Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje | bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Islandia

Jan Lenczowski

W 50 godzin dookola Islandii

 

 

Pt. 26.7.02 godz. 16.00 Reykjavik

 

Koniec lipca w Reykjaviku. Siedzimy z Mackiem na kampingu i rozmawiamy o jezdzeniu stopem. Mam trzy dni wolne od pracy, dwa dni wokól Islandii, bez transportu i pieniedzy, czy to mozliwe? Pada pomysl, pedze do namiotu, pakuje sprzet. W piec minut jestem gotowy. Maciek daje mi swoja mape. Na wszelki wypadek biore maly namiot, spiwór. Wrzucam foliowy worek z kawalkami chleba i pól butelki oranzady.

 

Pt. 26.7.02 godz. 16.30 Reykjavik

 

Po pól godzinie zegnam sie i w droge. Na poczatek niemila niespodzianka - deszcz, dosc ulewny, ale szybko przechodzi. To typowa pogoda islandzka. Dziesiec minut i spokój. Na wszelki wypadek lapie stopa pod wiaduktem. Zatrzymuje sie dwóch dzieciaków sportowa Toyota. Jeden ma 18, drugi 15 lat. Jada na weekend za miasto. Ograniczenia predkosci ich nie dotycza, dziwne, bo kary sa drakonskie. Moze maja bogatych rodziców... Pedzimy na pólnoc pod stromo wznoszacymi sie scianami Esji, dalej kolo Akranes, ponad 5-cio kilometrowym tunelem pod dnem fiordu i wpadamy do Borganes. Tu wysiadam wreszcie, wolny od straszliwego huku dochodzacego z glosników tuz za moja glowa. (Najnowszy kawalek Eminema uderzajacy raz po raz w potylice niczym mlot).

Borganes jest malutkim miasteczkiem, za zatoka pietrza sie majestatycznie wyrzezbione przez lodowiec pasma górskie Skardsheidi. Przelotne deszcze na razie mnie oszczedzaja atakujac tylko podczas jazdy.

Szybko mam nastepnego stopa, niespodzianka - zdarzaja sie Islandczycy niemówiacy po angielsku. Komunikacja przychodzi z trudem. Gosc jedzie ze swoim dzieckiem do jakiejs dziury gdzie chyba mieszka. Wysadza mnie na skrzyzowaniu. Wokól pusto. Obok maly, odrapany domek, za nim kilka drzew - rzadki widok w Islandii.

Chwila czekania i znowu w droge... Sympatyczny trzydziestolatek oplem omega, wciaz narzeka na ceny alkoholu, marzy o tym by pójsc do supermarketu i kupic piwo - alkohol zalegalizowano na Wyspie dopiero w 1986 roku. Nie mozna go kupic w zwyklych sklepach. Do sprzedawania alkoholu pow. 2.25% uprawnione sa tylko sklepy rzadowe, zamkniete wieczorami i w weekendy. Nie mozna go kupic, jesli nie ma sie skonczonych 21 lat. Rozmowa toczy sie gladko, mkniemy przez olbrzymie pagórkowate przestrzenie. Mijamy potoki, w których pozwolenie na polów lososia kosztuje nawet 1500 zloty za dzien. To droga rozrywka, paradoksalnie na wyspie, która zyje z polowów, ryby sa bardzo drogie, lowienie samemu jest luksusem, na który moga sobie pozwolic najbogatsi.

Tu przebiega granica administracyjna pomiedzy dwiema z czterech prowincji Islandii. W górach po lewej stronie platy nigdy nietopniejacego sniegu. Zjezdzamy lagodnymi stokami do Hrutafjordur. Tu w lewo odchodzi droga na najwiekszy pólwysep Islandii - miejsce na mapie charakterystycznie wysuniete na pólnocny zachód w strone Grenlandii. Mijamy to skrzyzowanie i zostajemy na drodze numer 1 - slynnym islandzkim ringu. Jedziemy polodowcowa, u-ksztaltna dolina. Stoki gór po obu stronach wygladzone. Nagle nad droga pojawia sie poszarpana gran - mnichowate koscielce, poszarpane powulkaniczne iglice wybijaja sie nad dolina. Widok zapierajacy dech. Tu i ówdzie rozsiane farmy przestaja coraz czesciej spelniac swoja dawna role, stopniowo porzucane czy przerabiane na letnie rezydencje bogaczy z Reykjaviku. Mój kierowca - marynarz, zostawia mnie na skrzyzowaniu obok stacji serwisowej. Zegnamy sie i zyczymy sobie nawzajem dobrej podrózy.

Po kilku minutach zatrzymuje sie miejscowy farmer, kieruje biala, nowiutka, amerykanska furgonetka na 10 miejsc siedzacych. Zaskakujaco dobrym angielskim opowiada mi o miejscowym rolnictwie - glównie nastawionym na produkcje koni, a wlasciwie kuców - specjalnej rasy przystosowanej do trudnych warunków i stapajacych bardzo pewnie na krótkich nogach, dzieki czemu nadaja sie do jazdy zwlaszcza dla dzieci i stanowia jeden z ?produktów? eksportowych Islandii.

Po dziesieciu kilometrach wysiadam. Do Akureyri jeszcze 100 km. Jest zimno, ruch juz nie taki, jak w okolicach Reykjaviku, gdzie samochody przejezdzaly jeden po drugim. Tu pojawiaja sie raz na dwie trzy minuty.

Po pól godzinie szczescie sie do mnie usmiecha. Czterdziestolatek - czarne, krecone wlosy, ciemna, poludniowa cera, równiez Islandczyk jak sie okazuje, architekt po studiach w Norwegii. W Islandii mozliwosci studiowania sa niewielkie. Wiekszosc osób chcacych zdobyc wyzsze wyksztalcenie wyjezdza do Danii, Norwegii, Szwecji, a ostatnio równiez do Anglii i Niemiec.

Jedziemy teraz przez najbardziej górzysta czesc wyspy. Plaskie wysokie grzbiety poprzecinane sa tu licznymi polodowcowymi dolinami. Jedziemy przez Langidalur, która przechodzi w Blondudalur - doline bioraca swoja nazwe od rzeki Blanda - po islandzku mieszanka, jej wody stanowi mix krystalicznie czystych wód zródlanych i niosacych liczne osady wód powstalych z topniejacych lodowców Langjokull i Hafsjokull. Tu tez znajduje sie jedna z najwiekszych miejscowych elektrowni wodnych, obok elektrowni geotermalnych jedyne zródlo zaopatrzenia wyspy w energie elektryczna.

Mijamy z rzadka rozsiane po dolinach farmy i domki letniskowe. Na jednej z farm wychowal sie mój kierowca, obecnie mieszka tam jego stryj, ale wiekszosc rodziny wyjechala do miasta.

Islandia dokonala olbrzymiego postepu cywilizacyjnego w ostatnim pólwieczu. Odzyskanie niepodleglosci w 1944 roku i pieniadze oraz technologia przywieziona przez armie amerykanska, stacjonujaca na wyspie od czasu II Wojny Swiatowej, pomogla zmienic panstwo z prymitywna gospodarka oparta na rolnictwie na nowoczesny kraj, jeden z najbogatszych w Europie.

Pokonujemy kolejny grzbiet górski i teraz otwiera sie przed nami widok na rolniczy krajobraz wokól Akureyri - stolicy pólnocy, czyli 15-sto tysiecznego miasteczka o zaskakujaco lagodnym klimacie jak na 65 stopien szerokosci geograficznej pólnocnej.

Stoje na grobli przechodzacej przez plytka koncówke fiordu. Tuz nad moja glowa startuje duzy samolot pasazerski. Szybko zdobywa wysokosc ponad wcinajacym sie miedzy stromymi grzbietami fiordem Eyjafjordur.

 

Pt. 26.7.02 godz. 23.00 Akureyri.

 

Po krótkim postoju zatrzymuje sie dwóch dwudziestoletnich, sympatycznych grubasów jadacych nowoczesnym BMW. Jade z nimi 10 km, tu po drugiej stronie fiordu z ladna panorama Akureyri czekam dalej, robi sie juz dosc szaro, nawet tutaj w pochmurne dni miedzy dwunasta a trzecia w nocy jest juz dosc ciemno.

Staje Mini Cooper, kierowca przeklada graty na tylne siedzenie. Troche zakrecony, pedalkowaty glosik, jedzie z Reykjaviku do Husaviku. Za szybko zaszly zmiany w Islandii - mówi o ostatnich dwudziestu latach - mamy teraz wielu ?malych królów? na Islandii - smieje sie - nie róbcie tego samego bledu w Polsce, nie zatracajcie wlasnej kultury ?this is my message to you?.

 

Wysiadam na skrzyzowaniu jedynki z osiemdziesiatka piatka - droga do Husaviku miejscowej stolicy sportów zimowych. Na pozegnanie dostaje solidnego lyka mocnego trunku - na rozgrzewke. Ruchu prawie nie ma, pustkowie, po pólnocy...

Rozpedzone BMW gwaltownie wytraca predkosc, wskakuje do srodka. Trzech gosci okolo 25 lat wraca z remisowego meczu Akureyri z NieWiemKim do rodzinnego Mywatn. Dwóch pracuje na stacji benzynowej, jeden na budowie, ale mówia po angielsku doskonale i z duza doza autoironii opowiadaja o swoim ?miescie? in the middle of nowhere, czyli innymi slowami na ?zadupiu?. Jezioro Mywatn stanowi jednak nie lada atrakcje turystyczna. Czestuja mnie piwem i rozmowa toczy sie wartkim nurtem, nie brakuje zlosliwych docinków z przymruzeniem oka jednakze. Ile razy slyszales ten zart z Polakami i polerowaniem (angielska gra slów polish-polish) - smieje sie jeden - niestety nie jestem wyjatkiem: w Reykjaviku zmywam gary i poleruje sztucce, do tego Polacy najlepiej sie nadaja. To slynny wielki krater - pokazuja na prawo, ale kogo to wlasciwie obchodzi..., Ten zólty? Pytam sie, pokazujac na prawie pelny ksiezyc zawieszony nad olbrzymim usypiskiem popiolów okraglego ksztaltu. Zartobliwy humor nie opuszcza nas az do miasteczka.

Wysiadam obok kampingu. Pierwsza w nocy, ruchu prawie nie ma. Za kamping trzeba placic - 7 euro, ruszam, wiec droga w strone dymiacych w oddali gejzerów i stojacej tam elektrowni. Ziemia tworzy tu liczne wglebienia powstale na skutek mini wybuchów gazów pod lawa. W jednym z takich mini-kraterów rozbijam swój namiocik. Wieje tu troche mniej. Postanawiam obudzic sie rano wraz z uslyszeniem pierwszych porannych samochodów, nie wzialem zegarka, a po jasnosci trudno ocenic godzine.

Spie niespokojnie, nie chce stracic szansy na wczesny wyjazd. Trzeci odglos silnika od mojego obudzenia kaze mi wstac i zwinac namiot. Niebo jest czyste, rzadki tu widok; slonce stoi wysoko na niebie. Chyba jeszcze na wschodzie-oceniam, choc pewnosci, co do dokladnych kierunków, nie mam.

 

Sobota 27.7.02 godz. 8.00 Mywatn

Nastepnego dnia ranek jest chlodny i zaczyna doskwierac mi brak polaru, którego zapomnialem zabrac z Reykjaviku pakujac sie w pospiechu. Przejezdza kolo mnie kilka autobusów, wiekszosc z tych wysoko zawieszonych z napedem na cztery kola. Jeszcze do poczatku lat dziewiecdziesiatych na wyspie jezdzily tylko takie autobusy. Teraz drogi sie poprawily, ale nie wszedzie dojezdza sie latwo.

Wreszcie po ponad godzinie oczekiwania zatrzymuje sie jeepowaty hyunday galloper z napedem na cztery kola. Trzydziestolatek Hoekur jest hydraulikiem z Akureyri i czlonkiem miejscowego klubu turystycznego. Mówi lamanym angielskim, czesto mieszajac slowa islandzkie. W ten weekend jedzie jako woluntariusz zainstalowac nowa pompe doprowadzajaca wode do chatki w rezerwacie Herdubreidarlindir, oraz kilka drobnych napraw w kiblokontenerze pod Drekagil w masywie Askii. Nastepnego dnia planuje przejechac przez sam opustoszaly srodek Islandii, droga dostepna tylko dla smialków ?z napedem na cztery kola?. Natychmiast podejmuje, wiec decyzje o zmianie planów. Porzucam projekt objechania Islandii droga numer 1 na rzecz duzo bardziej pociagajacego planu jazdy przez górzyste pustkowie w centrum wyspy.

Po 30-stu kilometrach jazdy przez zielone laki glówna droga zjezdzamy na boczna, szutrowa wijaca sie wsród zwirowisk w dolinie rzeki Jokulsa a fjollum. Przejezdzamy kilka pomniejszych doplywów, samochód brnie w wodzie niczym amfibia. Woda wartkiego strumienia zalewa nas prawie do wysokosci kól. W oddali majaczy majestatyczny Herdubreid, wznoszacy sie na plaskowyzu pokrytym polami lawy stanowi niepowtarzalny obraz i nie na darmo góre ta zwa królowa Islandii. Uformowana przez wybuch wulkanu pod powierzchnia lodowca, ma regularny okragly ksztalt, jej zbocza najpierw usypane z popiolów pietrza sie coraz stromiej tworzac to niby skalista baszte z plaskim wulkanicznym kraterem zwienczonym nieduza kopka. Potezna sylwetka wznosi sie ponad 1000 metrów nad okolica. W miare zblizania sie do kolosa ubywa roslinnosci, droga staje sie wyboista, wije sie teraz pomiedzy spietrzonymi i popekanymi plytami lawy, z zastyglymi czesto na powierzchni pomarszczonymi wzorkami.

Wreszcie jestesmy ? rezerwat Herdubreidarlindir znajduje sie na brzegu pola zastyglej lawy, tworzacej kilkumetrowe spietrzenie. Spod lawy bija liczne zródla i wywierzyska tworzac na przestrzeni zaledwie jednego kilometra spora rzeke z licznymi kaskadami o krystalicznie przejrzystej wodzie. Nad rzeka, niby oaza na pustyni czarnej lawy i rzecznych zwirowisk, rozbujala roslinnosc, glównie niskopienne gatunki wierzby, liczne kwiaty i wysokie lodygi arcydziegla. Oprócz ciekawej pod wzgledem geologicznym zastyglej lawy i licznego ptactwa m.in. labedzi, mozna tez znalezc ruiny pozostale po siedzibie 18-wiecznego wygnanca, który spedzil w tym miejscu najgorsza zime swojego zycia, jak glosi legenda nie majac ognia zywil sie tylko surowym konskim miesem i korzeniami arcydziegla.

 

Robie kilkugodzinny spacer po okolicy, potem pomagam Hoekurowi instalowac pompe wodna.

Za chatka stoi ciagnik Zetor ?made in Czechoslovakia?, wspomnienie kraju juz nieistniejacego. W Islandii zaskakujaco wiele jest produktów z naszej czesci Europy. Poza slynnym tutaj Prince Polo, mozna tez znalezc dzemy Krakusa, batoniki Elitesse, a nawet ku mojemu zaskoczeniu na stadionie lekkoatletycznym w Reykjaviku polskie plotki i bloki startowe.

Ruszamy dalej... Zostawiamy za soba olbrzymia sylwetke Herdubreida i jedziemy w strone kolejnego wzniesienia wsród plaskowyzu. Jeden z najbardziej aktywnych wulkanów w ostatnim stuleciu - Askia. Po godzinie jazdy, to po wybojach wsród labiryntu pól lawy, to znów po plaskich powierzchniach usypanych z popiolów jestesmy, wreszcie przy chatce. Nad nami wznosi sie masyw Drekagil, czarny od popiolów, przeciety przez srodek kanionem o pionowo opadajacych scianach.


Udaje sie na szybki podbój góry. Moje stopy raz po raz zapadaja sie w pogorzeliskach popiolów. Wypalony, zuzlowaty zwir zsypuje sie w dól zbocza. Sciezka wkrótce ginie i poruszam sie juz tylko po czarnej skalistej pustyni, sam pnac sie w góre i w góre. Mijam kolejne grzbiety, które juz wydaja sie glówna kulminacja, ale to tylko zwodnicze wrazenie. Zawsze za nimi wyrastaja nastepne. W koncu docieram na skraj jednego z bocznych kraterów Askii. Widok jak w Tolkienowskim Mordorze, czern popiolów, zwaliska lawy. W oddali na wschodzie majaczy rozlegla tarcza najwiekszego w Europie lodowca - Vatnajokull. Jest plaski jak stól i rozlegly na caly horyzont. Po drugiej stronie wulkan Herdubreid z biala czapa sniegów. Tu i ówdzie popiól, po którym stapam jest mokry. Gdy pogrzebac butem pod spodem widac pole sniezne.




Schodze z góry i rozkladam namiot. Obkladam go kamieniami, ale wiatr i tak go przewraca. Nie da sie na to wiele poradzic. Zjadam ostatnie okruchy mojego chleba, to nic, przeciez jutro wieczorem bede juz w stolicy.

 

Sobota 27.7.02 godz. 23.00 Drekagil

 

Jedziemy z Hoekurem kilka kilometrów w góre do Aski. Wokól olbrzymie pola popiolów wulkanicznych, najczarniejsze z ostatniego wybuchu w 1961 roku. Zostawiamy samochód, reszte drogi pokonac trzeba na piechote. Idziemy po plaskowyzu wewnatrz krateru. Wokól leza porozrzucane kawalki pumeksu. Przechodzimy przez pole sniezne podmyte przez strumien. Buty zapadaja sie w snieznej mazi, ale nie przemakaja jak na razie. Dalej po plaskiej tarczy krateru, ziemia pod nogami dudni, czy pod nami jest pusta przestrzen? Nie wiem i wole nie wiedziec. Jeszcze kilka kroków i stoimy na brzegu jeziora. Ma 11 km kw. powierzchni i ponad 220 m glebokosci. Najglebsze jezioro wyspy. Stoimy na skraju przepasci, jezioro znajduje sie 50 m pod nami. Pod koniec XIX w dwóch Niemców zaginelo w tym miejscu bez wiesci, na ich pamiatke wbudowana jest tu tablica. Obok pomniejszy krater, na którego dnie znajduje sie jeziorko o lazurowo-mlecznej wodzie o charakterystycznym zapachu zgnilych jaj. Jakies dwie osoby plywaja po nim, woda jest ociepla - 22 stopnie.

 

W zeszlym roku miala 30 - mówi Hoekur, - ale traci temperature, zasilana przez zimny strumien. Wracajac, znowu przechodze przez pole sniezne, mocno podmokle. Tu nie przejdziemy ? mówi mój towarzysz wycofujac sie,

Jak to nie - robie jeszcze jeden krok i wpadam do mokrej snieznej ciapy po uda. Gramole sie z trudem z powrotem, tym razem moje buty nie mialy szansy wyjsc sucho z wodowania. W chlupiacych wracam do obozu, na noc stawiam je w domku do suszenia. Noc w namiocie jest troche niespokojna ze wzgledu na uporczywie mnie atakujace sciany i podloge, rano troche sniegu, ale to tylko jak przyprawa, do smaku.

 

Niedziela 28.7.02 godz. 9.30 Drekagil

Hoekur budzi mnie pózniej niz sie spodziewalem, chyba zaspal. Walcze z miotajacym sie na wietrze namiotem, jeszcze chwila i jestem gotowy.

Wskakujemy do naszego terenowca i ruszamy w droge. Droga lawiruje wzdluz masywu Askii, dalej plaska jak stól powierzchnia niby to pustyni usypanej z czarnego popiolu. Kola zapadaja sie nieco, miela niczym w piasku, ale gladka powierzchnia pozwala rozpedzic wehikul do ponad 100 km/h. Wokól rózne odcienie czerni, siekajacy, niesiony silnym wiatrem deszcz uderza raz po raz po szybie. Przyjemnie byc w cieplym samochodzie, choc teraz trzesie gdyz wjechalismy na ledwie widoczna droge przebijajaca sie miedzy zlomowiskiem lawy i popiolów. W góre, w dól, zwirowiska, lasy szorstkoporowatych kawalków spalonej skaly, pólokragle tarcze lawy o kilkumetrowej powierzchni kazda, na których kola samochodu tancza, a glowa skacze niczym odwrócone wahadlo zegara; innym razem pola zwirowe z wielkimi glazami narzutowymi i ani jednej pojedynczej trawki, ani jednego kawalka mchu na kamieniu ? tu zycie nie istnieje. Po prawej wybijajaca sie z czarnej równiny popiolów zólta skala o ponad stu metrach wysokosci, sprawia wrazenie niedopasowanej do krajobrazu.

Przez cztery godziny jazdy mijamy dwa samochody, wreszcie troche wody bije zródlem spod skaly, tworzac jeziorko - pierwsza oznaka zycia, zielonkawy mech porastajacy brzegi. W nastepnym jeziorku para kaczek. Jeszcze trzydziesci kilometrów trzesionki po wertepach, samochód jedzie czasem wolniej niz idacy czlowiek i dojezdzamy do drogi przechodzacej przez wyspe z pólnocy na poludnie. Ciagle szutrowa, ale jedzie sie juz wygodniej. Czasem przeprawa w bród przez jakas rzeke, na wolnym biegu maszyna przejezdza w bród potoki. Czasem przy ladnej pogodzie maly strumien wzbiera, osiagajac rozmiary sporej rzeki. Wyplywajac z topniejacego lodowca, co mozna poznac po metnej wodzie, ma bardzo zmienne przeplywy.

Pierwsza osada cywilizacji, dwa budynki, kilka autobusów z napedem na cztery kola, niemiecki klub wielbicieli jazdy terenowej ? wszyscy w identycznych land rowerach w liczbie 6. Przystajemy na chwile w zielonej dolinie, nad nami olbrzymia sylwetka lodowca schodzacego po stromym zboczu licznymi jezykami.

Nasza podróz dobiega juz konca, jeszcze sto kilometrów dróg szutrowych, przechodzacych w asfalt, gdy mijamy potezny wulkan Hekla, podobny ksztaltem do Babiej Góry.

 

Rzeki napotykaja tu raz po raz wysokie progi wodne, na których buduje sie elektrownie. Sellfoss, stad pobierana jest goraca woda termalna do instalacji grzewczej w Reykjaviku. 80 % Islandczyków ma ogrzewanie termalne.

Hoekur zawozi mnie na sam kamping, zegnamy sie, obiecuje mu przyslac talie polskich kart do gry, (spelniam te obietnice wysylajac rosyjskie karty z Kamczatki po kilku miesiacach). Jest 18.30, od mojego wyjazdu minelo 50 godzin.

 

 

Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :)

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubWspółpracjuję z KiribatiClub, w marcu 2010 wyruszamy wraz z grupą do Peru i Boliwii, gdzie odwiedzimy m.in. kanion Colca, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski