Tomasz Sadowski
Albania
|
Rodzinny dom, ciepło kominka, wokół porozrzucane zdjęcia ośnieżonych
szczytów.
Otwieram książkę Ismaila Kadare i butelkę Raki rrushi.
Zawartość alkoholu nijak się ma do procentów Twojej swojskiej rakii.
Tej zapewne nie wziąłbyś do ust...
Ja jednak piję, bo każdy łyk przenosi mnie do tego górzystego kraju,
w którym z ogromnym poświęceniem sprawujesz swoją misję, do kraju o
którym miesiąc temu nie wiedziałem prawie nic.
Kilka lat temu, Kadare szokował mnie i przerażał swą powieścią, wciągając
w wir rodowej zemsty, zwanej wendetą.
Więzy rodzinne, honor i Kanun (kodeks praw zwyczajowych) były dla mieszkańca
Płaskowyżu Albańskiego wszystkim, dawały i zabierały życie.
Kanun miał tą specyfikę, że za śmierć domagał się zemsty. Zemsty wyłącznie
krwawej.
Ten korowód śmierci niejednokrotnie zatracał swój początek. Bywało,
że rody zabijały się przez pokolenia. To paradoksalne, ale to nie nienawiść,
a honor i ortodoksja napędzały ten nieszczęsny mechanizm.
Zabójstwo.
Rodzina ofiary zawiesza na poddaszu swego domu splamioną krwią koszulę.
Plamy z czasem żółkną, co jest rozumiane, jako znak zza grobów, że zabity
domaga się zemsty.
Wcześniej jednak, krewni zabitego udzielają zabójcy tzn. besy. Jest
to rodzaj zawieszenia broni, który może trwać 24 godz. lub za wstawiennictwem
wsi 30 dni (besa duża). Podczas tego okresu zabójcy nic nie grozi. Ma
obowiązek uczestniczyć w pogrzebie swej ofiary i jest zapraszany na
stypę! Na rękaw przybiera czarną opaskę, która symbolizuje, że jej właściciel
i śmierć poszukują się nawzajem a spotkanie to, jest tylko kwestią czasu.
Ponieważ duma i honor były i są z góralami nierozerwalne, tak też żadna
siła ludzka nie była w stanie rozłączyć Kanunu z górami, zatem jego
prawa obowiązują do dziś.
Swojej krótkiej pamięci, jak i Boskiej opaczności zawdzięczam, że nie
skojarzyłem owej powieści w czasie przygotowań do wyprawy i przypomniałem
sobie o niej dopiero w Podgoricy. Stało się to zapewne dlatego, iż w
owej miejscowości, do której dotarliśmy późnym wieczorem kończyło się
konwencjonalne podróżowanie.
Mimo, że tory kolejowe łączą Czarnogórę z Albanią, pociąg nie jeździ
tam od lat, a pytania o nocny kurs do granicy tylko rozśmieszają przydworcowych
kierowców.
Zgodził i to w sposób podejrzanie natrętny tylko jeden taksówkarz, wielki,
łysy, z krzywo zrośniętym nosem. Nie tylko wyglądem nas odstraszał,
za przejazd żądał 30 euro (30 km) i ręczył głową, że pieszo nie trafimy
na przejście.
Gdy za wytargowaną dychę mknęliśmy wąską górską drogą wśród ciernistych
krzewów, głazów i zardzewiałych wraków przekonaliśmy się, że o ile rzeczywiście
jedziemy w żądanym kierunku, nie trafilibyśmy sami!
Ciemna noc, opustoszałe przejście graniczne, rozmazane pieczątki, tak
przywitała nas Albania. Szliśmy nieoświetloną drogą, pomiędzy stromym
wzniesieniem a jeziorem Szkoderskim. Kiedy zmęczenie i niewyspanie dawało
się już we znaki i zaczęliśmy myśleć o przydrożnym biwaku, zatrzymaliśmy
czarną C-klasę. W środku było dwóch facetów, jechali do Szkoder i o
dziwo zgodzili się nas podwieźć za pięć euro.
Kiedy otwierałem tylne drzwi spostrzegłem, że brak w nich szyby a rozbite
szkło leży na całym tylnym siedzeniu. Spojrzałem na facetów i zrozumiałem,
że niestosownie byłoby się wycofać. Zapakowaliśmy plecaki i wskoczyliśmy
do samochodu.
Od okresu anarchii upłynęło w tym kraju dopiero siedem lat, dlatego
uniknięcie ludzi, którzy są na bakier z prawem nie jest rzeczą łatwą.
2/3 Albańczyków przebywa poza granicami swego kraju. Przyczyniają się
do tego perspektywy zarobkowania, które we Włoszech, czy Grecji a Albanii
są nieporównywalne. Tym samym, język włoski, czy też angielski bywa
przez pokolenie młode i średnie znany, co miało dla nas niebagatelne
znaczenie, bo albański to raczej kiepska sprawa...
Posiadaliśmy enigmatyczne informacje, że w Szkoder przebywa polski misjonarz.
Ponieważ o Albanii nie wiedzieliśmy zbyt wiele, dlatego spotkanie z
kimś, kto zna tamtejsze zwyczaje i okolice było nam niezbędne.
Mimo, iż zdecydowaną większość Albańczyków stanowią muzułmanie, okazało
się, że kościołów katolickich w Szkoder jest co najmniej kilka, więc
odszukanie naszego rodaka stawało się kłopotliwe. Dotarliśmy pod okazałą
bazylikę, ale tamtejsi duchowni nie byli skłonni przypomnieć sobie o
misjonarzu z Polski.
Na szczęście jeden z młodych seminarzystów, po kilku minutach drapania
się po głowie, niespodziewanie coś wymyślił. Zaczął pospiesznie pakować
nasze plecaki do dżipa, z radością świergocząc coś o Franciszkanach.
Po chwili jechaliśmy miejskimi uliczkami pośród wysokich murów, "zdobionych"
od góry wmurowanym, porozbijanym szkłem. Dotarliśmy pod niedużą świątynie,
w drzwiach przykościelnych ukazał się potężny, brodaty mężczyzna, w
brązowym habicie, niejednokrotnie cerowanym, a i wymagającym krawieckiej
kosmetyki...
Ogarnąłeś nas swym pełnym spokoju i szczerości spojrzeniem i już wiedziałem,
że mamy szczęście.
|
|
Zostaliśmy zaproszeni bez zbędnych słów, jak starzy, dobrzy znajomi.
Byliśmy zmęczeni podróżą, niewyspani a przede wszystkim trochę zagubieni.
Taka gościnność była dla nas (przepraszam) zbawieniem.
Długo rozmawialiśmy, popijając wino i delektując się nieznanym dotąd
smakiem chleba z kukurydzy.
Chleb ów jest wypiekiem charakterystycznym dla tamtejszych obszarów
górskich, gdzie nieurodzajne gleby, woda na miarę złota, nie dają możliwości
plonu zbóż. Kukurydza jest o wiele mniej wymagająca, zatem stała się
tam produktem podstawowym.
Ciężko było mi uwierzyć, że wendeta jest wciąż żywa i to nie tylko w
górach. Opowieści o mordach, zemstach i tragediach, które rozgrywały
się wokół klasztoru uświadomiły nam, że śmierć jest w tym kraju bardzo
realna.
Następnego dnia wspólnie z braćmi jedliśmy posiłki. Towarzyszył nam
miejscowy ksiądz, który kilkakrotnie aresztowany i torturowany przez
komunistów, łącznie spędził w areszcie17 lat. W Szkoder za prąd płacą
Franciszkanie i kilka dużych instytucji, pozostali go kradną. Wszędzie
widoczne są zwoje kabli tworzące pajęczyny tak zagmatwane, iż trudno
nie mieć uznania dla miejscowych elektryków. Ruch uliczny rządzi się
swoimi prawami, na ogół kto ma większy samochód jedzie pierwszy. Dla
bezpieczeństwa policjantów usiłujących kierować ruchem, na środku skrzyżowań
wybudowano betonowe postumenty. Miejskie ulice są na ogół asfaltowe,
ale ich stan jest żałosny.
Następnego dnia, wczesnym rankiem wyruszyliśmy w góry, na północ. A
podróż zapowiadała się ciężka, bo jechaliśmy rozklekotanym busem, wśród
16-tu górali, którzy jako, że wracali z zakupami, nie żałowali sobie
używek.
Opuszczając miasto, uwagę przykuwa ogromna ilość betonowych, niewielkich
rozmiarów kopuł. To bunkry. W czasach dyktatury Envera Hodży wybudowano
ich ponad pół miliona. Dziś są już tylko reliktem minionej epoki.
Droga wkrótce przyjęła wyjątkowo górski charakter. Chociaż nasz bus
to Mercedes, pełni byliśmy obaw, czy dojedziemy, później, czy przeżyjemy.
Trasa przebiegała najczęściej tuż nad przepaścią, gdzie błąd kierowcy
jest niedopuszczalny. Mimo miejscowych zlodowaceń i śniegu na przełęczach
nasz wóz sprawował się nad wyraz dobrze.
W oddali pojawiło się imponujące, alpejskie pasmo, którego widok pomógł
nam znieść dalszą drogę. To nie były góry na lekki treking, to były
góry wymagające dużo sprzętu i doświadczenia, a my nie mieliśmy nawet
raków. Byłem wściekły.
Tkwiąc z nosami przy szybie zjeżdżaliśmy w dół, do wioski Breklumi,
składającej się z około dwudziestu domostw, usytuowanych wzdłuż rzeki.
Oddziela ją od świata piękna skalna brama. Po jej przekroczeniu znaleźliśmy
się w krainie dzikich gór: pięknej, fascynującej i niebezpiecznej.
Turystami, którzy ostatnio odwiedzili tutejsze okolice byli Czesi. Nie
wrócili do domów a międzynarodowa akcja poszukiwawcza nie przyniosła
żadnych rezultatów.
Po blisko siedmiu godzinach, z objawami choroby lokomocyjnej wysiedliśmy
z samochodu.
Uśmiechy nie gościły długo na naszych twarzach, bo szybko zdaliśmy sobie
sprawę, że stoimy przed szkieletem znanego nam już z opowieści budynku.
Niegdyś mieszkały w nim misjonarki. Kilka lat temu bandyci z Kosowa,
czasowo mieszkający w pobliskiej wsi, napadli je, gwałcąc i mordując.
Miejscowi górale dokonali zemsty, porachunki nie są zakończone, a ludzie
z obydwu wiosek wciąż giną w tej sprawie.
Budziliśmy ogromne zainteresowanie wśród miejscowej ludności. Wydawało
nam się, że pozytywne, jednak historia tej mieściny sprawiała, że jak
najszybciej chcieliśmy wyruszyć do wyżej jeszcze położonej wioski Theat,
czyli na koniec świata.
Dźwigając ciężkie plecaki, ruszyliśmy odprowadzani przez grupkę miejscowych
dzieciaków.
Większość tamtejszych łańcuchów górskich składa się wyłącznie z ostrych,
poszarpanych turni. Nie tylko granie, ale i boczne ściany naszpikowane
są skalnymi iglicami, które pokrywała biała szata. Sprawiały wrażenie
bezwzględnie niedostępnych, a ich majestat kradł nadzieje na zdobycie.
Nigdy nie widziałem niczego piękniejszego, i nigdy nie czułem się bardziej
bezradny.
|
|
Wciąż towarzyszyła nam górska rzeka, o specyficznym zielonym odcieniu.
Z każdym kilometrem bardziej wcinała się w skały tworząc wciąż pogłębiający
się kanion. Droga, którą szliśmy była miejscami wykuta w skale, niejednokrotnie
zatarasowana przez obrywające się głazy, to znów biegnąca nad przepaścią
kanionu, którego głębokość osiągała miejscami kilkadziesiąt metrów.
Gdy zapadał zmrok, dotarliśmy do górnej części doliny, na której płaskim
obszarze leży wioska Theat. Osada wyglądała przerażająco mrocznie. Sprawiała
wrażenie zupełnie wymarłej. Minęliśmy kilka domostw i nie zauważyliśmy
żadnych oznak życia. Wypatrzyliśmy z daleka malutki, bardzo stary kościółek,
w pobliżu którego zamierzaliśmy rozbić biwak. Nagle spostrzegliśmy,
że w naszą stronę zmierza grupa młodych mężczyzn. W jednej chwili przypomniałem
sobie wszystkie mroczne historie, usłyszane o tych okolicach, jednocześnie
nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że mogli by zrobić nam coś złego.
Przywitali się i ku naszemu zdziwieniu, zakładając na plecy nasze bagaże,
zaprowadzili nas do domu gospodarza, który przez swoją gościnność nie
pozwolił nam spędzić nocy poza swoim domem.
Wchodź śmiało, wchodź śmiało,
nie wiem jak ci trafić tutaj się udało.
Ot jak raz samowar kipi, pij herbaty, synu pij.
Samogonu z nami wypij, zdrowy żyj.
Nam znośnie, nam znośnie, nam znośnie
Tak żyjemy niewidocznie i bezgłośnie.
Pożyjemy i pomrzemy , nie usłyszy o nas świat,
a po śmierci wypijemy za przeżytych w dobrej wierze parę lat.
W tamtejszych górach gość jest święty i dom górala zgodnie z obyczajem
jest przede wszystkim siedzibą Boga i gości, a dopiero potem gospodarza
i jego rodziny.
To niesamowite, że ludziom biednym towarzyszy zawsze ta nadzwyczajna
łatwość bezinteresownego pomagania. Jedzenie było wyśmienite(gotowana
słonina, cebula, słony i słodki ser, chleb kukurydziany, kawa i raki,
pite w pierwszej kolejności za Jezusa Chrystusa). Czuliśmy się trochę
niezręcznie, bo objadaliśmy naprawdę ubogich materialnie ludzi. Dodatkowo
dręczyła nas świadomość, że nie możemy sobie pozwolić na zapłatę finansową.
Słodycze i jedzenie to wszystko czym mieliśmy szansę się odwdzięczyć.
|
|
Rano, zafascynowani górami Boszi(2413) i Alus(2471) postanowiliśmy
poszukać szczęścia od przełęczy Walbona, która dzieli te dwie, jakże
różne, ale równie piękne góry. Brak raków i czekanów mocno odzwierciedlał
się wolnym tempem (kopanie stopni) i krótkimi poślizgami. Nachylenie
stoku stawało się coraz bardziej uciążliwe, a nadciągające chmury nie
wróżyły niczego dobrego. Kiedy w końcu osiągnęliśmy przełęcz, mocny,
lodowaty wiatr zaczął przewiewać nam resztki nadziei, że staniemy na
którymś ze szczytów. Przemierzanie samej tylko grani, podczas tak mocnych
podmuchów wiatru, z takim ciężkim bagażem, bez użycia liny i czekanów
nie wchodziło w zdrowo-rozsądkową rachubę.
Jednak tam, na spowijanych przez mgłę szczytach dostrzegaliśmy swój
cel. W tak odległej i niemożliwej do przebycia dali była ta jedyna w
swoim rodzaju radość, jaką odczuwa się tylko na szczycie.
Minuty, dreszcze, przeraźliwy wiatr, decyzje wypowiadane bez przekonania...
Wątpliwości i strach przeciwko uporowi i pragnieniom.
- Nie..., nie damy rady.
Rozczarowani, smutni, upokorzeni, niepewni swej cholernej, roztropnej
decyzji, zaczęliśmy się wycofywać.
|
|
|
Po wyjątkowo mroźnej nocy, obudziliśmy się w zasypanym dwu-namiotowym
obozie.
Nad nami niebieskie niebo, za to wiatr - nie do zniesienia. Góry targane
wichurą były zupełnie zadymione przewiewanym śniegiem i nie dawały
najmniejszych nadziei na jakąkolwiek próbę zdobycia ich.
Świeży opad śniegu i nieustający wiatr niweczyły kolejne nasze próby
pokonywania, coraz to mniej ambitnych celów.
Po kilku dniach, wieczorem, już w okrojonym składzie(zostało nas trzech),
ale za to z dwiema parami raków znaleźliśmy się w miejscowości Boga,
gdzie w gościnę zaprosił nas pierwszy napotkany w wiosce gospodarz.
Boga, nie mniej pięknie położona niż Theat, zamknięta z trzech stron
stromymi ścianami groźnych szczytów, jest ostatnią osadą do której dociera
stosunkowo dobra, przejezdna droga. Drogą tą przybyła tutaj cywilizacja
i standard życia stał się nieporównywalny z tym, który panuje w Theat.
W małym domku, w którym mieliśmy przyjemność spędzić wieczór i noc był
telewizor i mięso na kolację.
Skoro świt wyruszyliśmy, z zamiarem powalczenia o górę Rabesz (2222),
którą obserwowaliśmy w drodze do Boga, i która nie wyglądała zbyt groźnie.
Przez kilka godzin szliśmy ledwie widoczną ścieżką, którą to gubiliśmy,
to znajdowaliśmy na nowo. Ścieżka ta doprowadziła nas do betonowego
schronu, tuż obok którego było ujęcie wody z ogromnego górskiego źródła.
Nie zwracając szczególnej uwagi na te zabudowania ruszyliśmy w górę,
aż do kilkunastometrowej skalnej ściany, która jako że miała wyborne
stopnie i chwyty nie nastręczyła nam problemów, i po kilku minutach
mieliśmy za plecami jej urwisko.
Kolejnym etapem wędrówki był stok o zróżnicowanym nachyleniu. Z każdym
krokiem śnieg stawał się coraz twardszy, miejscami zupełnie zlodowaciały.
Dalsza droga bezwzględnie wymagała raków. Ze względu na to, że ilość
naszego sprzętu ograniczała się do posiadania jednego raka, nasze tempo
było żenujące. Śnieg w wielu miejscach uniemożliwiał kopanie stopni
i traciliśmy nadzieję, że taka akcja umożliwi wejście na szczyt. Mimo
to, każdy zdobyty metr przynosił nam satysfakcję i brnęliśmy, nie bacząc
na trudności. Podczas pokonywania jednej z wielu lodowych grzęd, moja
nieuzbrojona noga, obciążona ciężarem błyskawicznie odjechała w bok.
Krzyknąłem, że lecę i jak powiedziałem, tak zrobiłem. Spadłem do żlebu,
którym zacząłem się obsuwać, niczym torem bobslejowym. Podczas tej przejażdżki
myślałem o każdym stopniu i głazie pokonanym podczas zdobywania ściany,
w kierunku której nieopatrznie się zbliżałem. Jednak szczęście mi sprzyjało,
bo do żlebu upadłem na bok, co umożliwiło mi obrócenie się na brzuch,
hamowanie kolanami i łokciami, i w rezultacie zatrzymanie się.
Wysoki poziom adrenaliny, naddarte paznokcie i zdarta skóra na dłoniach,
to na szczęście jedyne obrażenia, jakich doznałem.
Było jasne, że góra łatwo nie puści, ale przede wszystkim, że wszyscy
nie staniemy na jej szczycie, że jeden z nas musi zrezygnować. Postanowiliśmy
zawrócić do schronu, przemyśleć wszystko i spróbować następnego dnia.
Wcześnie rano, już tylko we dwóch wyruszyliśmy w stronę szczytu. Mimo,
że nieznana nam dotąd droga okazała się dużo trudniejsza niż sam początek
i mimo, że gdzieś głęboko we mnie odcisnął swe piętno miniony upadek,
pokonaliśmy obawy, strach, górę i stanęliśmy na szczycie.
Było dla mnie prawdziwym szczęściem spotkać duchownego, który żyje tym
samym twardym i trudnym życiem co uboga, miejscowa ludność. Kogoś, dla
kogo posługa to nie tylko modlitwa, ale narażanie życia, ciężka praca,
otwartość i pomoc, przede wszystkim przyjacielska.
Wraz z albańskimi góralami sprawiłeś, że znowu uwierzyłem w człowieka.
Dziękuję.
Jak do tego dodam, że każdemu z nas dałeś na drogę po butelce raki,
to Jesteś Niezrównany.
Niech Ci Bóg błogosławi Ojcze Włodzimierzu.
|

|
| skilltom@interia.pl |