Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje | bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Albania 2004

Tomasz Sadowski

Albania

 

Rodzinny dom, ciepło kominka, wokół porozrzucane zdjęcia ośnieżonych szczytów.
Otwieram książkę Ismaila Kadare i butelkę Raki rrushi.

Zawartość alkoholu nijak się ma do procentów Twojej swojskiej rakii.
Tej zapewne nie wziąłbyś do ust...
Ja jednak piję, bo każdy łyk przenosi mnie do tego górzystego kraju, w którym z ogromnym poświęceniem sprawujesz swoją misję, do kraju o którym miesiąc temu nie wiedziałem prawie nic.

Kilka lat temu, Kadare szokował mnie i przerażał swą powieścią, wciągając w wir rodowej zemsty, zwanej wendetą.
Więzy rodzinne, honor i Kanun (kodeks praw zwyczajowych) były dla mieszkańca Płaskowyżu Albańskiego wszystkim, dawały i zabierały życie.
Kanun miał tą specyfikę, że za śmierć domagał się zemsty. Zemsty wyłącznie krwawej.
Ten korowód śmierci niejednokrotnie zatracał swój początek. Bywało, że rody zabijały się przez pokolenia. To paradoksalne, ale to nie nienawiść, a honor i ortodoksja napędzały ten nieszczęsny mechanizm.

Zabójstwo.
Rodzina ofiary zawiesza na poddaszu swego domu splamioną krwią koszulę. Plamy z czasem żółkną, co jest rozumiane, jako znak zza grobów, że zabity domaga się zemsty.
Wcześniej jednak, krewni zabitego udzielają zabójcy tzn. besy. Jest to rodzaj zawieszenia broni, który może trwać 24 godz. lub za wstawiennictwem wsi 30 dni (besa duża). Podczas tego okresu zabójcy nic nie grozi. Ma obowiązek uczestniczyć w pogrzebie swej ofiary i jest zapraszany na stypę! Na rękaw przybiera czarną opaskę, która symbolizuje, że jej właściciel i śmierć poszukują się nawzajem a spotkanie to, jest tylko kwestią czasu.
Ponieważ duma i honor były i są z góralami nierozerwalne, tak też żadna siła ludzka nie była w stanie rozłączyć Kanunu z górami, zatem jego prawa obowiązują do dziś.
Swojej krótkiej pamięci, jak i Boskiej opaczności zawdzięczam, że nie skojarzyłem owej powieści w czasie przygotowań do wyprawy i przypomniałem sobie o niej dopiero w Podgoricy. Stało się to zapewne dlatego, iż w owej miejscowości, do której dotarliśmy późnym wieczorem kończyło się konwencjonalne podróżowanie.
Mimo, że tory kolejowe łączą Czarnogórę z Albanią, pociąg nie jeździ tam od lat, a pytania o nocny kurs do granicy tylko rozśmieszają przydworcowych kierowców.
Zgodził i to w sposób podejrzanie natrętny tylko jeden taksówkarz, wielki, łysy, z krzywo zrośniętym nosem. Nie tylko wyglądem nas odstraszał, za przejazd żądał 30 euro (30 km) i ręczył głową, że pieszo nie trafimy na przejście.
Gdy za wytargowaną dychę mknęliśmy wąską górską drogą wśród ciernistych krzewów, głazów i zardzewiałych wraków przekonaliśmy się, że o ile rzeczywiście jedziemy w żądanym kierunku, nie trafilibyśmy sami!
Ciemna noc, opustoszałe przejście graniczne, rozmazane pieczątki, tak przywitała nas Albania. Szliśmy nieoświetloną drogą, pomiędzy stromym wzniesieniem a jeziorem Szkoderskim. Kiedy zmęczenie i niewyspanie dawało się już we znaki i zaczęliśmy myśleć o przydrożnym biwaku, zatrzymaliśmy czarną C-klasę. W środku było dwóch facetów, jechali do Szkoder i o dziwo zgodzili się nas podwieźć za pięć euro.
Kiedy otwierałem tylne drzwi spostrzegłem, że brak w nich szyby a rozbite szkło leży na całym tylnym siedzeniu. Spojrzałem na facetów i zrozumiałem, że niestosownie byłoby się wycofać. Zapakowaliśmy plecaki i wskoczyliśmy do samochodu.
Od okresu anarchii upłynęło w tym kraju dopiero siedem lat, dlatego uniknięcie ludzi, którzy są na bakier z prawem nie jest rzeczą łatwą.
2/3 Albańczyków przebywa poza granicami swego kraju. Przyczyniają się do tego perspektywy zarobkowania, które we Włoszech, czy Grecji a Albanii są nieporównywalne. Tym samym, język włoski, czy też angielski bywa przez pokolenie młode i średnie znany, co miało dla nas niebagatelne znaczenie, bo albański to raczej kiepska sprawa...
Posiadaliśmy enigmatyczne informacje, że w Szkoder przebywa polski misjonarz.
Ponieważ o Albanii nie wiedzieliśmy zbyt wiele, dlatego spotkanie z kimś, kto zna tamtejsze zwyczaje i okolice było nam niezbędne.
Mimo, iż zdecydowaną większość Albańczyków stanowią muzułmanie, okazało się, że kościołów katolickich w Szkoder jest co najmniej kilka, więc odszukanie naszego rodaka stawało się kłopotliwe. Dotarliśmy pod okazałą bazylikę, ale tamtejsi duchowni nie byli skłonni przypomnieć sobie o misjonarzu z Polski.
Na szczęście jeden z młodych seminarzystów, po kilku minutach drapania się po głowie, niespodziewanie coś wymyślił. Zaczął pospiesznie pakować nasze plecaki do dżipa, z radością świergocząc coś o Franciszkanach. Po chwili jechaliśmy miejskimi uliczkami pośród wysokich murów, "zdobionych" od góry wmurowanym, porozbijanym szkłem. Dotarliśmy pod niedużą świątynie, w drzwiach przykościelnych ukazał się potężny, brodaty mężczyzna, w brązowym habicie, niejednokrotnie cerowanym, a i wymagającym krawieckiej kosmetyki...

Ogarnąłeś nas swym pełnym spokoju i szczerości spojrzeniem i już wiedziałem, że mamy szczęście.

 

Zostaliśmy zaproszeni bez zbędnych słów, jak starzy, dobrzy znajomi. Byliśmy zmęczeni podróżą, niewyspani a przede wszystkim trochę zagubieni. Taka gościnność była dla nas (przepraszam) zbawieniem.
Długo rozmawialiśmy, popijając wino i delektując się nieznanym dotąd smakiem chleba z kukurydzy.
Chleb ów jest wypiekiem charakterystycznym dla tamtejszych obszarów górskich, gdzie nieurodzajne gleby, woda na miarę złota, nie dają możliwości plonu zbóż. Kukurydza jest o wiele mniej wymagająca, zatem stała się tam produktem podstawowym.
Ciężko było mi uwierzyć, że wendeta jest wciąż żywa i to nie tylko w górach. Opowieści o mordach, zemstach i tragediach, które rozgrywały się wokół klasztoru uświadomiły nam, że śmierć jest w tym kraju bardzo realna.
Następnego dnia wspólnie z braćmi jedliśmy posiłki. Towarzyszył nam miejscowy ksiądz, który kilkakrotnie aresztowany i torturowany przez komunistów, łącznie spędził w areszcie17 lat. W Szkoder za prąd płacą Franciszkanie i kilka dużych instytucji, pozostali go kradną. Wszędzie widoczne są zwoje kabli tworzące pajęczyny tak zagmatwane, iż trudno nie mieć uznania dla miejscowych „elektryków. Ruch uliczny rządzi się swoimi prawami, na ogół kto ma większy samochód jedzie pierwszy. Dla bezpieczeństwa policjantów usiłujących kierować ruchem, na środku skrzyżowań wybudowano betonowe postumenty. Miejskie ulice są na ogół asfaltowe, ale ich stan jest żałosny.
Następnego dnia, wczesnym rankiem wyruszyliśmy w góry, na północ. A podróż zapowiadała się ciężka, bo jechaliśmy rozklekotanym busem, wśród 16-tu górali, którzy jako, że wracali z zakupami, nie żałowali sobie używek.
Opuszczając miasto, uwagę przykuwa ogromna ilość betonowych, niewielkich rozmiarów kopuł. To bunkry. W czasach dyktatury Envera Hodży wybudowano ich ponad pół miliona. Dziś są już tylko reliktem minionej epoki.
Droga wkrótce przyjęła wyjątkowo górski charakter. Chociaż nasz bus to Mercedes, pełni byliśmy obaw, czy dojedziemy, później, czy przeżyjemy. Trasa przebiegała najczęściej tuż nad przepaścią, gdzie błąd kierowcy jest niedopuszczalny. Mimo miejscowych zlodowaceń i śniegu na przełęczach nasz wóz sprawował się nad wyraz dobrze.
W oddali pojawiło się imponujące, alpejskie pasmo, którego widok pomógł nam znieść dalszą drogę. To nie były góry na lekki treking, to były góry wymagające dużo sprzętu i doświadczenia, a my nie mieliśmy nawet raków. Byłem wściekły.
Tkwiąc z nosami przy szybie zjeżdżaliśmy w dół, do wioski Breklumi, składającej się z około dwudziestu domostw, usytuowanych wzdłuż rzeki. Oddziela ją od świata piękna skalna brama. Po jej przekroczeniu znaleźliśmy się w krainie dzikich gór: pięknej, fascynującej i niebezpiecznej.
Turystami, którzy ostatnio odwiedzili tutejsze okolice byli Czesi. Nie wrócili do domów a międzynarodowa akcja poszukiwawcza nie przyniosła żadnych rezultatów.
Po blisko siedmiu godzinach, z objawami choroby lokomocyjnej wysiedliśmy z samochodu.
Uśmiechy nie gościły długo na naszych twarzach, bo szybko zdaliśmy sobie sprawę, że stoimy przed szkieletem znanego nam już z opowieści budynku. Niegdyś mieszkały w nim misjonarki. Kilka lat temu bandyci z Kosowa, czasowo mieszkający w „pobliskiej” wsi, napadli je, gwałcąc i mordując. Miejscowi górale dokonali zemsty, porachunki nie są zakończone, a ludzie z obydwu wiosek wciąż giną w tej sprawie.
Budziliśmy ogromne zainteresowanie wśród miejscowej ludności. Wydawało nam się, że pozytywne, jednak historia tej mieściny sprawiała, że jak najszybciej chcieliśmy wyruszyć do wyżej jeszcze położonej wioski Theat, czyli na koniec świata.
Dźwigając ciężkie plecaki, ruszyliśmy odprowadzani przez grupkę miejscowych dzieciaków.
Większość tamtejszych łańcuchów górskich składa się wyłącznie z ostrych, poszarpanych turni. Nie tylko granie, ale i boczne ściany naszpikowane są skalnymi iglicami, które pokrywała biała szata. Sprawiały wrażenie bezwzględnie niedostępnych, a ich majestat kradł nadzieje na zdobycie. Nigdy nie widziałem niczego piękniejszego, i nigdy nie czułem się bardziej bezradny.

Wciąż towarzyszyła nam górska rzeka, o specyficznym zielonym odcieniu. Z każdym kilometrem bardziej wcinała się w skały tworząc wciąż pogłębiający się kanion. Droga, którą szliśmy była miejscami wykuta w skale, niejednokrotnie zatarasowana przez obrywające się głazy, to znów biegnąca nad przepaścią kanionu, którego głębokość osiągała miejscami kilkadziesiąt metrów. Gdy zapadał zmrok, dotarliśmy do górnej części doliny, na której płaskim obszarze leży wioska Theat. Osada wyglądała przerażająco mrocznie. Sprawiała wrażenie zupełnie wymarłej. Minęliśmy kilka domostw i nie zauważyliśmy żadnych oznak życia. Wypatrzyliśmy z daleka malutki, bardzo stary kościółek, w pobliżu którego zamierzaliśmy rozbić biwak. Nagle spostrzegliśmy, że w naszą stronę zmierza grupa młodych mężczyzn. W jednej chwili przypomniałem sobie wszystkie mroczne historie, usłyszane o tych okolicach, jednocześnie nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że mogli by zrobić nam coś złego. Przywitali się i ku naszemu zdziwieniu, zakładając na plecy nasze bagaże, zaprowadzili nas do domu gospodarza, który przez swoją gościnność nie pozwolił nam spędzić nocy poza swoim domem.

„Wchodź śmiało, wchodź śmiało,
nie wiem jak ci trafić tutaj się udało.
Ot jak raz samowar kipi, pij herbaty, synu pij.
Samogonu z nami wypij, zdrowy żyj.
Nam znośnie, nam znośnie, nam znośnie
Tak żyjemy niewidocznie i bezgłośnie.
Pożyjemy i pomrzemy , nie usłyszy o nas świat,
a po śmierci wypijemy za przeżytych w dobrej wierze parę lat.”

W tamtejszych górach gość jest święty i dom górala zgodnie z obyczajem jest przede wszystkim siedzibą Boga i gości, a dopiero potem gospodarza i jego rodziny.
To niesamowite, że ludziom biednym towarzyszy zawsze ta nadzwyczajna łatwość bezinteresownego pomagania. Jedzenie było wyśmienite(gotowana słonina, cebula, słony i słodki ser, chleb kukurydziany, kawa i raki, pite w pierwszej kolejności za Jezusa Chrystusa). Czuliśmy się trochę niezręcznie, bo objadaliśmy naprawdę ubogich materialnie ludzi. Dodatkowo dręczyła nas świadomość, że nie możemy sobie pozwolić na zapłatę finansową. Słodycze i jedzenie to wszystko czym mieliśmy szansę się odwdzięczyć.

Rano, zafascynowani górami Boszi(2413) i Alus(2471) postanowiliśmy poszukać szczęścia od przełęczy Walbon’a, która dzieli te dwie, jakże różne, ale równie piękne góry. Brak raków i czekanów mocno odzwierciedlał się wolnym tempem (kopanie stopni) i krótkimi poślizgami. Nachylenie stoku stawało się coraz bardziej uciążliwe, a nadciągające chmury nie wróżyły niczego dobrego. Kiedy w końcu osiągnęliśmy przełęcz, mocny, lodowaty wiatr zaczął przewiewać nam resztki nadziei, że staniemy na którymś ze szczytów. Przemierzanie samej tylko grani, podczas tak mocnych podmuchów wiatru, z takim ciężkim bagażem, bez użycia liny i czekanów nie wchodziło w zdrowo-rozsądkową rachubę.
Jednak tam, na spowijanych przez mgłę szczytach dostrzegaliśmy swój cel. W tak odległej i niemożliwej do przebycia dali była ta jedyna w swoim rodzaju radość, jaką odczuwa się tylko na szczycie.
Minuty, dreszcze, przeraźliwy wiatr, decyzje wypowiadane bez przekonania...
Wątpliwości i strach przeciwko uporowi i pragnieniom.
- Nie..., nie damy rady.
Rozczarowani, smutni, upokorzeni, niepewni swej cholernej, roztropnej decyzji, zaczęliśmy się wycofywać.

Po wyjątkowo mroźnej nocy, obudziliśmy się w zasypanym dwu-namiotowym obozie.
Nad nami niebieskie niebo, za to wiatr - nie do zniesienia. Góry targane wichurą były zupełnie „zadymione” przewiewanym śniegiem i nie dawały najmniejszych nadziei na jakąkolwiek próbę zdobycia ich.
Świeży opad śniegu i nieustający wiatr niweczyły kolejne nasze próby pokonywania, coraz to mniej ambitnych celów.
Po kilku dniach, wieczorem, już w okrojonym składzie(zostało nas trzech), ale za to z dwiema parami raków znaleźliśmy się w miejscowości Boga, gdzie w gościnę zaprosił nas pierwszy napotkany w wiosce gospodarz. Boga, nie mniej pięknie położona niż Theat, zamknięta z trzech stron stromymi ścianami groźnych szczytów, jest ostatnią osadą do której dociera stosunkowo dobra, przejezdna droga. Drogą tą przybyła tutaj cywilizacja i standard życia stał się nieporównywalny z tym, który panuje w Theat. W małym domku, w którym mieliśmy przyjemność spędzić wieczór i noc był telewizor i mięso na kolację.
Skoro świt wyruszyliśmy, z zamiarem powalczenia o górę Rabesz (2222), którą obserwowaliśmy w drodze do Boga, i która nie wyglądała zbyt groźnie. Przez kilka godzin szliśmy ledwie widoczną ścieżką, którą to gubiliśmy, to znajdowaliśmy na nowo. Ścieżka ta doprowadziła nas do betonowego schronu, tuż obok którego było ujęcie wody z ogromnego górskiego źródła. Nie zwracając szczególnej uwagi na te zabudowania ruszyliśmy w górę, aż do kilkunastometrowej skalnej ściany, która jako że miała wyborne stopnie i chwyty nie nastręczyła nam problemów, i po kilku minutach mieliśmy za plecami jej urwisko.
Kolejnym etapem wędrówki był stok o zróżnicowanym nachyleniu. Z każdym krokiem śnieg stawał się coraz twardszy, miejscami zupełnie zlodowaciały.
Dalsza droga bezwzględnie wymagała raków. Ze względu na to, że ilość naszego sprzętu ograniczała się do posiadania jednego raka, nasze tempo było żenujące. Śnieg w wielu miejscach uniemożliwiał kopanie stopni i traciliśmy nadzieję, że taka akcja umożliwi wejście na szczyt. Mimo to, każdy zdobyty metr przynosił nam satysfakcję i brnęliśmy, nie bacząc na trudności. Podczas pokonywania jednej z wielu lodowych grzęd, moja nieuzbrojona noga, obciążona ciężarem błyskawicznie odjechała w bok. Krzyknąłem, że lecę i jak powiedziałem, tak zrobiłem. Spadłem do żlebu, którym zacząłem się obsuwać, niczym torem bobslejowym. Podczas tej przejażdżki myślałem o każdym stopniu i głazie pokonanym podczas zdobywania ściany, w kierunku której nieopatrznie się zbliżałem. Jednak szczęście mi sprzyjało, bo do żlebu upadłem na bok, co umożliwiło mi obrócenie się na brzuch, hamowanie kolanami i łokciami, i w rezultacie zatrzymanie się.
Wysoki poziom adrenaliny, naddarte paznokcie i zdarta skóra na dłoniach, to na szczęście jedyne obrażenia, jakich doznałem.
Było jasne, że góra łatwo nie puści, ale przede wszystkim, że wszyscy nie staniemy na jej szczycie, że jeden z nas musi zrezygnować. Postanowiliśmy zawrócić do schronu, przemyśleć wszystko i spróbować następnego dnia. Wcześnie rano, już tylko we dwóch wyruszyliśmy w stronę szczytu. Mimo, że nieznana nam dotąd droga okazała się dużo trudniejsza niż sam początek i mimo, że gdzieś głęboko we mnie odcisnął swe piętno miniony upadek, pokonaliśmy obawy, strach, górę i stanęliśmy na szczycie.
Było dla mnie prawdziwym szczęściem spotkać duchownego, który żyje tym samym twardym i trudnym życiem co uboga, miejscowa ludność. Kogoś, dla kogo posługa to nie tylko modlitwa, ale narażanie życia, ciężka praca, otwartość i pomoc, przede wszystkim przyjacielska.
Wraz z albańskimi góralami sprawiłeś, że znowu uwierzyłem w człowieka. Dziękuję.
Jak do tego dodam, że każdemu z nas dałeś na drogę po butelce raki, to Jesteś Niezrównany.
Niech Ci Bóg błogosławi Ojcze Włodzimierzu.

skilltom@interia.pl

 

 

Jan Lenczowski

Albania

 

 

Kierowani ciekawością trafiamy do Albanii. Północna część jest górzysta, jak zresztą prawie cały kraj. Dzikie, niedostępne doliny zamieszkane są przez ludność katolicką, która przetrwała w tym izolowanym środowisku wieki okupacji osmańskiej. Albania jest krajem kontrastów, otwarcie ostatnich lat wywarło na tym państwie silne piętno. Wśród śmietnisk jak grzyby po deszczu wyrastają nowe budynki. Tirana jest jednym wielkim placem budowy. Handluje się wszędzie, wzdłuż ulic miast i miasteczek powstają targowiska, sklepy i bary. Nawet wioski w górach wychodzą z izolacji poprzez telewizję satelitarną, a ich mieszkańcy mówią obcymi językami wyuczonymi podczas pracy za granicą. Wciąż brakuje infrastruktury, wiele dróg jest trudnych do przebycia (nie da się tego porównać do polskich realiów), w góralskiej kulturze wciąż zakorzeniona jest zemsta rodowa, co pociąga za sobą setki ofiar - indywidualnych tragedii każdego roku. Na 3 miliony mieszkańców Albanii, przypada 6 milionów Albańczyków za granicami kraju. Mieszkają oni w rejonie Kosowa, w Czarnogórze, Macedonii, Grecji, a także w Europie zachodniej, przede wszystkim we Włoszech. W państwie albańskim obowiązywała doktryna maoistyczna i całkowity ateizm. Pod koniec lat 70tych zerwano stosunki z Chinami, pozostając do przemian demokratycznych w latach 90tych, w prawie całkowitej izolacji. Śladem tamtych czasów są wszechobecne sieci bunkrów wzdłuż albańskich dróg.

Naszym celem jest penetracja masywu górskiego na północy kraju, zwanego popularnie Alpami Albańskimi. Góry okazują się przerastać nasze możliwości w zakresie sprzętu i doświadczenia. Nie udaje nam się zdobyć najwyższej w masywie góry Jezerca. W warunkach zimowych ryzyko jest zbyt duże. Część ekipy dokonuje jednak kolejnej próby, która kończy się zdobyciem szczytu Rabes o wysokości 2222 metry. Jeden z uczestników mógł przypłacić tę próbę życiem. Idąc w jednym raku, poślizgnął się i zjechał żlebem w dół. Na szczęście udało mu się zatrzymać.

koń i pies jedzą śmieci
zamek w Szkodrze
kobiety pracują "za dwóch", niosą opał i robią na drutach
na dole nie ma sniegu
ekipa w komplecie
jezioro Szkoderskie

 

Podczas całego wyjazdu nasza ekipa otrzymała nieocenioną pomoc ze strony miejscowej, niezwykle gościnnej, ludności oraz od polskich misjonarzy, a szczególnie franciszkanina ojca Włodka, który z olbrzymim poświęceniem i niejednokrotnie z narażeniem własnego życia wykonuje swoją posługę w Albanii.

Uczestnicy: Maciej Kania, Daniel Kapłan, Basia Kiełt, Jan Lenczowski, Tomek Sadowski (autor wszystkich zdjęć).

 

 

 

Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :)

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubWspółpracjuję z KiribatiClub, w marcu 2010 wyruszamy wraz z grupą do Peru i Boliwii, gdzie odwiedzimy m.in. kanion Colca, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski