień wszystko nabiera suchej ceglanej barwy, domy z cegieł i żółtawa albo pomarańczowa ziemia. Gdy oglądam wiadomości lokalne, moją uwagę przykuwa oddanie stołówki dla pracujących dzieci w El Alto. Dzielnica El Alto, leżąca na wysokości 4000 metrów, znajduje się za progiem studni La Paz, na obszernym płaskowyżu. Oglądam reportaż z otwarcia stołówki. Dzieci jedzą, mają po około 10 lat, niektóre pracują przy handlu ulicznym albo w busach, gdzie oprócz kierowcy pracuje jeszcze jedna osoba, która zbiera pieniądze oraz krzyczy przez okno, dokąd jedzie bus, by zebrać pasażerów. Oprócz akcji mającej na celu dokarmianie pracujących dzieci, w telewizji widzi się mnóstwo innych inicjatyw dążących do poprawy sytuacji socjalnej i rozwoju kraju. Są więc akcje pod tytułem: „zawsze proś o rachunek” (np. u fryzjera); „zaszczep swoje dziecko” czy „wypełnij świadectwo urodzenia swojego nowo narodzonego dziecka”.

Ze względu na postępującą dekompozycję moich spodni, wybieram się na zakupy. Na stromych uliczkach powyżej centrum kwitnie handel. Wzdłuż drogi ustawione są stragany z przeróżnymi towarami. Na ulicy minibusy stoją w korkach, piloci krzyczą dokąd jadą, mimo że busy są opisane. Panuje ogólny zgiełk i ciężko się przecisnąć w tłumie miedzy ulicą a straganami. Można tu kupić prawie wszystko i po bardzo korzystnych cenach. Wchodzę do sklepu z dżinsami, z głośników przy wejściu dobiega nieustanny monolog spikera, zachęcającego do wzięcia udziału w wyprzedaży.
Oglądam markowe spodnie i pytam o cenę sprzedawczyni.

  • 88 bolivianos – odpowiada.

Zabieram spodnie do przymierzenia i pytam innego sprzedawce o cenę.

  • 75 bolivianos – mówi.

Wracam więc do tego sprzedawcy ze spodniami na sobie, leżą dobrze.

  • 75 ? – upewniam się.

  • Może być i 65 – mówi sprzedawca.

Przebieram więc stare spodnie i idę do kasy zapłacić. Mój sprzedawca mówi do kasjera, żeby skasował mnie na 60, czyli ok. 25 zł. Nie sądzę, żeby sklep stracił na tej transakcji, ale ja wcale nie próbowałem się targować.

 

Część II

1.5.05 La Paz – Pelechuco

 

Przebywając na wysokości 4000 m n. p. m., mój organizm powoli przyzwyczaja się do trudnych warunków panujących na wysokościach. W miarę wzrostu wysokości powietrze staje się rzadsze, spada ciśnienie, maleje zawartość tlenu, którego na wysokości 5000 m jest o połowę mniej niż na poziomie morza. Organizm podejmuje wysiłek produkując dodatkowe czerwone krwinki mające zapewnić dostarczenie mu niezbędnej ilości tlenu. Procesy adaptacyjne następują na ogół dopiero po 2-3 tygodniach przebywania na wysokości. W tym czasie większość osób odczuwa mniejsze bądź większe dolegliwości związane z niedotlenieniem. Są to bóle głowy, szybkie męczenie się. Powyżej pięciu tysięcy metrów zdarzają się wymioty czy tendencja do gromadzenia wody przez organizm – tycie, brak apetytu, zawroty głowy, wizje i majaczenia, utrata przytomności, a w niektórych wypadkach śmierć.

Indianie mieszkający cala życie na dużych wysokościach mają gęstszą krew, wolniejszy puls, zwiększoną zawartość czerwonych krwinek we krwi, większą pojemność płuc, do tego częściej niż w innych populacjach występuje grupa krwi „0” i nadczynność tarczycy. Część z tych cech występuje również u himalaistów spędzających wiele czasu na dużych wysokościach.
Z La Paz wyruszam do Pelechuco, miejscowości wybranej przeze mnie z mapy i otoczonej przez wysokie góry – masyw Apolobamba. Ruszam wczesnym rankiem. Moim środkiem komunikacji jest krótki, stary autobus z bagażami wiązanymi na dachu. W zatłoczonym wnętrzu panuje zapach wskazujący, że połowa pasażerów nie myła się jeszcze w tym miesiącu. Okna otworzyć można jedynie w godzinach południowych, inaczej jest zbyt zimno. Podróż trwa 12 godzin, od świtu do zmroku. Z początku droga jest asfaltowa. Przejeżdżamy kolejne, nieduże rzeki, które miejscowa ludność wykorzystuje do prania odzieży i mycia samochodów. Wkrótce otwiera się widok na jezioro Titicaca, którego nazwa w języku Indian Colla znaczy Szara Puma, może ze względu na ciemny odcień wody i kształt. Są też inne interpretacje nazwy: Pumia Skała, bądź Miejsce Spotkań Pum. Jezioro tworzy liczne zatoki, jest szerokie na 60 kilometrów i długie na 180. Jego głębokość dochodzi do 280 m. Jest położone na wysokości 3800 m, przez co stanowi najwyższe żeglowne jezioro świata. Opuszczając jezioro Titicaca, wjeżdżamy na obszerny płaskowyż, miejscami pagórkowaty i kamienisty, potem znów płaski jak stół Miejsca te zwane puna, albo pampa są porośnięte jedynie niską trawą i mchami. Nad tym krajobrazem niezmiennie królują skaliste szczyty, spod których spływają białe języki lodowców. Co jakiś czas mijamy maleńkie osady. Domki z adobe, glinianych cegieł suszonych w słońcu, są prawie zawsze skoncentrowane wokół placu, stanowiącego centrum osady. Czasem osada jest tak nieliczna, że nie starcza nawet domków, by otoczyć taki placyk. Każda z tych miejscowości posiada jednak kontakt ze światem za pośrednictwem telefonii „Entel”. W centralnej części placu ustawiona jest satelitarna antena nadawczo-odbiorcza, zasilana przez baterie słoneczne, ze względu na brak innych źródeł prądu.
Jadąc teraz nierówną kamienistą drogą, przecinając w bród rzeki i potoki, mijamy miejscowości Ulla-Ulla i Antequilla oraz długie jeziora polodowcowe. Przejeżdżamy przez przełęcz na wysokości 5000 metrów, by potem zjechać do głębokiej doliny, w której znajduje się miejscowość Pelechuco.
Miasteczko położone jest na wysokości 3500 m. n. p. m. Mieszka tu nieco ponad tysiąc osób. Zatrzymuję się w skromnym hoteliku przy placu. Ceny są dość wysokie, ze względu na odległość od cywilizacji. Miasteczko ma prąd z niedużej elektrowni wodnej, zbudowanej na pobliskim strumieniu. Górski potok przetacza się przez Pelechuco zmieniając podczas dnia kolor i wielkość przepływu. Po południu staje się bardziej mętny i obfity w wodę, jest to skutek szybszego topienia się lodowców w dzień. Mam okazję obserwować ten fenomen z okna mojego pokoju, zawieszonego nad huczącą wodą.

W hoteliku zainstalowany jest piecyk gazowy (typu Junkers) na butlę do ogrzewania wody pod prysznicem. Wodę jednak trzeba odkręcić na zewnątrz łazienki, następnie dopiero potem odkręca się gaz, zapala piecyk, który mało co nie eksploduje, po czym można przystąpić do regulacji temperatury wody, za każdym razem wykonując spacer z korytarza do łazienki, by sprawdzić, czy gaz należy dokręcić, czy też może odkręcić. Pomimo tych niedogodności, hotelik jest godny polecenia.

2.5.05 Pelechuco

Od rana jest ładna, słoneczna pogoda. Robię pranie i udaję się na spacer po pobliskich wzgórzach. Bardziej płaskie miejsca wykorzystane są/były rolniczo. Widać, że ziemia podzielona jest na wiele małych poletek, które teraz na ogół leżą odłogiem. Trudno powiedzieć, czy mała ilość upraw związana jest z porą roku, czy też może z redukcją zagospodarowania nieurodzajnej ziemi. Ciągle można jednak spotkać starsze kobiety i mężczyzn wspinających się po stromych skarpach, by dotrzeć do swoich wyżej położonych pól. Ludzie ci często sprawiają wrażenie apatycznych i nierozmownych, być może nie mówią w języku hiszpańskim, zwanym tu częściej kastylijskim. W Pelechuco powszechnie używa się języka Quechua, a przechodząc góry w stronę jeziora Titicaca, słyszy się już wyłącznie Aymara. Wychodzę na wysokość ok. 4400 metrów. Jest tu już niewiele traw, zaczynają się skały. Ze wzgórza roztacza się widok na okoliczne lodowce i szczyty liczące nawet 6000 m.


3.5.05 Pelechuco - Campamento Minero Cerro Hermoso


Don Reynaldo, właściciel hotelu, zostawia mi klucz od swojego domku w obozie górniczym Cerro Hermoso. Osada górnicza jest położona w najwyższej części doliny na wysokości 5000 metrów. Żeby tam dotrzeć, potrzebuję ok. 5-6 godzin. Po drodze mijam miejscowość Agua Blanca. Żyje tam ok. 70 rodzin w domkach z adobe stłoczonych razem na niedużym wypłaszczeniu powstałym na starej morenie polodowcowej. Dookoła wsi pasie się wiele owiec i alpak – mniejsza odmiana lamy.
Poza tym osada niebawem będzie miała elektryczność, buduje się już generator na pobliskim strumieniu. W górnej części wioski powstało niedawno schronisko turystyczne, projekt dofinansowała Ambasada Hiszpanii. Jest to część programu mającego na celu aktywizację turystyczną regionu. Na razie przyjeżdża tu może jedna grupa turystów na tydzień, choć podobno w lipcu i sierpniu ruch staje się większy. Kontynuuję marsz w górę doliny. Klimat w tym rejonie jest dosyć surowy, nocą temperatura spada często poniżej zera stopni, a w dzień bywa gorąco na skutek silnego nasłonecznienia. O zmroku docieram do osady górniczej. Są to kamienne budki zbudowane w szeregach wokół czegoś co można uznać za plac.

Otwieram mój domek, który odnajduję według wskazówek Reynaldo Vasqueza. Wnętrze jest ciasne, nie mogę się nawet wyprostować Na prawo od drzwi prycza przykryta starymi kocami. Są też maszynki do gotowania: gazowa i benzynowa W centrum chatki pod sufitem na sznurku wisi kawałek suszonego mięsa, na który nabijam się wchodząc Przewieszam go na bok, by nie przeszkadzał. Pod sufitem na półce leży cala masa drobiazgów, jest świeca, a nawet latarka z zapasowymi bateriami. Są też woreczki z ziołami, cukrem, solą. Jeden woreczek zawiera przesuszone liście koki. Znajduję też sporo garnków i kubków. Jest to dobrze wyposażona chata górnicza, w której don Reynaldo mieszka, kiedy przychodzi jego kolej do pracy w kopalni złota.
Do wyposażenia domku należy też niewątpliwie mały okrągły szczurek, mieszkający między kamieniami i wychodzący w nocy, by zjeść okruszki. Kopalnia należy do wspólnoty złożonej z mieszkańców Pelechuco i Agua Blanca. Mieszkanie na tej wysokości przez dłuższy czas jest szkodliwe, więc górnicy pracują tydzień, a następny spędzają niżej w swoich osadach. Niektórzy z nich pracują jednak bez zmian i nie schodzą w dół, mieszkając cały czas na 5000 metrów.
Wieczorem odwiedzają mnie dwaj górnicy, zaciekawieni obecnością „gringo” w obozie. Lino i Jaime zeszli z góry, gdzie co dzień pracują. Umawiam się z nimi na wspólne wyjście nazajutrz. Dla mnie będzie to podbój góry, dla nich codzienna droga do pracy, pracują bowiem blisko szczytu oblanej lodowcami góry dominującej nad obozem.

Pomimo całodziennej wędrówki nie czuję się głodny, idę więc spać bez kolacji.
Szczęśliwie dona Marina pożyczyła mi ciepły śpiwór, mój własny nie wiele wart. Śpię jednak niespokojnie.


4.5.05 góry Apolobamba

Apolobamba
Rano budzi mnie krzątanina w obozie. To górnicy przygotowują się do wymarszu. Ruszamy o 7 rano. Zjadam tylko banana i jedno ciastko. Nie potrafię zjeść więcej. Z początku dotrzymuję tempa grupie górników, wkrótce jednak tracę siły i zostaję z tyłu. Instruują mnie, bym trzymał się ścieżki. Wlokę się noga za nogą po kamienistych morenach, o znajdywaniu ścieżki nie ma nawet mowy. Na szczęście wyprzedzają mnie jeszcze dwie grupki górników, którzy wskazują mi drogę i szybko pną się w górę.

Dalsza droga wiedzie przez lodowiec.

Na nieszczęście nie dysponuję żadnym sprzętem wysokogórskim. Jestem ubrany w niskie buty sportowe, dżinsy, pod wiatrówką mam tylko podkoszulkę i koszulę flanelową.
Idąc powoli po lodowcu, ślizgam się nieco, podążam jednak ścieżką wydeptaną przez górników, która sprytnie mija co większe szczeliny. Łapię kilka promieni wschodzącego słońca, by za chwilę znów wejść w cień góry.

Dalej ścieżka opuszcza lodowiec, skręca pod stromą skalną ścianę, pod którą zgromadzony jest spory piarg. Idę w górę po sypkich kamieniach i znów gubię górniczą ścieżkę Próbuję wspiąć się w górę, przez skalny próg, to prowadzi mnie jednak pod pionową ścianę, do tego skała jest krucha. Wracam więc i znajduję w końcu przejście, prowadzi do góry lewą stroną po litej skale. Skalny ekran jest dość mocno pochylony i miejscami trzeba się po nim wspinać Nie przedstawia jednak szczególnej trudności.

Niebawem docieram do miejsca, gdzie łatwo można wydostać się na kolejny lodowiec zawieszony na skalnej półce. Stąd widać już górników pracujących pod pionową skałą. choć dojście do nich zajmuje mi znów ponad pół godziny. Męczę się bardzo szybko i za każdym razem potrzebuję odpoczynku. Na szczęście wychodzi słońce i robi się cieplej.

Tymczasem górnicy kruszą skałę kilofami, strącając głazy i kamienie w dół zbocza. Doradzają mi drogę omijającą duży grzebień skalny i wiodącą na szczyt po litej skale. Alternatywą jest wspinanie się na wprost, po bardzo kruchych głazach.

Decyduję się iść łatwiejszą ścieżką, muszę więc wytracić nieco wysokości. Droga, którą mi wskazali, rzeczywiście istnieje, choć jest to raczej droga wspinaczkowa. Dodatkową atrakcję stanowią zostające w dłoni chwyty albo wyjeżdżające spod nóg stopnie. Dwukrotnie zdarza mi się zobaczyć kątem oka kogoś, kto okazuje się tylko wystającą skałą. Zastanawiam się, czy nie są to początki omamów spowodowanych niedokrwieniem mózgu.

Wkrótce gubię oczywiście i tę drogę, po czym po skale udaje mi się dostać ostatecznie na grzbiet. Męczę się jednak na potęgę i droga ta zajmuje mi ok. dwie godziny, a cala wspinaczka siedem.
Na szczycie znajduje się rodzaj lodowej czapy, teraz już rozmokłej, przez co moje buty szybko przemakają. Z wierzchołka podobno widać jezioro Titicaca, tym razem horyzont spowity jest jednak lekką mgiełką. Nie mam zresztą szczególnej chęci do oglądania widoków, głowę zaprząta mi bowiem pytanie: jak zejść?

Powrót drogą, którą przyszedłem wydaje mi się marnym pomysłem. Schodzenie po stromych skalach w dół jest trudniejsze niż wspinaczka. Dochodząc na brzeg lodowej czapy, dostrzegam w dole ruiny starej osady górniczej przyczepionej do wiszącej skały. Są tam ściany ok 15 kamiennych budyneczków Obok kręci się jakiś górnik. Przechodzę dalej na stromą skałę. Tu również widać schrony zbudowane z kamieni. Widzę górnika z góry, około 100-200 metrów pode mną. Staram się nawiązać z nim kontakt głosowy, by pokazał mi najdogodniejsza drogę. Kończy się to fiaskiem, więc decyduję się zejść drogą, która tam dotarłem. Kiedy wychodzę jednak na czapę lodową na szczycie góry, górnik z dołu krzykiem i machaniem rękami pokazuje mi przeciwny kierunek. Docieram więc na skałę, pode mną przepaść. Staram się zejść po kawałku, jest tu może nawet trudniej niż po drugiej stronie góry, gdzie podchodziłem Na szczęście górnik z dołu podchodzi 100 m w górę po skalach, by mi pomóc. Nieduży, ale mocno zbudowany Indianin koło czterdziestki na wstępie stwierdza, że mam nieodpowiednie obuwie, z czym nie sposób się nie zgodzić. Mój rozmówca sam jest w gumowcach. Górnik pomaga mi bardzo prowadząc w dół właściwą drogą, która schodzi to skalna ścianą, to znów brzegiem lodowca, albo stromymi usypiskami i uskokami. Pod spodem przepaść. Z odległych zboczy górskich dochodzą nas wybuchy dynamitu, którym miejscowi górnicy kruszą skałę.

Pytam swojego przewodnika o górę, z której schodzimy. Twierdzi on, że góra zwie się Cerro Hermoso i ma 6000 m.; później na podstawie mapy oceniam, ze raczej 5700. W końcu docieramy szczęśliwie do miejsca, gdzie pracuje mój wybawiciel – Policarpo. Jest tam jeszcze jego żona i syn. Żona Poliego mówi natomiast, ze góra nazywa się Cerro Presidente. Opowiada mi też o tym, jak mieszkała kiedyś przez 7 lat w tej osadzie, gdzie aktualnie się znajdujemy. Jest ona położona na wysokości ponad 5500 metrów. Nie ma tam wody, poza tą stopioną z lodu. Te trudne warunki spowodowały, ze osada została opuszczona. Kobieta ubrana jest w tradycyjną szeroką suknię, w której na co dzień wspina się po kilkaset metrów w górę, po stromych stokach pełnych spadających kamieni. Tu na górze pomaga mężowi w pracy. Segreguje kamienie zawierające domieszkę złota, które następnie ładują do dużych worków, ważących po 100 kg. Przychodzi czas na zejście w dół. Towarzyszę rodzinie w drodze. Poli spycha worki ze złotonośnym kruszcem w dół stromego stoku, po kamieniach. Potem przeciąga je w dół po lodowcu. Poli ciągnie dwa worki, a jego syn Adrian jeden. W bardziej stromych miejscach worki dostają przyśpieszenia i ruszają samoistnie w dół. Jadą jednak po wcześniej wyjeżdżonym torze, dzięki czemu nie wpadają do żadnej szczeliny. Lodowiec wydaje się nie mieć końca. W pewnym wgłębieniu powstałym w lodowcu, jeden z worków rozdziera się na wystającym kamieniu, rozpruwa się kompletnie, a cały złotonośny kruszec rozsypuje się po lodzie.

Po pewnym czasie Policarpo jest już tak zmęczony, ze prosi mnie o pomoc. Moje siły starczają ledwie na schodzenie w dół stoku i utrzymywanie równowagi Przez cały dzień zjadłem zaledwie banana i dwa ciastka, bo nadal meczy mnie jadłowstręt. Czynię jednak wysiłek i przeciągam worek kolejne metry w rynnie wyżłobionej w lodowcu. Na koniec wykonuję zjazd na butach usiłując umknąć przed ścigającym mnie bezlitośnie stu kilowym workiem kamieni. Gdy podnoszę się, jestem już w miejscu, gdzie kończy się jęzor lodu. Dalej są tylko rumowiska kamieni.
Schodzimy dalej stromymi ścieżkami wśród skał. Jeden z worków musiał gdzieś zostać, bo Poli stacza już tylko jeden. W pewnym momencie ścieżka trawersuje nad stromą przepaścią. Policarpo z pomocą syna zarzuca sobie ciężar na plecy i przenosi worek nad urwiskiem, by dalej stoczyć go w dół stoku do taczek, na których transportuję go dalej po lepszej już tutaj drodze.
Jest już wieczór, gdy docieramy do obozu górniczego. Padam zmęczony, wypijając jedynie ciepłe kakao, które przynosi mi Jaime.


5.5.05

Następnego dnia górnicy znów ruszają w górę. Ja przeznaczam ten dzień na odpoczynek. Wychodząc z górniczej chaty, mam okazją oglądać, jak ze złotonośnego kruszywa pozyskiwane jest złoto. Kruszywo, jak wcześniej wspomniałem, wydobywane jest przez górników, poprzez kruszenie skały dynamitem. Używają też młota pneumatycznego, do którego powietrze pod ciśnieniem dostarczane jest ze sprężarki na paliwo przez gumowe węże. Najczęściej jednak pracuje się kilofem.
Worki ze złotonośnym kruszywem ściągane są w dół do osady górniczej. Nad obozem, obok przepływającego strumienia, znajduje się wanienka w kształcie kadzi zbudowana z kamieni i cementu. Do tego pojemnika, za pomocą gumowego węża, stale dostarczana jest woda ze strumienia. Na dużym kamieniu wstawionym do wnętrza tej specyficznej kadzi kiwa się jednostajnie dwudziestoletni może chłopak. Za pomocą ruchu bioder porusza skałę, na której stoi, a skała w wodzie miele kruszywo stale dorzucane do kadzi. Złoto pozyskuje się wlewając do kadzi rtęć, która odciąga złote okruchy. Dodatkowo matka kiwającego się przez cały dzień chłopaka za pomocą sita wyłapuje złoto, które wypływa z kadzi. Górnicy sprzedają następnie złoto Peruwiańczykom na przygranicznym targu. Za gram tego kruszcu można otrzymać 100 bolivianos czyli ok. 45 złotych.

Wieczorem opuszczam obóz górników; wciąż brakuje mi apetytu. Wracam więc do Pelechuco, część trasy pokonuję samochodem terenowym, a potem z Agua Blanca dalej drogą w dół pieszo. Jest noc ciemna jak atrament, księżyc jest w nowiu. Schodząc, straszę krowy i lamy, i wzajemnie, one straszą mnie. Gdy jestem już w Pelechuco na wysokości 3500 m., czuję się znacznie lepiej i wreszcie zjadam kolację.

Towarzyszy mi Fiodor. Jest z Mołdawii, ale od 10 lat mieszka w Boliwii. Przeprowadził się tu do swojej żony – Boliwijki, którą poznał w czasie studiów w Związku Radzieckim. Fiodor jest inżynierem i pracuje teraz przy budowie nowej drogi w okolicy Pelechuco. Codziennie rano opuszcza hotel o godz. 5. By dojechać na miejsce budowy drogi, potrzebuje trzy godziny. By lepiej zarabiać, założył wraz z dwoma kolegami firmę „Bajkał”.


6.5.05 Pelechuco


Dowiaduję się, w jaki sposób najłatwiej dostać się do Peru. Okazuje się, ze wystarczy podjechać autobusem do niedalekiej miejscowości Antequilla, a następnie przejść do sąsiedniego miasteczka Cojata po stronie peruwiańskiej. Kierowca autobusu opuszczającego Pelechuco o 3 w nocy, zapewnia mnie, że nie potrzebuję żadnej pieczątki do paszportu. Przechodzisz i „nada mas”, to bardzo popularna tu fraza, która można przetłumaczyć jako „i tyle”.

7.5.05 Pelechuco – Cojata


We wczesnych godzinach porannych kierowca wysadza mnie na kamienistej drodze.
– Pójdziesz w tę stronę – pokazuje ręką – i za dwie godziny dojdziesz do Cojaty.
– Mam trzymać się drogi? – pytam niepewnie.

  • Nie ma żadnej drogi, idź prosto, a potem się zapytasz.

Autobus odjeżdża, a ja zostaję na płaskiej punie otoczony mgłą. Widać może na kilkadziesiąt metrów, na szczęście z tyłu prześwituje słońce i na tej podstawie można orientować się w kierunku marszu.
Ruszam szybko przed siebie, pamiętając, by mieć słońce za plecami. Puna jest tu podmokła i przecina ją niezliczona ilość rzeczek i strumieni. Niektóre miejsca są mocno podmokłe i wkrótce moje buty są już przemoczone. Puna porośnięta jest niską trawa albo mchami. W niektórych miejscach wybrzuszają się gąbczaste porosty. Równina lekko opada w stronę południowo- zachodnią, co można wywnioskować po kierunku, w którym płyną potoczki. Poza tym jest całkiem płasko.

Posuwam się we mgle przez jakiś czas, aż natrafiam na pierwsze gospodarstwa. Najpierw pojawiają się murki z adobe i zagrody. Pytam o drogę przygarbionej, indiańskiej babci prowadzącej stadko lam. Pokazuje mi ręką kierunek. W następnym gospodarstwie, które wyłania się z mgły, znów pytam o drogę. Matka z dwojgiem synów akurat wyprowadza alpakę z zagrody. 30 metrów dalej duszą ją postronkiem zaciśniętym na szyi. Alpaka piszczy i rzęzi, a ja ruszam dalej we wskazanym kierunku.
Tym razem przez długi czas nie spotykam żadnych gospodarstw. Zaczynam się zastanawiać, czy nie minąłem już miasteczka. W końcu decyduję się zmienić kierunek marszu. Idę w kierunku, z którego doszło mnie szczekanie psów. Nigdzie mnie to jednak nie doprowadza. Trafiam za to na odciśnięte w trawie ślady motocykla. Dalej idę za śladami, które wydają się prowadzić w dobrym kierunku. Rzeczki staja się tu coraz szersze i zaczynam mieć kłopot, by je przeskakiwać. Niejednokrotnie szukam dogodnego miejsca, biorę rozpęd i skaczę. Mój nos mnie nie mylił – po dwóch stronach szerokiego strumienia stoi para wysokich, białych słupów granicznych. Na jednym napis Boliwia, na drugim Peru.

Zaraz po wejściu do Peru, mgła rozwiewa się i na horyzoncie, na stoku niewielkiego wzgórza dostrzegam mój cel: Cojatę. Jest to, co prawda, 5 godzin marszu, a nie 2, jak powiedział kierowca, niemniej widok miasteczka i tak podnosi mnie na duchu. Po drodze schładza moje emocje szeroka i lodowata rzeka, którą tym razem muszę przejść boso. Przechodzę śladem bydła, dzięki czemu unikam głębszych miejsc.

Miasteczko Cojata sprawia lepsze wrażenie niż sąsiednie miejscowości boliwijskie. Nadal przeważają domki z adobe, ale teraz częściej widzi się budynki z cegieł i kamienia. Na placu stoi nawet nowoczesny budynek rady miasta, z dużymi zaokrąglonymi oknami.
Siadam na placu, oczekując na autobus do miasta Juliaca, który być może pojedzie jeszcze dziś.
Zmieniam pieniądze boliwijskie u miejscowego cambisty (konika); dziadka, który ma poważne kłopoty z liczeniem.

Za chwilę podchodzi do mnie peruwiański policjant, pyta, co tu robię i prosi o dokumenty.
Policjant zauważa, ze nie mam pieczątki w paszporcie i zaprasza mnie na komisariat. Jestem tam wypytywany o to, skąd się tu wziąłem, przeszukują mi też bagaż, podejrzewając, iż jestem niebezpiecznym przemytnikiem.

Policjanci twierdzą, że powinni oddać mnie w ręce agencji bezpieczeństwa stanu, ale w końcu dogaduje się z nimi, ze pojadę do oddalonego o jakieś 400 km. przejścia granicznego, by załatwić formalności. W tym celu będę musiał objechać dookoła jezioro Titicaca.
Jako że na razie nie ma z miasteczka żadnego transportu, zostaję gościnnie na posterunku policji. Jest to skromny budynek, z dużym podwórzem z tyłu, otoczonym wysokim, kamiennym murem. Życie płynie tu leniwie. Na podwórzu policjanci suszą wyprane ubrania. Obok w małym budynku mają kuchnię, w której przygotowują sami swoje posiłki. W wiosce nie ma jeszcze prądu, więc radiostacja zasilana jest z akumulatora. Posterunek ma w posiadaniu dwa motocykle, jeden stary japoński i zupełnie świeży nabytek, crossowy motocykl produkcji peruwiańskiej.
Okazuje się, ze trafiłem akurat na zmianę załogi posterunku. Grubawy Raul – policjant, który mnie zgarnął, jest tu zupełnie nowy, podczas gdy dwaj młodzi i weseli gliniarze Carlos i Miguel właśnie odchodzą wraz ze starszawym komendantem. Takie rotacje załogi przeprowadza się tu co 6 miesięcy.
Przy obiedzie siwawy komendant ok. pięćdziesiątki zaskakuje mnie swą wiedzą. Miejscowi na ogół nie słyszeli nawet o Polsce, a ten wymienia Papieża, Wałęsę, Lato. Wie też, że Polska graniczyła ze Związkiem Radzieckim i Czechosłowacją. Gwarzymy tak przez czas jakiś. Policjanci są ciekawi świata i wypytują o wiele rzeczy w Europie. Sami zarabiają niewiele, bo ok. 1000 zł, podroż poza Amerykę wydaje się im dość abstrakcyjna. Raul zwierza mi się, ze najbardziej chciałby zobaczyć Egipt.
Po obiedzie wyruszamy na pobliskie wzgórze, by zapalić świece w opuszczonej kapliczce. Obok kapliczki widać miejsca obrzędowe związane ze starymi tradycjami. Tu na wzgórzu bardzo religijni ludzie składają ofiary dla bogini ziemi – Pachamamy. Szereg drobnych przedmiotów umieszcza się w wykopanej dziurze, a następnie zasypuje się ziemią. Po południu wyruszamy pojeździć na nowym nabytku komisariatu, terenowym motorze crossowym. Jedziemy na pobliskie wzgórza, gdzie wiatr bardzo ciekawie ukształtował skały. Jedna z nich tworzy rodzaj bramy wysokiej na 10 metrów i zdającej się przeczyć prawom grawitacji. Trudno uwierzyć, że potężne bloki skalne mogą otrzymać się na tak wątłych podstawach. Skał o dziwnych kształtach nie brakuje w tej okolicy. Do tego zamieszkują je płochliwe zwierzęta podobne do wiewiórek. Co bardziej interesujące skały są jednak zabazgrane przeróżnymi napisami, wśród których dominują wyznania miłosne.
Wracając z Carlosem na motocyklu, wjeżdżamy w wąską uliczkę, której środkiem płynie ściek. W miasteczku nie ma kanalizacji, więc tego typu rynsztoki są tu na każdej ulicy. Przejazd blokuje nam zaparkowana ciężarówka, więc Carlos decyduje się przejechać przez kanalik. Na nieszczęście jest on znacznie głębszy niż można było przypuszczać. Motocykl wpada do połowy wysokości kół i utyka rozchlapując ekskrementy dokoła. Innymi słowy, wpakowaliśmy się w niezłe gówno. Można uznać, ze motocykl przeszedł swój chrzest, pozostaje tylko mycie maszyny i pasażerów. Wieczorem następuje inauguracja fiesty, trwającej w pueblo od tygodnia. Plac wypełnia spory tłumek, jest hałaśliwa orkiestra dęta, tancerze, koncert w lokalnych rytmach andyjskich. Dla Miguela i Carlosa jest to wieczór pożegnalny, spijają się dość solidnie piwem i idą spać po dwunastej.


8.5.05 Cojata – Yunguyo


Rano łapię autobus do Juliaca, potem do Puno i Yunguyo. Przyjeżdżam już wieczorem. Idę piechotą do odległego o 3 kilometry przejścia. Odprawa jest już zamknięta i celnik informuje mnie, że będę mógł przejść granice dopiero nazajutrz. Sprawę komplikuje to, że chcę przejść granice z Peru, w którym jestem nielegalnie, do Peru. Wmawiam jednak celnikowi, ze przyszedłem z Boliwii i tam też idę spać w małym obskurnym pokoiku nad pobliskim sklepem.


9.5.05 Yunguyo – Puno


Rano jadę do Puno. Jest to spore miasto położone nad jedną z zatok jeziora Titicaca. Przy kupowaniu biletu do Cuzco sprzedawca proponuje mi dodatkowo wycieczkę do Urus, do ludzi mieszkających na pływających wyspach. Nie jest drogo, więc daję się namówić. Płyniemy tam po południu duża łodzią motorową. Na miejscu odnoszę wrażenie dużej sztuczności: 2 niby-wyspy, które odwiedzamy zbudowane są wyraźnie pod turystów. Całkowita komercja. Czuje się, jakbym był w ZOO, tylko nie jestem pewien, po której stronie krat. Na wycieczce poznaję za to kilkoro turystów, z którymi następnie wspólnie udajemy się na kolację. Prawie wszyscy jadą do Cuzco, choć, jak się później okazuje, różnymi autobusami.


10.5.05 Puno – Cuzco


Nocą przejeżdżam do Cuzco. Okazuje się, że miejsce obok mnie zajmuje Delma, którą poznałem na wycieczce do Urus – ludzi tratw. Delma była na tej wycieczce jedyna przedstawicielką Ameryki Południowej. Jest Boliwijką, urodziła się w Oruro, a teraz mieszka w Cochabambie. Do Cuzco wybiera się na zlot bioenergoterapeutów. Delma ma 58 lat, dosyć indiańskie rysy i jest emerytowaną dyrektorką szkoły muzycznej w Cochabambie Na emeryturze dorabia sobie jako organistka w jednej z parafii Cochabamby. Parafia prowadzona jest przez księży włoskich. Delma konsekwentnie poprawia wszystkich, którzy zwracają się do niej per Seniora:
– Seniorita – mówi – jeszcze nie wyszłam za mąż.


11-12.5.05 Cuzco

cuzco
Centrum Cuzco jest bardzo zadbane. Jest tu plac z piękną katedrą, postawioną na miejscu dawnej świątyni Inków. Tu i ówdzie widać jeszcze kawałki murów sprzed konkwisty. Miasto żyje z turystyki. Jest to punkt wyjściowy wycieczek do Świętej Doliny Inków i Machu Picchu. Na ulicach wyróżniają się łatwo rozpoznawalni obcokrajowcy. Jest ich tu cała masa. Atrakcji turystycznych również nie brakuje, są one jednak bardzo drogie. Karnet na zwiedzanie 7 muzeów w mieście kosztuje 70 złotych. By zwiedzić Świętą Dolinę Inków i Machu Picchu trzeba już zapłacić 400 zł. Prawdopodobnie da się zwiedzić te miejsca taniej, jednakże ja daruję sobie te przyjemności Po wizycie u Urus na jeziorze Titicaca przerażają mnie wszelkie masowe spędy turystów zachodnich. Czas w Cuzco wykorzystuję na odpoczynek i nadrobienie zaległości internetowych. Posiłki jadam z Delmą, z która wynajęliśmy pokoje w tym samym 'Hospedaje'. Delma opowiada wiele o swoim ojcu. Nazywał się Victor Jimenez i był czołowym kompozytorem boliwijskim. Victor stracił swoich rodziców, gdy miał 9 lat. Jego piętnastoletnia siostra, była ładna, więc wyszła za mąż, a 12-letniego brata miejscowy stolarz wziął na naukę zawodu. Mały Victor został w domu sam. Nudził się i włóczył po ulicy nie mając czym się zająć. W domu zostało sporo jedzenia, po prawej worki z kukurydzą, po lewej z ryżem. Na podwórku za domem kręciło się trochę kur. Victor gotował co drugi dzień ryż z jajkami albo kukurydzę z jajkami. Po pewnym czasie zachorował i zrobił się zupełnie żółty. Choroba rozłożyła go zupełnie, tak że nie mógł się ruszyć z domu i wezwać pomocy.
Na szczęście jego nauczycielka ze szkoły zainteresowała się losem chłopca, zauważając jego nieobecność. Wezwała lekarza, który zrobił mu płukanie żołądka i pouczył go na temat zgubnych skutków diety jajecznej. Później dzięki pomocy stryja Victor uczy się grać na fortepianie. Jest bardzo uzdolniony muzycznie. W 1933 roku zaognia się konflikt między Boliwią i Paragwajem. W rezultacie wybucha wojna o Chaco, w czasie której po obu stronach ginie 90 tysięcy ludzi. Młody Victor jako żołnierz przeżywa straszne chwile w morderczym upale, przed którym nie ma się nawet jak skryć, gdyż Chaco porośnięte jest tylko niskimi krzewami. Do tego jest piekielnie sucho i nie ma nawet kropli wody. Żołnierze wyrywają rośliny i jedzą korzenie. Ostatecznie Victor dostaje się do niewoli. W obozie jenieckim jego umiejętności gry na fortepianie pomagają mu przeżyć Paragwajczycy w czasie imprezy świątecznej poszukują pianisty. Victor zgłasza się i oczarowuje publikę swym kunsztem. Od tej pory jego los ulega poprawie, zmienia łachmany na nowe ubranie, lepiej je i jako jedyny jeniec ma prawo do noszenia broni.

13.5.05 Cuzco – Arequipa

Na próżno próbuję jechać autostopem. Decyduję się na autobusy, którymi docieram do Juliaqui, a potem zjeżdżam z Altiplano w dół do Arequipy.


14.5.05 Arequipa – Lima


Cała noc i pół dnia jazdy nad Pacyfikiem. Droga wiedzie często po stromych urwiskach nad wzburzoną wodą. Zimny prąd oceaniczny sprawia, że jest tu potwornie sucho. Tylko w dolinach, którymi spływają rzeki z Andów, widać zieleń. Poza tym sporadycznym widokiem droga idzie przez pustynię. Czasem są to kamieniste wzniesienia, czasem strome ściany skalne, czasem wydmy piaskowe, ale niezmiennie brak jakiejkolwiek roślinności. Krajobraz księżycowy. Postój nad oceanem wykorzystuję na spacer po plaży. Na zrujnowanym murze starego budynku siedzi stadko ścierwojadów. Gdy podchodzę bliżej je obejrzeć, zrywają się do lotu. Olbrzymie, kilkometrowe fale oceanu rozbijają się o skalisty brzeg. Morska piana wyrzucana jest na wiele metrów w górę.
Lima:
Centrum Limy pełne jest pomników i reprezentacyjnych budynków rządowych, wojskowych itp. Nie wszystkie dzielnice robią jednak tak dobre wrażenie – stara latynoamerykańska bieda przedmieść. W Limie spędzam jedną noc.

 

15.5.05 Lima – Tumbes


Znów sucho jak pieprz. Stopniowo jednak roślinność zaczyna pojawiać się też poza zielonymi dolinami. Droga nadal idzie nisko, nad oceanem. Mieszkańcy Peru celują w wykonywaniu napisów na zboczach górskich. Są to inskrypcje najczęściej ułożone z kamieni. Napisy mają rozmaite treści. Największe najczęściej reklamują jednostki wojskowe i często mają wydźwięk patriotyczny. Częste są też nazwy klubów sportowych, szczególnie gdy pod górą znajduje się jakiś stadion. Nierzadkie są też wszelkiego rodzaju wyznania miłosne. Napisy te są stałą częścią krajobrazu w zaludnionych okolicach.
Na jednym z przystanków, po jedzeniu, rozmawiam z dwudziestokilkuletnią dziewczyna stojącą nieco z boku, przy ścianie restauracji. Jest ona raczej drobna, ładna i bardzo zadbana, ubrana w skromny sweterek mówi bardzo cicho i łagodnym tonem. Rysy ma bardziej europejskie niż indiańskie. Dziewczyna wraca z Limy, gdzie odwiedzała swoja rodzinę. Jedzie do Piury, miejscowości w której pracuje. Pytam ją, czym się zajmuje, ale odpowiada cichutko. Nie zrozumiałem krótkiego słowa, które powiedziała, więc pytam: co? Seniorita mówi cicho i z pewną nieśmiałością. Ja tymczasem próbuję powstrzymać nagły napad niekontrolowanego kaszlu. Wygląda na to, że moja rozmówczyni czerpie korzyści z nierządu. Niemniej rozmawiamy dalej, tym razem o deszczu. W Piura, odkąd moja rozmówczyni tam mieszka, padało tylko raz od dwóch lat.

16.5.05 Tumbes (Peru) - Tulcan (Ekwador)


Opuszczam Peru. W ekwadorskim punkcie kontroli celnik podbija mi paszport. Nie upominam się o swoje prawa, mimo że zdaję sobie sprawę z obowiązującego mnie od roku obowiązku wizowego.
Znów noc w autobusie. Droga w Ekwadorze teraz wspina się na wyżyny. Plantacje bananów zostają na dole. W górze jest chłodniej. Tu uprawia się ziemniaki, kukurydzę, na łąkach pasie się bydło. Lasy są eukaliptusowe. W przeciwieństwie do pustynnego Peru, Ekwador jest intensywnie zielony – efekt pory deszczowej. Nad ranem przejeżdżamy przez stolicę – Quito. Niestety przesypiam ten widok. Rano jesteśmy już na półkuli północnej.

Poza zielenią, w Ekwadorze są jeszcze kontrole policyjne. Poszukiwani są przemytnicy. Do autokaru co rusz wkracza jakiś funkcjonariusz i prowadzi czynności służbowe. Jeden z nich ma zacięcie filmowca. Z kamerą video w dłoni filmuje każdego pasażera z osobna, uprzednio wydając komendę: czapki z głów.

Inne kontrole sprawdzają dokumenty i bagaże. Najdokładniejsza kontrola dokonana zostaje o północy. Oprócz bagaży i dokumentów są jeszcze łapy na autobus i darmowe obmacywanie.

17.5.05 Tulcan


Do biura migracyjnego, by podbić paszport, ustawia się dwugodzinna kolejka. Kolumbia ma szczególnie przemyślane prawa graniczne: aby wjechać do tego kraju obcokrajowiec musi zademonstrować bilet wyjazdowy. Z Kolumbijczykami nie udaje się ten sam numer – ekwadorski wjazd na krzywy ryj. Zostaję zawrócony z granicy z powodu braku wizy. Na szczęście w Tulcan jest konsulat Kolumbii. Długa lista wymaganych zdjęć, kopii i deklaracji wpływa na pogorszenie mojego samopoczucia. Zostaję w Tulacan na noc.


18.5.05 Tulcan – Cali


Udaje mi się przejść przez cały proces wydawania wizy. By ją dostać, muszę przedstawić plan podroży. Sporządzam dziesięciodniowy plan i po rozmowie z konsulem oraz zapłaceniu 25 dolarów dostaje wizę. Jest ona ważna tylko 10 dni od wjazdu, więc teraz żałuję, że nie przedstawiłem dłuższego planu podroży, ponieważ planowałem spędzić w Kolumbii około dwóch tygodni.
Kolumbia okazuje się krajem bardziej rozwiniętym niż jej południowi sąsiedzi Na ulicach widać dużo samochodów, domy są zadbane i nie widać zbyt wiele ubóstwa. Najgęściej zamieszkana strefa kraju znajduje się w jego zachodniej części. Miasta rozlokowane są w terenie, który przecinają trzy wysokie, południkowe pasma górskie. Są to: Cordillera Oriental, Central i Occidental.
Im wyżej znajdują się miasta, tym chłodniejszy mają klimat. Nisko położone Cali nawiedzane jest przez upały, Bogota leżąca na płaskowyżu o wysokości ponad 2500 metrów, ma już klimat bardziej umiarkowany. W Kolumbii nie ma pór roku, miesiące różnią się jedynie intensywnością opadów.

19.5.05 Cali – Pereira


Jadę małym autobusem do Pereiry. Kolumbijczycy zwą ten środek transportu Busetas. Słowo to w Brazylii ma zgoła odmienne znaczenie, przez co początkowo z trudem przechodzi mi przez gardło.
Transport w Kolumbii jest stosunkowo drogi. Przejechanie jednego kilometra kosztuje tu około 10 gr. w porównaniu do 7 gr. w Peru i 4 gr. w Boliwii. Ceny podroży należy tu negocjować, Kolumbijczycy znani są z zamiłowania do targu, ceny można zbić również w hotelach, a często i w sklepach.

20.5.05 Periera


Zwiedzam Pereirę. Jest to średniej wielkości miasto położone wśród zielonych wzgórz. Okolica słynie z upraw i produkcji kawy. Niedaleko znajduje się park narodowy z wysokimi górami o zaśnieżonych wierzchołkach. W Pereirze zwiedzam miejscowe zoo, gdzie oprócz dużych zwierzów, można oglądać wiele gatunków papug i małp, dla których jedyną rozrywką jest oglądanie ludzi.

21.5.05 Pereira – Bogota


Znów jadę busetą. Jest to swego rodzaju przeżycie. Kierowcy tych wehikułów prezentują bowiem bardzo ryzykowny styl jazdy. Kolumbia to kraj górzysty. Drogi są więc bardzo kręte i teoretycznie prawie nie ma możliwości wyprzedzania wszędobylskich ciężarówek. Praktyka jest jednak inna. Kierowcy busów celują w wyprzedaniu tuż przed zakrętami, a pasażerom pozostaje modlitwa.
Istnieje jednak możliwość wyboru przewoźnika. Na dworcu w Cali można zagłębić się w lekturze tablicy, na której figurują poszczególne firmy, wraz z ilością wypadków, rannych i zabitych pasażerów.
Przekraczając Cordillerę Central, bus wyjeżdża na sporą wysokość, można oglądać zmieniającą się roślinność i malownicze krajobrazy. Kolumbia jest intensywnie zielona, wszędzie pełno kwiatów, wysokie nasycenie barwami. Na trasie spotyka się też sporo biedaków, którzy osiedlają się wzdłuż drogi w prowizorycznych domkach z drewna i folii. Ludzie ci stoją na niektórych ostrych zakrętach ostrzegając kierowców wyprzedzających ciężarówki przed nadjeżdżającymi z przeciwka samochodami. Biedacy ci liczą, że za pomoc otrzymają jakąś monetę. Wzdłuż drogi widać dużo wojska, szczególnie silnie obstawione są duże mosty. Guerrilla (partyzantka) jest wciąż bardzo aktywna. Dwa dni temu w zamachu bombowym niedaleko Pereiry zginęło 30 żołnierzy, w południowej części kraju kolejnych trzech.

Partyzanci są swoistą plagą Kolumbii, nie cieszą się tu popularnością Brak poparcia społecznego kompensują potężnymi zyskami czerpanymi z handlu kokainą. W zeszłym tygodniu w południowo- wschodniej części Kolumbii odnaleziono skład zawierający 13,6 ton czystej kokainy. W zeszłym roku wojsko znalazło 80 milionów dolarów w gotowce; pieniądze były zakopane w dżungli. Ocenia się, że w podobnych skrytkach podziemnych ukryte jest ponad miliard dolarów.


22.5.05 Bogota


W Bogocie spotykam się z Caroliną i Diego. Oboje są inżynierami. Oprowadzają mnie po Bogocie, która jest jednym z większych miast regionu. Liczy około 8 milionów mieszkańców. Tak jak inne miasta Ameryki Łacińskiej, liczba mieszkańców wzrosła tu lawinowo, na skutek masowej migracji. Mieszkańcy regionów wiejskich opuszczali swe domostwa w poszukiwaniu lepszego życia, a także na skutek prześladowań ze strony partyzantki. Imigranci przeprowadzali swoistą inwazję na bezużyteczne tereny wokół miast. Taki rodzaj dzikiego osadnictwa stanowi tu obrzeża wielkich miast. Politycy szukający wsparcia wyborców z czasem nadają mieszkańcom prawa do ziemi, którą ci już zamieszkują. Wieczorem udajemy się na imprezę urodzinową koleżanki Caroliny. Prywatka odbywa się w domu, w bogatej dzielnicy mieszkalnej. Gości jest około czterdziestu, gra dla nich czteroosobowa kapela. Muzyka, którą grają wywodzi się z regionu karaibskiego i zwie się vallenato. Używa się akordeonu, bębna i raspy (rodzaj puszki). Piosenki te są tu bardzo popularne, z kapelą śpiewa cala sala.

bogotaKolumbijczycy są bardzo spontaniczni i weseli. Pije się aguardiente, czyli anyżówkę. Tance i śpiewy trwają do późna, my wracamy do domu o 3 w nocy. W Bogocie można spotkać oprócz Bogotanina, również Poloneza. Samochody te były tu wyposażeniem miejscowej policji, wyszły jednak z użycia i teraz należą do właścicieli indywidualnych.


23.5.05 Bogota

Zamieszkuję u rodziny Diega. Są to raczej majętni ludzie sądząc po domu z siedmioma łazienkami i samochodach w garażu. Ojciec Diega jest emerytowanym oficerem marynarki wojennej. Diego ma również dwie siostry i brata. Wszyscy są dobrze wykształceni, starsza z sióstr Adriana wiele podróżowała, była nawet w Moskwie na konferencji organizowanej przez Bank Światowy.
Po południu zwiedzam Candelarie, najstarszą część Bogoty. Na Plaza de Bolivar znajduje się większość reprezentacyjnych budynków: Katedra, Sad Najwyższy, Alcaldia (urząd miasta) i Kongres. Niedaleko jest również siedziba prezydenta. W obrębie dzielnicy znajduje się też kilka interesujących muzeów; Museo del Oro z ozdobami wykonanymi tu jeszcze w czasach prekolumbijskich i Museo Nacional. Próbuję też przeróżnych specjałów kuchni kolumbijskiej. Bandeja paisa to danie zawierające fasolę, ryż, mięso mielone, chorizo (rodzaj kiełbasy), jajko sadzone i mały placek kukurydziany zwany arepa. Tamal jest to danie z kaszki kukurydzianej z dodatkiem mięsa, wszystko razem jest zawinięte w liście bananowca.
Wypada spróbować również chiche, napoju uzyskiwanego przez fermentację kukurydzy.

24.5.05 Bogota


Od rana jeżdżę z Diegiem i jego wspólnikiem po mieście. Diego jest drobnym przedsiębiorcą i zajmuje się szyciem odzieży. Organizuje właśnie produkcję osiemdziesięciu par spodni, które sprzedaje opatrzone metkami znanej firmy. Proceder ten jest tu najwyraźniej na porządku dziennym. Diego sprzedaje dżinsy w cenie ok. 40 złotych od pary. Na tej transakcji zarobi na czysto 1500 zł. Dziś przewozimy skrojony już przez chłopaków materiał do warsztatu w którym spodnie będą szyte.


25.5.05 Cucuta (Kolumbia – Wenezuela)


Nocą przejeżdżam do Cucuty. Jest to spore miasto położone tuż przy granicy kolumbijsko-wenezuelskiej. Zwiedzam miasto. Jak w innych miastach regionu, w centrum znajduje się plac Bolivara, przy którym stoi duża barokowa katedra. Ulice, tak jak w innych miastach Kolumbii, krzyżują się prostopadle i są ponumerowane. Zgodnie z radą moich internetowych znajomych wymieniam wszystkie dolary, które posiadam na miejscowa walutę – bolivares. W Wenezueli wymiana waluty poddana jest ścisłej kontroli i kurs oficjalny jest niższy od czarnorynkowego. Po południu przekraczam granicę. Załatwiając formalności na granicy, oglądam z celnikami finał ligi mistrzów. Z Kolumbijczykami oglądam drugą polowe, a z Wenezuelczykami dogrywkę i karne. Celnicy kibicują Liverpoolowi i cieszą się, gdy Dudek broni kolejne rzuty karne. Ściemnia się już, gdy wsiadam do autobusu jadącego do Caracas. Trzej mężczyźni obok upychają pod siedzeniami pudła zawinięte w czarną folię. Za chwilę autobus zatrzymuje się na policyjnym czy może wojskowym punkcie kontroli. Wszyscy wysiadają i poddają się kontroli dokumentów. Tylko mnie młody żołnierz zabiera na stronę. Różnica między turystą a terrorystą wydaje się dla niego mało zrozumiała. Zabiera mnie do pustego pomieszczenia o wymiarach 2x2m. Każe mi się ustawić w rogu pomieszczenia pod ścianą i wyjmować wszystkie przedmioty z kieszeni, zdjąć buty, skarpetki i spodnie. Dokładnie sprawdza zawartość mojego portfela. W końcu doczepia się do kilku banknotów, które trzymam na pamiątkę. Tłumaczę mu, że to pamiątkowe banknoty z Rumunii, Bułgarii, Chin, Mongolii i Albanii. Nie mają żadnej realnej wartości. Żołnierz nalega, bym mu je podarował. Odmawiam jednak uparcie, patrząc mu na ręce, by nie zwinął mi pieniędzy. W końcu oddaje mi portfel i wracam do autobusu. Później zauważam, że w portfelu brak małego krzyżyka, jednego z przedmiotów, które wyciągał kontroler w czasie rewizji. Chłopak pewnie myślał, że krzyżyk jest złoty.


26.5.05 Caracas


Caracas znajduje się w dolinie otoczonej górami. Niskie położenie i sąsiedztwo Morza Karaibskiego wpływa na gorący klimat miasta. O tej porze roku jest tu rzeczywiście parno.
Podobnie jak w Kolumbii, żyje się tu całkiem dostatnio, ale dotyczy to tylko 20% populacji. Pozostałe 80 % jest biedne. Prezydentem Wenezueli jest charyzmatyczny Hugo Chavez, populistyczny polityk, który zdobył tu sobie olbrzymią popularność odbierając ziemie bogatym i rozdając biednym. Nietrudno się domyślić, ze Chavez jest niezbyt popularny wśród bogatszych obywateli, którzy oskarżają go o zaognianie konfliktów społecznych. Jego zażyłość z Fidelem jest jednym z powodów niechęci ze strony Stanów Zjednoczonych i ich lokalnego sojusznika, rządzonej przez Alvaro Uribe Kolumbii.


27.5.05 Caracas


W Caracas Rohiman zostawia mi swoje mieszkanie. Rohiman nie mieszka w nim, więc zwykle goszczą tu ludzie z Hospitality Club. Mieszkanie ma ok. 60 metrów powierzchni, nie jest umeblowane, ma jednak urządzoną kuchnię. Rohiman zostawia mi klucze i nie pokazuje się więcej. Pierwszy dzień poświęcam na sprzątanie mieszkania, które niezamieszkiwane przez miesiąc, prezentuje symptomy zapuszczenia. W klimacie panującym w mieście, bardzo szybko zalega się tu rozmaite robactwo. Na półkach szafek kuchennych leży sporo martwych muszek, a na podłodze jest piasek naniesiony być może przez mrówki. Gdzieniegdzie napotkać można zasuszone karaluchy.
Wieczorem umawiam się z Jensem, młodym amerykańskim dziennikarzem na wspólne wyjście do miasta wraz z nim i jego znajomymi. Jens zajmuje się polityka, uważa że nie ma lepszego miejsca do pisania o polityce niż Wenezuela. Sytuacja polityczna rzeczywiście budzi to olbrzymi emocje. Co chwilę odbywają się tu marsze zwolenników i przeciwników Chaveza. Z początku trafiamy do mieszkania jego koleżanki – Francuzki, uczącej tu języka. Później już w większej międzynarodowej grupie udajemy się na urodzinowe party w sąsiedniej dzielnicy. Impreza rozkręca się, gdy przychodzimy ok. 12 w nocy. Towarzystwo jest tu jeszcze bardziej kosmopolityczne niż poprzednio. Spotykam tu ludzi z Peru, Kuby, Kraju Basków, Kanady, etc. Okazuje się nawet, że jest jedna dziewczyna z Polski. Małgosia urodziła się pod Wrocławiem, wraz z rodzicami wyemigrowała do Kanady, a teraz pracuje w miejscowej ambasadzie kanadyjskiej. Dzięki swojej matce, mówi zupełnie poprawnie po polsku. Dla mnie jest to pierwsza okazja do rozmowy w języku ojczystym od miesiąca. Później impreza przenosi się do dyskoteki w mieście. Wychodzę stamtąd ok. 5 rano.


29.5.05 Caracas


Młody lekarz Jonathan pokazuje mi miasto. Mieszka on w nowoczesnym bloku w bogatej dzielnicy. Jego ojciec też jest lekarzem, a siostra architektem. Jonathan chce robić specjalizację – radiologię w Anglii.
Rozmawiamy dużo o Wenezueli i Europie. Mój rozmówca jest szczególnie zainteresowany historią Starego Kontynentu. Tak jak inni bogaci ludzie tego kontynentu. Jonathan boi się swoich współobywateli. On i jego siostra bardzo dziwią się temu, że poprzedniej nocy wróciłem na piechotę z dyskoteki. Jest to dla nich nie do pomyślenia, by można wracać na piechotę, zamiast taksówką. Czasem mam wrażenie, że podział miedzy biednymi i bogatymi w tych krajach jest tak głęboki, że wcale się ze sobą nie znają. Bogaci zamykają się w swoich rezydencjach i na wszelkie sposoby zabezpieczają się przed ubogimi, którzy czyhają tylko, by pozbawić ich wszelkich dóbr, których się dorobili. Blok, w którym mieszkam, otoczony jest wysokim ostro zwieńczonym płotem. Przy bramie wejściowej znajduje się domofon, furtkę można też otworzyć kluczem magnetycznym. Idąc dalej, mija się budkę dozorcy, który pracuje tu wieczorami. Przy wejściu do bloku są szklane drzwi na klucz magnetyczny, te na ogół pozostają otwarte. Dalej winda, znów na magnes, bez tego nie pojedzie. Na klatkę schodową również nie da się wejść bez klucza. Wreszcie drzwi do mieszkania. Są one podwójne. Najpierw trzeba otworzyć kratę, potem właściwe drzwi, również solidnie skonstruowane. Całość robi wrażenie, jak gdybym mieszkał w twierdzy.


30.5.05 Caracas


Nad Caracas wznosi się wał gór porośniętych przez zieloną dżunglę. Jest to park narodowy Avila. Postanawiam wybrać się na przechadzkę po górach. Wchodzę na stromą ścieżkę wiodącą wśród wysokich traw. Z trudem przeciskam się przez gęste chaszcze. Po pewnym czasie ścieżka łączy się z szerszą i lepiej przedeptaną dróżką. Później znów skręcam w bardziej dzikie ostępy, ścieżka jest tu prawie całkiem zarośnięta; wszędzie wokół tropikalna roślinność. Gąszcze bambusów, nieznane mi gatunki roślin, z drzew na przypominających sznurki kłączach wiszą dziwne owoce. Wszędzie dużo ptactwa i robactwa. Ścieżka doprowadza mnie do wysokiego stalowego słupa wysokiego napięcia.
Wracam więc z powrotem i wreszcie znajduję właściwy trakt. Przechodzę obok wysokiego wodospadu Pajaritos i ruszam w górę. Ścieżka wije się wśród gęstej selwy. Chwilami odsłania się widok na położone w dole miasto. W końcu wychodzę na bezdrzewny teren i grzbietem wspinam się przez kolejne trzy godziny w górę. Tu na wysokiej skale znajduje się Cruz Palmeros.

caracasJest to biały krzyż ledwo widoczny z miasta ze względu na dużą odległość i jego małe rozmiary. Przez grań, na której się znajduje, przewalają się wciąż chmury, a mgła tylko chwilami rozwiewa się na tyle by spojrzeć na leżącą w dole metropolię. Z drugiej strony pasma powinno być widoczne Morze Karaibskie, ale chmury zalegają tak gęsto, że tylko przez moment udaje mi się dojrzeć jego rąbek. Wychodzę jeszcze wyżej, na Pico Oriental. Góra ma 2640 m. wysokości, Caracas znajduje się 1700 m niżej. W drodze powrotnej zaskakuje mnie burza. Deszcz czyni gliniastą ścieżkę bardzo śliską, czego bezpośrednie skutki odczuwa mój tyłek i ubranie. Burza mija jednak szybko. Pozostaje już tylko zejść w dół. Schodzę szybko trzymając przed sobą drewniany kij. Ten sposób poruszania się, przypominający trochę marsz niewidomego, jest tu praktyczny, ze względu na grzechotniki.
Na swojej drodze spotykam jednego węża. Jest on czarny, dosyć długi i cienki. Najwidoczniej uznaje jednak przewagę wzrostu swojego potencjalnego przeciwnika, ponieważ szybko oddala się w sobie tylko znanym kierunku. Na dole przy wejściu do parku narodowego znajduje się kilka tablic ostrzegających przed wężami jadowitymi. Gady te atakują jedynie w obronie własnej Ukąszenia zdarzają się bardzo szybko, tak że czasem osoba ukąszona nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, co się stało. Poszkodowanego należy jak najszybciej przetransportować do specjalistycznego szpitala. Nie należy wysysać rany, bo można wciągnąć jad. Odradza się też stosowanie opasek uciskowych. Ukąszona osoba powinna unikać wysiłku, należy ją uspokoić i utrzymywać z nią kontakt poprzez rozmowę.


31.5.05 Caracas


Wenezuela wydaje się tańsza od Kolumbii, może z wyjątkiem cen żywności Bardzo tani jest tu transport. Przejazd metrem kosztuje 50 gr. Europejczyk może być tu zaskoczony na stacji benzynowej. Mój kolega kolega Jonathan podjeżdża zatankować swoim sportowym Chevroletem i prosi do pełna. Za wypełnienie zbiornika (45 litrów) płaci w przeliczeniu 7 zł. Cena paliwa: 15 gr za litr etyliny 95. Wenezuela jest szóstym największym światowym eksporterem ropy naftowej, eksportuje ponad 2 mln baryłek dziennie Do tego wydaje się, że paliwo nie jest tu opodatkowane.

 

Część III

1.6.05 Caracas – Cumana


Przyjeżdżam do Cumana wieczorem, jest tu bardzo ciepło, miasto jest niewielkie, więc mogę sobie pozwolić na spanie na dworcu. Śpi się jednak niezbyt komfortowo, bo kręci się tu sporo osób. Z pobliskiej dziury kanalizacyjnej wybiegają co rusz duże robale i z zaskakującą prędkością poruszają się po ziemi. Robale wydają się nie wychodzić jednak na ławki, więc czuje się stosunkowo bezpieczny. Na sąsiednich betonowych ławach śpi kilka osób, niektórzy wyglądają na bezdomnych, inni to raczej podróżni.


2.6.05 Cumana – Guayana


Rano zostawiam plecak na dworcu i idę na spacer po wybrzeżu. Cumana leży nad zatoką tworzoną przez Morze Karaibskie. Plaża jest tu kamienista, tu i ówdzie linię brzegową tworzą duże głazy. Nad morzem zbudowano kilka restauracji, o tej porze zamkniętych. Siadam na niedużym molo i oglądam pelikany. Ptaszyska te występują tu w dużej liczbie. Siedzą na pobliskich slupach lub na palach w wodzie. Co rusz któryś zrywa się do lotu. Zatacza szerokie koła, po czym nagle składa połowicznie skrzydła i jak olbrzymi kamień uderza o powierzchnię morza. Przyglądam się tym ptakom jakiś czas, a następnie udaję się wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu przyjemniejszej plaży. Po drodze spotykam grupkę młodych ludzi, wszyscy są czarni i sprzedają przy drodze świeżo złowione ryby. Pytam ich o lepszą plażę. Odradzają mi kierunek, w którym idę, twierdząc, że nie ma tam plaży, a poza tym jest niebezpiecznie i na pewno mnie tam okradną Komentarze o kradzieżach i bezpieczeństwie słyszałem już około 100 razy. Zwykle wybieram właśnie ten odradzany kierunek, ale tym razem rezygnuję i wracam tą samą drogą. Idę na internet i z powrotem na sjestę na mojej ławce dworcowej. Znów oglądam robale wychodzące ze studzienki i dochodzę do wniosku, że jednak wspinają się na ławki i do tego lubią obłazić ludzi, o czym przekonuję się patrząc na drzemiącego na sąsiedniej ławce Mulata. Po południu zwiedzam miasto, jest tu muzeum upamiętniające bitwę pod Ayacucho w 1824 roku, przełomową bitwę o niepodległość kolonii hiszpańskich.

3.6.05 Guyana - Santa Elena


Ruszam znów autostopem i wychodzi mi całkiem dobrze. Przez cały dzień łapię trzy stopy. Pierwsi są to ludzie żyjący z miejscowych kopalni złota. Okolica jest bardzo złotonośna i ściąga tu wielu poszukiwaczy żądnych szybkiego wzbogacenia się. Są też duże przedsiębiorstwa dysponujące maszynami do pozyskiwania tego kruszcu ze złotonośnych piasków mój drugi kierowca też żyje ze złota. Jest on Kolumbijczykiem i razem z ojcem prowadzi małą firmę handlowa. W zamian za kolumbijską żywność wywożą z Wenezueli złoto i diamenty.

Zatrzymuję się w wiosce poszukiwaczy złota, która zwą tu 88, ze względu na jej lokacje na 88. kilometrze drogi. Tak jak w całej Wenezueli, widać tu sporo starych amerykańskich limuzyn. Są to głównie fordy i chevrolety. Cieliste, z pokrzywioną blachą, mające może ponad 30 lat, aż dziw, że ciągle jeżdżą Na pewno palą straszne ilości paliwa, ale tym nikt się tu nie przejmuje, gdy litr benzyny kosztuje 15 groszy.

wenezuZ 88 wyruszam dalej, tym razem jadę na pace małej półciężarówki. Kierowcą jest kanadyjski pastor ewangelicki. Wraca ze spotkania duchownych w Ciudad Bolivar. Razem z nim podróżuje jego brazylijska żona. Pastor mieszka i pracuje od 10 lat w brazylijskim mieście Boa Vista.

4.6.05 Santa Elena


Santa Elena to małe miasteczko, ma może 3000 mieszkańców. Znajduje się tuż przy granicy z Brazylią. W okolicy sporo kopalni złota; dużo jest też wspólnot indiańskich. Za miasteczkiem zaczyna się park narodowy Canaima. Park ten obejmuje region Gran Sabana. Obszar ten w przeciwieństwie do sąsiedniej Amazonii nie jest porośnięty dżunglą. Lasy porastają tu tylko doliny rzek i niektóre zbocza górskie. Poza tymi niewielkimi połaciami lasu i gajów palmowych, rosną tu tylko niskie krzaki i trawa. Teren jest pagórkowaty, wzniesiony ponad 1000 m nad poziomem morza. W dali widać góry o płaskich jak stoły szczytach. Nieopodal, w miejscu, gdzie łączą się trzy kraje: Gujana, Wenezuela i Brazylia znajduje się najwyższa w okolicy góra: Roraima.
Wybieram się na małą wycieczkę po sąsiednich górach. Po drodze mijam kilometrowe kolejki samochodów czekających na tankowanie. Jedna kolejka składa się z samochodów wenezuelskich, z drugiej strony czekają Brazylijczycy, którzy tłumnie przybywają tu po benzynę z zagranicy.
Udaję się do miejsca, gdzie znajduje się tzw. Grota Tygrysa. Na całym kontynencie ludzie zwą błędnie jaguary tygrysami, choć jak wiadomo te zamieszkują tylko Azję. Po drodze spotykam małego, starszego Indianina z maczetą, kapeluszem i plecakiem zrobionym z palików i wikliny. Mężczyzna pracuje dla misjonarzy hiszpańskich i opiekuje się krowami.

gransab1Razem udajemy się na wysokie wzgórze, z którego roztacza się widok na Gran Sabana. Pogoda jest niestabilna i co chwilę przechodzą przelotne deszcze. W tym miejscu Jose Ricardo (tak zwie się mój towarzysz) umówił się z dwiema kobietami. Te jednak nie przybywają. Indianin wciąż wpatruje w horyzont, w końcu orzeka, ze kobiety nadchodzą. Ja nie widzę nic, aż do momentu, gdy mój towarzysz wskazuje mi mały obłoczek dymu unoszący się na horyzoncie.

– To nasz telefon – śmieje się stary.

Teraz on z kolei zrywa suchą trawę i układa ją w stosik. Wiatr jest jednak silny i wilgotna trawa nie chce się zapalić. W końcu udaje się i dym szybko rozwiewany przez wiatr unosi się nad naszym wzgórzem. Takie znaki dymne są tu w codziennym użyciu. gransab2

W niecałą godzinę pojawiają się oczekiwane osoby. Jedna, podpierająca się kosturem, ma około 50 lat, druga to młoda dziewczyna mająca zaledwie 13 lat, obie niosą plecaki z wikliny, podobne do noszonego przez mojego Indianina. gransab2Towarzyszą im cztery wychudzone psy, dzięcioł i jeszcze jeden pisklak, prawdopodobnie wyrośnie z niego duża papuga. Oczekując na tę grupkę, nauczyłem się już przywitania w lokalnym języku: brzmiącego mniej więcej jak: guancuruyemano. Razem z Jose Ricardo wypiliśmy też nieco bimbru, który przyniósł ze sobą. Chciał mnie poczęstować pieczonym mięsem, ale okazało się bardzo robaczywe. Indianin uznał, ze nie nadaje się do spożycia, ale nie wyrzucił go, ani nie dał psom. Prawdopodobnie mięso można jednak zjeść po ponownym opieczeniu, albo może nawet bez? Zamiast mięsa, częstuje wszystkich moją czekoladą.
Teraz ruszamy w drogę powrotną w stronę niedalekiej wioski. Stara Indianka nie mówi po hiszpańsku, łatwo za to można dogadać się z młodą dziewczyną. Obie przenoszą się do innej wioski. Trudno dociec związków rodzinnych w tej grupie, ale z tego co zrozumiałem dziewczyna jako niemowlę została oddana na wychowanie starszej kobiecie, a Jose Ricardo sponsoruje jej edukację.



gransab3

5.6.05 Santa Elena (Wenezuela) - Boa Vista (Brazylia)

Ruszam dalej próbując szczęścia autostopem. Do granicy zabiera mnie aktywista religijny związany z kościołem ewangelickim Dostaję od niego kartki z cytatami biblijnymi. Tego typu propagandę spotykam na tym kontynencie prawie nieustannie. Batalia o dusze i portfele wyznawców w Brazylii jest szczególnie zacięta. Nawet w małych miasteczkach zarejestrowanych jest często po kilkadziesiąt przeróżnych kościołów i wspólnot wyznaniowych. Na granicy czekam na transport do oddalonej ponad o 200 km Boa Visty. Przy mini dworcu autobusowym czai się grupka cinkciarzy, zwanych tu cambistami. Każdy trzyma w dłoni gruby na pięć centymetrów plik banknotów. Machaja tymi pieniędzmi przed oczami przejeżdżających kierowców oferując swoje usługi. Idę do koników wymienić ostatnie pieniądze, które mi zostały. Jest to jednak suma zbyt mała, by zainteresować tych biznesmenów. Na szczęście tutejsze lokale akceptują walutę wenezuelską, dzięki czemu wymieniam ostatnie pieniądze na trzy ciastka. W tych okolicach bankomatów nie spotyka się często, toteż zdany jestem na łaskę losu i jazdę autostopem.
Ruch jest tu marny, do tego upał staje się nieznośny Po południu spada deszcz. Takie tropikalne deszcze trwają krotko i są rzeczywiście ulewne. Czekając na stopa, oglądam mecz Brazylia-Paragwaj. Są to eliminacje do Mistrzostw Świata w Niemczech. Brazylia wygrywa z dużą łatwością. Po całym dniu stania i zaczepiania kierowców, udaje mi się ostatecznie załapać na półciężarówkę. W kabinie jedzie trzech młodych chłopaków, ja z tyłu na otwartym powietrzu, siedząc na dwóch skrzynkach wypełnionych butelkami z piwem. Wjeżdżamy do Brazylii, droga wiedzie w dół, przez porośnięte dżunglą wzgórza. Lasy przy drodze zobaczyć można jednak tylko na terenach rezerwatów indiańskich. Niebawem, zjeżdżając niżej, krajobraz zmienia się. Dobrej jakości asfaltowa droga przecina równinę, miejscami podmokłą i bagnista, po obu stronach lasy są powycinane, dopiero na odległych wzgórzach dostrzec można ciemną zieleń selwy.
Mkniemy drogą prosto na południe. Zapada zmrok, a nad horyzontem pojawia się Wielka Niedźwiedzica. Gwiazda Polarna pozostaje niewidoczna, zapadnięta tuż poniżej linii widzenia. Siedzę oparty plecami o kabinę, kontestując gwiazdy i ciemniejące krajobrazy. Od czasu do czasu mijają nas samochody. Pęd wieczornego powietrza, wychładza ciało i muszę założyć kurtkę. Zaczyna kropić drobny deszcz, ale kabina chroni mnie dość skutecznie. Chłopcy w środku popijają piwo. Co chwilę z okna na pobocze wylatuje pusta butelka. W Brazylii i sąsiednich krajach mało kto respektuje środowisko. Śmieci wyrzuca się z samochodów, przechodnie rzucają śmiecie na ulice i nikogo to nie dziwi. Znalezienie kosza na odpadki jest tu często naprawdę trudnym zadaniem.

Po każdych kilku butelkach wyrzuconych na pobocze następuje przystanek w widomym celu. Późnym wieczorem chłopcy zostawiają mnie w Boa Vista. Udaję się na dworzec autobusowy. Po drodze mijam niewielu ludzi. Boa Vista jest dość sporym miastem, ale wygląda dosyć bezpiecznie. Widzę ludzi siedzących w domach z otwartymi drzwiami. Przechodzę obok budynku, z którego dochodzi głośna, rytmiczna muzyka. Z przybytku tego wysypuje się gromada młodych ludzi. Nie jest to jednak dyskoteka, ale jeden z kościołów baptystów.


6.6.05 Boa Vista – Rorainopolis


Śpię na miejscowym dworcu. W nocy dają we znaki komary, gryzą zaciekle uprzykrzając mi życie. Na sąsiedniej ławce śpią dwaj Murzyni. Są to Gujańczycy i jada również do Manaus. W Boa Vista czekają już pięć dni na okazję. Całe dnie spędzają na oczekiwaniu na transport. Siedzą na stacji benzynowej przy wyjeździe z miasta. Wydają się zastygli w tym oczekiwaniu, nie chodzą nawet rozmawiać z kierowcami. Gujańczycy rozmawiają ze sobą po angielsku, nie jest to jednak język podobny do king`s English. Nawet dla Anglika jest to język kompletnie niezrozumiały.
Obaj Murzyni mają po około 30 lat i jadą do Manaus, gdzie mają znajomych. Bardziej wygadany twierdzi, że ma kilkoro dzieci w różnych krajach i z różnymi kobietami, od Panamy po Manaus.
Na stacji benzynowej bardzo trudno o transport, wyruszam więc pieszo próbując szczęścia na drodze. Łapanie stopa jest tu jednak wyjątkowo trudne i na wieczór docieram tylko do Rorainopolis.
Zmęczony tą jazdą i dwudniowym postem decyduję się na przejazd autobusem do Manaus. W miasteczku nie ma bankomatu, co utrudnia sprawę. Dogaduję się więc z jadącą tym samym autobusem Indianką. Kobieta pożycza mi 50 reali, które oddaję jej po przyjeździe do miasta.
Czekając na autobus na małym dworcu, oglądam spektakl odgrywany przez pijaną Mulatkę. Nie jest ona pierwszej młodości, bez wątpienia ma nieprzepartą potrzebę artystycznej ekspresji, spotęgowaną przez alkohol. Mulatka tańczy na deszczu wydając głośne okrzyki. Wkrótce potem przechodzi do programu śpiewanego. Trzeba przyznać, że zna sporo piosenek i śpiewa całkiem dobrze. Potem przysiada się do mnie i zaczyna rozmowę przerywaną co jakiś czas piosenką albo popisem tanecznym. Prawi mi też komplementy, mówiąc, że mam piękne oczy. Jest to już druga Brazylijka, która mi to mówi i zastanawiam się, czy jest to standardowy komplement prawiony turystom przez tutejsze dziewczyny, czy też może rzeczywiście mam piękne oczy? Jak to zwykle bywa, kobieta chce ode mnie pieniędzy, ale nie trafiła tym razem na bogatego turystę, jestem bez grosza.

7.6.05 Manaus


Rano docieram do Manaus – serca Amazonii. Miasto jest nadspodziewanie wielkie. Mieszka tu 2 miliony ludzi. Oglądam tu gmach słynnego Teatru Amazońskiego, wybudowanego w czasie boomu kauczukowego. Amazonia od połowy XIX wieku do 1910 roku była największym światowym eksporterem naturalnej gumy. Produkcja ta straciła na znaczeniu, gdy hegemonię na rynku przejęli Brytyjczycy. Wywieźli oni nasiona kauczukowca z Amazonii i stworzyli konkurencyjne plantacje w swych dalekowschodnich koloniach. Po II wojnie światowej kauczuk naturalny częściowo zastąpiono syntetycznym, aczkolwiek kauczuk naturalny stanowi jednak nadal 40% światowej produkcji gumy.

W Manaus spotykam się z młodym ekonomistą, który oprowadza mnie po mieście, udajemy się też nad rzekę. Jest ona teraz wezbrana i choć nie jest to najszersze miejsce, to drugi brzeg znajduje się naprawdę daleko. Korzystam z okazji, by popływać w tej potężnej rzece. Ma ona tu około 30 metrów głębokości, do Manaus docierają olbrzymie tankowce o zanurzeniu przekraczającym 10 metrów.

8-12.6.05 Manaus - Porto Velho

statek4

Idę do portu i dostaję się na statek odpływający wieczorem do Porto Velho. Rejs ma zając pięć dni.

Statek może przewieźć dwieście osób, ale mimo że płynie na nim tylko około setki i tak jest dosyć solidnie zapchany. Jest to średniej wielkości statek rzeczny, ma 38 metrów długości i liczy sobie ponad 40 lat. Okręt był ostatnio remontowany, dzięki czemu jego stan jest całkiem zadowalający.
Wypływamy wieczorem i prawie natychmiast zatrzymuje nas policja. Okazuje się, że statek nie spełnia norm bezpieczeństwa i brakuje kamizelek ratunkowych. Wracamy więc do portu, gdzie mała łódka przywozi nam brakujący sprzęt. Potem kolejny przystanek przy jakimś pomniejszym molo. Załoga ładuje na pokład worki z białym proszkiem. Jest to nawóz, który zostawimy w jednej z miejscowości nad rzeką Madeira. Oprócz kilku osób śpiących w kabinach, pasażerowie rozlokowani są na dwóch pokładach w hamakach. każdy zawiesza swój hamak tam, gdzie znajdzie miejsce. Moje niedoinformowanie skutkuje brakiem hamaka, w tej sytuacji pozostaje mi eksperymentowanie przeróżnych miejsc do spania. Sypiam na ławce na górnym pokładzie pod gwieździstym niebem, gdy pogoda jest niepewna, przenoszę się na zadaszony dolny pokład, gdzie również znaleźć można wygodna ławkę. Próbuję też spania bezpośrednio na pokładzie, na którym rozkładam karimatę. Płyniemy najpierw Rio Negro o ciemnej wodzie, która następnie łączy się ze znacznie jaśniejszymi, mulistymi wodami Amazonki. Dalej skręcamy na południe w boczny dopływ: rzekę Madeirę. Płyniemy w gorę rzeki, woda jest jasna, ale nie przejrzysta.

statek5Rejs przebiega leniwie, pomiędzy kolejnymi posiłkami serwowanymi przez kuchnię pokładową. Wieczorami odbywają się imprezy, w czasie których bryluje Otair – wiecznie młody pięćdziesięciolatek animuje imprezę, jest muzyka, są tańce, cachasa i piwo leje się z plastikowych kubków do gardła. statek2Stopniowo pasażerowie zapoznają się ze sobą wzajemnie. Jedni bardziej angażują się towarzysko, inni trzymają się na uboczu lub formują mniejsze grupki.

Oprócz mnie na statku jest jeszcze dwoje obcokrajowców. Tak jak ja podróżują samotnie i rejs statkiem traktują jako przygodę. Francuzka Melanie wybiera się do Boliwii, Marcus z Austrii podróżuje po Ameryce Łacińskiej już od roku i teraz kieruje się do Buenos Aires, skąd poleci do domu.

Rzeka Madeira stanowi w tej okolicy jedyny szlak komunikacyjny. Jej brzegi są częściowo zaludnione. W miejscach, gdzie brzeg jest wysoki, często widać małe gospodarstwa, domki są drewniane, zbudowane na palach, dzięki czemu skuteczniej chronione są przed wilgocią i robactwem. Co kilkadziesiąt kilometrów spotyka się też nieduże miasteczka z malowniczymi kościołami w stylu barokowym.

Ostatniego dnia rejsu statek znów zatrzymują strażnicy. Najpierw zabierają jednego z pasażerów, z którym poprzedniej nocy piliśmy. Policjanci zakuwają go w kajdanki i motorówką odwożą do przybrzeżnego posterunku. Gość ten, trzydziestoletni, szczupły i wysoki Mulat wraca po jakimś czasie, twierdząc że policja zabrała go bez powodu. Tymczasem pojawia się nowy problem. Nasza łajba przewozi ryby, złowione w czasie rejsu. Wygląda jednak, ze właściciele nie mają koncesji na połów, a do tego łowienie niektórych z tych gatunków w ogóle jest nielegalne.
W tej sytuacji zatrzymujemy się na dłużej, by firma zapłaciła karę i doszło faksem potwierdzenie.
statek1Jako szczury lądowe, wykorzystujemy tę przerwę na zwiedzenie osady i jej jedynego baru, obok kościoła. Po drodze mija nas sznur mieszkańców wsi, których uszczęśliwiła wizyta naszego statku. Zarekwirowane ryby rozdawane są bowiem mieszkańcom. Miejscowi paradują z rybami, które dostali. Są to duże sztuki przekraczające na ogół 10 kg wagi. Pytam o nazwy gatunków, te jednak nic mi nie mówią; wszystkie mają indiańskie pochodzenie. W miasteczku nad Madeirą mamy okazję obejrzeć lekcję w plenerze. Tłumek dzieciaków siedzi dookoła młodej nauczycielki, która coś im z uporem tłumaczy. Dzieci wydają się jednak bardziej zainteresowane tym, co dzieje się wokół, a zwłaszcza przechodzącymi obok gringos, jak wszyscy zwą tu obcych.statek2


13.6.05 Porto Velho – Cuiaba


W Porto Velho jesteśmy nad ranem. Wraz z Otairem, Marcusem i Melanie udajemy się na dworzec autobusowy. Tu żegnamy naszą francuską koleżankę, która jedzie dalej sama do Boliwii. Nad ranem w trójkę wyruszamy do Cuiaby. Podroż autobusem z Porto Velho trwa 27 godzin. Po drodze pola, mniejsze miasteczka, czasem suche lasy i fazendy (duże gospodarstwa). Pora sucha wykorzystywana jest przez miejscowych do wypalania lasów i krzaków. Nasz autokar mija liczne miejsca palące się i już wypalone.



13.6.05 Cuiaba – Chapada


Z Cuiaby jedziemy do Chapada dos Guimaraes. Jest to miejscowość położona w centrum geodezyjnym Ameryki Południowej. Budowa geologiczna tego obszaru jest dosyć osobliwa. 10 km na zachód od Chapady znajduje się próg skalny ciągnący się z północy na południe. Skały rzeźbione tu od tysiącleci przez wiatr i wodę, tworzą przedziwne kształty i formy. Największą atrakcją dla zwiedzającego są jednak wodospady. Nieduże rzeki i strumienie spływające z płaskowyżu spadają z wysokiego progu tworząc liczne kaskady. Drugiego dnia pobytu zwiedzamy liczne wodospady, zażywając również kąpieli. Kaskady są rzeczywiście malownicze, mało odwiedzane i nie skażone cywilizacją. Największy wodospad zwie się Veu de Noiva (welon panny młodej). Spory strumień spada tu z 86 metrów. Wodospad ten jest o tyle ciekawy ze woda spada zupełnie wolno, tzn. nie dotyka skały. Schodzimy z miejsca widokowego do kanionu. Na górze roślinność sawannowa, sucho i rzadko rosnące drzewa. Schodząc w dół ścieżką wijącą pod się pod wysoką skałą zamykającą dolinę, widzimy zmianę roślinności. Tu w dolinie rośnie prawdziwa dżungla. Po jakimś czasie docieramy pod wodospad. W miejscu, gdzie spada Veu da Noiva utworzyło się nieduże jeziorko o sporej głębokości. Woda jest zimna. Markus pierwszy wypływa na akwen i dopiero, gdy zbliża się do miejsca, gdzie wodospad uderza o powierzchnię wody, dostrzec można wielkość i potęgę tego żywiołu. Nie sposób zbliżyć się do miejsca, gdzie spada woda. Prąd powietrza i wody odpycha pływaka, a krople siekają twarz. Najlepsza metoda na zbliżenie się do kolosa, jest styl grzbietowy. W ten sposób można podpłynąć stosunkowo blisko i widzieć biały slup wody spadającej ze skalnego progu powyżej. Na skutek powiewów wiatru wodospad czasem zmienia kurs i wtedy lepiej nie znaleźć się w jego „epicentrum”. Oprócz pływania pod wodospadem odkrywamy, ze istnieje możliwość wspięcia się na skarpę pod ścianą skalna i znalezienie się w ten sposób między skałą a wodospadem. Miejsce gdzie spada woda oddalone jest o ponad 10 metrów od ściany skalnej. Jest tu mokro od wodnego pyłu, wirujące strugi powierza miotają wodę dokoła. Krople smagają mnie po twarzy, gdy czekam, by Markus obszedł akwen i zrobił mi zdjęcie za wodospadem.

15.6.05 Chapada – Cuiaba


W Cuiabie dokonujemy zakupów, które mają pozwolić nam na przetrwanie w dzikich ostępach Pantanalu. Kupujemy hamak, moskitiery, kadzidełka antykomarze, a także pożywienie na drogę.
Wybieramy się do regionu znanego ze swojego bogactwa przyrodniczego. Pantanal zaczyna się ok. 100 km na południe od Cuiaby i pokrywa obszar porównywalny z powierzchnią Polski. Obszar ten jest zupełnie płaski, położony nieco ponad 100 m n.p.m.; różnice wysokości nie przekraczają tu 3 metrów. Pantanal nie nadaje się do uprawy ze względu na to, że okresowo jest prawie w całości zalewany przez wodę. Wykorzystuje się go za to w sezonie suchym jako rejon wypasu bydła.

W zależności od wysokości terenu można tu znaleźć dżungle, stepy bądź bagniska.
Poza znaczeniem gospodarczym obszar ten jest jednym z najbardziej bogatych ekosystemów naszej planety. Zamieszkują go liczne gatunki ptaków, gady, a także m.in. mrówkojady, małpy i drapieżne koty.

16-18.06.05 Pantanal

GauchoNasze zwiedzanie Pantanalu zaczynamy od wypożyczenia motocyklu w miejscowości Pocone. Negocjujemy z miejscową wypożyczalnią, ceny są wysokie, w końcu pożyczamy motocykl od spotkanego przygodnie chłopaka.

Ruszamy na południe drogą zwaną Transpantaneira. Nie ma tu asfaltu, do tego prawie nie ma zakrętów. Droga ta została zbudowana dla bydła, które corocznie wprowadza się tędy na sezon suchy i wyprowadza, gdy zaczynają się deszcze. Droga ma 147 km długości i przechodzi przez 126 drewnianych mostów.

już niebawem po obu stronach pojawiają się gęsto zaptaczone stepy i bagniska. Ptaszyska wszelakiej maści, wielkości i przeróżnych zwyczajów dojrzeć można po obu stronach trasy. Są więc ptaki brodzące na długich szczudłowatych nogach, na niebie i wierzchołkach drzew dostrzec można czujnie wypatrujące zdobyczy ptaki drapieżne. Przy drodze na drutach telefonicznych czają się nurki – małe ptaki z dużym silnym dziobem, które potrafią rzucić się z wysokości na pływające w dole żyjątka.

Poza ptakami natykamy się na mnóstwo kajmanów. Są to gady nieprzekraczające na ogół dwóch metrów długości. Trwają zastygłe w bezruchu nad niewielkimi akwenami, uciekają jednak nerwowo, gdy ktoś chce się do nich zbliżyć.

Jazda motocyklem z dużym plecakiem jest mecząca, po jakimś czasie docieramy do pierwszej posady. Jest to duży budynek spełniający funkcję hotelu i punktu wypadowego w okolicę.

Zatrzymujemy się, by nieco odpocząć i wtedy okazuje się, że złapaliśmy gumę.

Z trudem udaje nam się zawiadomić właściciela motocyklu o naszym przypadku, tej nocy nie pozostaje nam jednak nic innego jak pozostanie na miejscu. W posadzie Araras przewodnicy, którzy dowiadują się o naszej pękniętej dętce, zabierają nas na darmowe nocne safari. Polega to na jeżdżeniu w nocy po lesie dużą ciężarówką wyposażoną w silny ruchomy reflektor. Operator nakierowuje wiązkę światła na otaczający nas las i łąki, odnajdując od czasu do czasu jakieś nocne zwierzę. Udaje nam się dojrzeć sowy, lisy i blado błyszczące w kałużach oczy kajmanów.

Wieczorem udajemy się na nasze miejsce noclegu pod małą kępą drzew. Rozkładamy tu hamaki zapewnieni przez miejscowych o braku opadów o tej porze roku.

Noc mija spokojnie, nazajutrz znów wyruszamy na wędrówki po okolicy. Niedaleko od posady znajdujemy drewniane pomosty, pod którymi kłębią się kajmany. Jest ich cale mnóstwo i zastanawiamy się nad ich zachowaniem w razie gdyby ktoś spadł z pomostu.

Pomost ten idzie w głąb lasu, dalej zbudowana jest długa kładka. Tworzą ja dwie położone wzdłuż trasy deski i drewniana poręcz z jednej strony. Kładka położona jest na wysokości około metra nad ziemią, co umożliwia ludziom przejście suchą stopą nawet w czasie pory deszczowej. Po dwudziestu minutach marszu można dotrzeć do wysokiej wieży zbudowanej z grubych pali. Wieża ta wystaje ponad wysokość lasu i zwana jest wieżą małp, ponieważ jest ulubionym miejscem zabaw i noclegu miejscowych stad kapucynek.

Kręcimy się po dżungli i łąkach licząc na spotkanie z drapieżnym kuguarem, pumą lub jaguarem, te jednak pokazują się niechętnie, preferując nocne spacery ponad dzień na rewie dla turystów. Nie mamy też szczęścia by spotkać kręcące się tu ponoć często mrówkojady i pancerniki.

Wszędzie tylko ptaszyska albo kajmany i całe "miasta" tworzone przez kopce termitów. Zmyślne te zwierzątka poprzez konstrukcje wysokich budowli chronią się przed powodziami w sezonie deszczowym.

W nocy postanawiam spać na wieży małp. Przemykam się tam wieczorem i rozwieszam mój hamak na najwyższym piętrze wieży. Małpy trzymają się jednak na pewien dystans ode mnie, nie do końca wiedząc, czego mogą się spodziewać po nocnym intruzie. Wspinają się na wieżę omijając moje piętro po stalowych linach podtrzymujących konstrukcję.

O godzinie 2 w nocy zaczyna padać ulewny deszcz. Przestaję wierzyć w porę suchą. Szybko przekonuję się o „wodoodporności” mojego hamaka. Woda wpływa do środka, zatrzymując się w okolicach najniżej położonej, tylnej części ciała. W końcu, kiedy już zdecydowanie za dobrze mi się „powodzi”, wstaje, wylewam wodę z hamaka i zostawiam zmokłe małpy samym sobie na ich wieży, która jak widać intruzów nie znosi.

Gdy schodzę z wieży przypominam sobie, ze w latarce wyczerpała mi się bateria. Wybieram na chybił-trafił kierunek i próbuję dotrzeć do miejsca, gdzie zaczyna się drewniany pomost – moja droga do cywilizacji. Pomost zaczyna się zaledwie 10 metrów od wieży. Wokół jest tak ciemno, że nie widzę własnej dłoni. Otacza mnie dżungla. Robię kilka kroków w kierunku domniemanej ścieżki i pomostu, lecz natychmiast wpadam na gęste krzaki. Procedurę tę powtarzam wielokrotnie, zanim udaje mi się trafić dłonią na drewnianą poręcz pomostu. Drogę od wieży do posady pokonuję w godzinę, cały czas poszukując dłonią poręczy, stopami wąskiego pomostu, a uszami nasłuchując odgłosów otaczającej mnie puszczy. Tylko oczy nie przydają się tu zupełnie.

Na miejscu naszego starego obozowiska nie odnajduję Markusa, który schronił się gdzieś indziej. Czekam więc do rana siedząc na drewnianej ławce. Tej nocy obłażą mnie jakieś wredne robale, po których ukąszenia nie zagoją się przez następny miesiąc.

Rankiem odnajduje się Markus i razem wyruszamy w drogę powrotną do Pocone, tym razem piechotą.



18-20.06.05 Pocone-Cuiaba-Sao Paulo



To już moje ostatnie dni w Brazylii. W Pocone bierzemy jeszcze udział w lokalnej fieście, jest tłoczno, są koncerty i zabawy do późnej nocy. W Cuiaba kupuję kilka prezentów, potem wsiadam w autobus do Sao Paulo. W Campo Grande żegnam się z Markusem, który udaje się jeszcze do Buenos Aires i po roku spędzonym w Ameryce Łacińskiej wraca do rodzinnej Austrii.

W Sao Paulo spędzam ostatni dzień i noc na półkuli południowej. Spaceruję po mieście, potem wsiadam w samolot. Pod nogami nie ma już ziemi, wszystko staje się przeszłością, przestaje istnieć.

 

 

Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :)

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubWspółpracjuję z KiribatiClub, w marcu 2010 wyruszamy wraz z grupą do Peru i Boliwii, gdzie odwiedzimy m.in. kanion Colca, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski