
Zycie zula
Wcale nie jest tak źle, w każdym razie na nudę nie można narzekać. Odkąd
wczoraj trafiłem do Javei nie nudzę się ani chwili.
Na początek kilka kilometrów marszu w poszukiwaniu plaży piaskowej. Już
myślałem, że Mustafa zrobił mnie w bambuko, wysyłając mnie do tej wiochy.
Wszędzie plaże kamieniste, czy skaliste.
Wreszcie trafiłem do piaszczystego l'Arenalu. Tu rzeczywiście skupia się
cała turystyka. Mała, zaokrąglona plaża ma może 500 metrów długości. Wszędzie
wokół restauracje, puby, sklepy. Dalej same hotele i apartamenty. Plaża
jest wyposażona we wszystkie niezbędne urządzenia. Jest dużo koszy, kibli,
pryszniców itp. Do tego boiska do siatkówki i mnóstwo urządzeń do zabawy
dla dzieci.
Na początek okazuje się, że nie będę sam rzeźbił. Na plaży jest już grupka
Czechów. Zrobili Homera Simpsona siedzącego z piwkiem na fotelu. Pod piaskiem
umieszczona jest prosta instalacja, dzięki której Homer może sikać na
zawołanie. Figura jest już wyschnięta i sypie się coraz bardziej.
Czesi to nie koniec. Jest jeszcze Polak, niezbyt przyjazny, który pracuje
razem z innymi dwoma Czechami. Codziennie robią figurę od nowa, choć nie
wiem czy tę samą. Wczoraj był czarodziej i smok ziejący ogniem. Wygląda,
że wszyscy na tej plaży poszli na efekty specjalne, a same figury nie
są rewelacyjne.
Ustawiam się na końcu plaży. Nowe miejsce, brak pewności, co się zdarzy.
Zawsze boję się, że mnie okradną, choć dotąd mój nerwowy sen zawsze mnie
ratował.
Pięć dni wcześniej, gdy spałem na plaży w miejscowości Almeria zerwałem
się tknięty nagłym przeczuciem. Tuż za moim plecakiem podłożonym pod głowę
stali dwaj osobnicy o podejrzanym wyglądzie. Jeden był Murzynem, a drugi
może Arabem, chociaż w ciemności trudno ocenić dokładnie. Gdy się poderwałem,
zmyli się pośpiesznie. Tamtej nocy nie mogłem już spać. Zresztą parka
ta kręciła się w pobliżu i raz nawet przeszła dość blisko. Koło piątej
nad ranem (jasno robi się około siódmej) dostrzegłem kierującego się prosto
na mnie osobnika o ciemnej karnacji, który poprzednio leżał całą noc w
odległości około stu metrów. Gdy był już blisko podniosłem się gwałtownie,
nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Ten jednak uspokoił mnie gestem
i słowem. Prosił jedynie o coś do przykrycia, bo nad ranem zrobiło się
chłodno. Wyciągnąłem z plecaka swój stary namiot i poradziłem mu by się
nim przykrył. Rano oddał mi go i nawet dosyć dobrze zwinął.
Wracając do zdarzeń trochę bardziej współczesnych, wczorajsza noc była
równie nie przespana jak ta w Almerii. Późnym popołudniem zbudowałem z
piasku syrenę leżącą na boku z głową podpartą na łokciu. Nie zajęło mi
to wiele czasu, musiałem pracować szybko, aby coś zjeść. Zostało mi już
tylko 2 euro. Już budując figurę, zauważyłem podejrzanych młodocianych
Marokańczyków, czających się na pieniądze wrzucane przez turystów do czapki.
Praca w takich warunkach była ciężka, gdyż wymagała podzielnej uwagi.
Wyrostki wkrótce dały sobie spokój, a ja kupiłem sobie hamburgera za pierwsze
zarobione pieniądze. Syrenka była jednak mała i nieoświetlona. Wielu ludzi
jej nie zauważało. Na dodatek około północy rozpętała się burza uwieńczona
ulewnym deszczem. Trzeba było szukać schronienia. Znalazłem je pod okapem
przy szybie agencji nieruchomości. Przy okazji poczytałem oferty sprzedaży
domów zaczynające się od 350 tyś. euro. Były to na ogół domy z basenami,
ogrodami, garażami itp.. Więcej radości dostarczyło mi jednak inne znalezisko.
Pod oknem stały dwie 2-litrowe butelki Pepsi. Jedna o smaku limonu, druga
light, obie wypite mniej więcej do połowy. Po ilości gazu wywnioskowałem,
że są całkiem świeże. Tego wieczoru skończyła mi się już woda, sklepy
były zamknięte, a knajpy poza zasięgiem. Pijąc colę doprowadziłem się
do stanu bezsenności, dzięki czemu mogłem obserwować, jak promenada ożywa
po deszczu. Teraz ludzie kręcili się jednak z rzadka, małymi grupkami.
Położyłem się na śpiworze niedaleko od mojej figury, jednak nie mogłem
zasnąć. Niepokoił mnie zwłaszcza Saracen, który co raz to skradał się
w moim kierunku, by sprawdzić czy już śpię. W tych warunkach jasne było,
że nie spałem. Do tego nie dalej jak 15 kroków ode mnie jakaś para, mówiąca
jednym z germańskich języków, usadowiła się za stosem leżaków wiązanych
na noc łańcuchem. Kochali się tam wykorzystując zacienione miejsce. Było
to dla mnie nawet korzystne, ponieważ w pewnym stopniu chroniło mnie to
przed zakusami Saracena. Z dodatkowych atrakcji można wymienić bardzo
pijanego dwudziestoparolatka, rzygającego intensywnie z murku promenady,
oddalonego o kilka kroków. Wyglądało, że nie zostało mu jednak wiele do
rzygania. Oceniając po konsystencji, zwracał jedynie wypite wcześniej
trunki. Po odejściu germańskiej pary, Saracen przypuścił nowy atak. Tym
razem nie wytrzymałem. Wstałem i zawołałem tego typka, który ukrywał się
nieopodal za palmą. Rozumiał bardzo mało po hiszpańsku, był z Maroka.
Spytałem czego chce, żeby powiedział to mu dam. Ten zaczął coś kręcić
i próbował się oddalić. Wytłumaczyłem, że nie mam kasy i żeby się wyluzował.
- Tu quieres follarme? (chcesz mnie przelecieć) zapytał.
- Nie dzięki zacząłem się śmiać.
Tłumaczył się, że to dlatego się tu kręci. Nie bardzo mu jednak wierzyłem,
co potwierdziło się, gdy przyszedł tuż nad ranem z innym kolesiem, pogrzebać
w butelce z pieniędzmi na syrenę. Oczywiście nie było tam żadnych pieniędzy.
Gdy się obudziłem, zacząłem się śmiać, a para ta zmyła się zaraz niepysznie.
Teraz nadeszli sprzątający i można się było wreszcie zdrzemnąć, dopóki
słońce nie zbudziło mnie swym żarem.
|
Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :) |
Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół. |
|
KiribatiClubWspółpracjuję z KiribatiClub, w marcu 2010 wyruszamy wraz z grupą do Peru i Boliwii, gdzie odwiedzimy m.in. kanion Colca, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata. |
Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s. |