Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje | bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Kuba 1999

Kuba 1999

 
Fragmenty listów napisanych na Kubie:

1.3.99

(…)Znajduję się obecnie w małym miasteczku San Andres w gminie La Palma w prowincji Pinar del Rio w zachodniej części Kuby. Dwa tygodnie temu zdecydowałem się wyjechać z Hiszpanii, znalazłem najtańszą ofertę lotu do Hawany i z powrotem za 102 tysiące peset i w ten sposób przemieściłem się z jednej wyspy na drugą. Po drodze zwiedziłem Madryt, ponieważ miałem jeden dzień przerwy pomiędzy przylotem z Palmy i lotem do Hawany. Madryt nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia, ale to chyba dlatego, że nie miałem żadnych informacji co warto zwiedzić. Zrobiłem sobie spacer po centrum. Noc spędziłem na lotnisku i następnego dnia po południu miałem swój lot. Do ostatniej chwili było dość nerwowo, ponieważ Hiszpanie uparli się, że potrzebuję wizę, aby jechać na Kubę, mimo że wcześniej konsulat kubański poinformował mnie, że nie. Musiałem więc zakupić wizę na piętnaście minut przed odlotem. Na szczęście jest to tylko formalność.
Na lotnisku w Hawanie przeszedłem rozmowę z oficerem politycznym, po czym zostałem wydany na pastwę ‘Jineteros’ czyli kombinatorów taksówkarzy, którzy oferowali mi przejazd do centrum Hawany. Miałem zamiar jechać autobusem, ale wszyscy których się pytałem utrzymywali, że autobus nie jeździ albo że jedzie za dwie godziny, ale jest tylko dla Kubańczyków. W końcu zdecydowałem się na taksówkę i najlepszą cenę jaką zdołałem wynegocjować było 12 USD za przejazd i 20 za nocleg (1 noc w ‘casa particular), czyli prywatne mieszkanie. Kubańczycy masowo wynajmują tu pokoje w swoich mieszkaniach na ogół nielegalnie. Tylko nieliczni mają pozwolenie na taką działalność. Jest tu cholernie drogo, jedynie jednak dla turystów. Dlatego teraz zmieniam status na studenta przebywającego na kursie ekonomicznym na Kubie. W ten sposób prawie wszystko jest tu za darmo. Kuba jest szokująco biedna. Na drogach samochody widuje się sporadycznie. Turyści jeżdżą autokarami za duże pieniądze albo wynajmują samochody za jeszcze większe. Ja ostatnio przemieszczam się za pomocą lokalnie używanych środków transportu, czyli ciężarówek tłumnie załadowanych kubańczykami, bądź też traktorów ciągnących przyczepy pełne ludzi. To co się tu dzieje trudno jest opisać, ten kraj jest do niczego niepodobny. Jest tu jednak bardzo bezpiecznie, więc jeśli liczyliście na to, że mnie ktoś tu zamorduje, to prawdopodobnie się zawiedziecie. Ludzie są tu tak biedni, że usługi i jedzenie są wyjątkowo tanie (jeśli wie się gdzie ich szukać). Wszystkie przedmioty natomiast są tu w cenie. Kubańczycy kolekcjonują tu wszystko co jest z zachodu, tak jak ja ongiś puszki po piwie. W tej wiosce gdzie mieszkam jestem chyba jedynym obcokrajowcem i jestem traktowany jak król. Czasem źle się przez to czuję gdy przesadzają z uprzejmością i usłużnością.

17.3.99

(…)Przyleciałem do Hawany, spędziłem tam noc w prywatnym mieszkaniu w którym wynająłem pokój, a następnego ranka wybrałem się na dworzec autobusowy, na którym na chybił trafił wybrałem miejscowość Vinales do której wyjechałem.

Spędziłem w niej trzy dni wynajmując pokój i robiąc piesze wycieczki po okolicy. Zwiedziłem groty po których pływa się łódką motorową, odwiedziłem miejscowych górali zwanych aquaticos, ponieważ leczą się wodą ze źródeł górskich. Po trzech dniach stwierdziłem, że nie mogę dłużej żyć jak turysta, wydając 20 dolarów dziennie, ponieważ zostało mi pięćset na trzymiesięczny pobyt. Wymyśliłem, że przejdę wyspę nocując po drodze u miejscowych, bardzo gościnnych chłopów. Pierwszego dnia zabrałem plecak i przeszedłem około 30 kilometrów przez góry do miejscowości San Andres. Na tym skończył się mój zamierzony marsz przez Kubę.


Spotkałem tu (w San Andres) kubańczyka Igora, który dał mi pokój w swoim domu za darmo, jemy u jego ciotki w sąsiedztwie, a on jest też zadowolony, bo posiadanie przyjaciół zza granicy daje tu wysoki status. Poza tym włóczymy się po dyskotekach i jeździmy zwiedzać sąsiednie miejscowości. W zeszłym tygodniu byliśmy na zawodach taekwondo, mój kolega Igor jest tu trenerem i nauczycielem wychowania fizycznego w szkole odpowiadającej naszemu ogólniakowi. Dzisiaj kupiłem prosiaka, waży ponad 30 kilo, oraz worek ryżu. Powinno to starczyć na miesiąc. Igor właśnie teraz zajmuje się mordowaniem prosiaka w gospodarstwie swojej ciotki, a mnie to nie pociąga, więc poszedłem pisać list. Mój lot powrotny mam już wykupiony na 16 maja i teraz muszę zacząć oszczędzać, żeby nie zostać tu bez pieniędzy. Na Kubie żyje się biednie, Fidel dał Kubańczykom biedy wszystkim po równo. Teraz jednak pozwolił na prowadzenie prywatnej działalności gospodarczej na niewielką skalę (sprzedaż pizzy, napoi itp.). Właśnie sprzedażą napoi i lodów zajmuje się ciotka Igora. Jest więc na miejscowe warunki bogata, całą rodzinę stać na ryż i od czasu do czasu mięso. Mój kolega, jako mgr wychowania fizycznego zarabia tu w przeliczeniu 9 dolarów miesięcznie i jeśli oszczędza to po dwóch miesiącach stać go na zakup butów albo spodni w sklepie dolarowym, odpowiedniku naszych Pewexów. W domu w którym mieszkam jest jedna żarówka, jest też zlew i kibel, ale wodę trzeba nosić wiadrem z beczki. W kiblu zamiast papieru toaletowego używam stron wyrwanych z książki traktującej o historii rewolucji kubańskiej. W dzień jest tu bardzo upalnie, a w nocy trochę zimno, ogólnie jednak pogoda jest znośna. Domy tu nie mają szyb, tylko drewniane żaluzje. W tym w którym mieszkam nie ma szczurów, ale to chyba dlatego że nie ma tu nic do jedzenia. Zamiast szczurów są tu małe salamandry biegające po ścianach i komary, bardzo dokuczliwe nocą. Niedługo skończy się spray komarobójczy kupiony jeszcze w Hiszpanii i wtedy dopiero komary dobiorą mi się do skóry. W mieścinie, a właściwie wsi, gdzie mieszkam jest uniwersytet rolniczy, ogólniak, technikum, gimnazjum i kilka podstawówek. Edukacja więc stoi na wysokim poziomie. Drugą silną stroną Kuby jest ochrona zdrowia, są tu szpitale, ośrodki zdrowia, a wszystko od dentysty, aż po transplantacje jest za darmo(trzeba tylko dać w łapę lekarzowi). W knajpach i dyskotekach można zwykle tanio kupić rum, a czasem przywiozą piwo. Wszystko jest jednak osiągalne na czarnym rynku. Samochód jest tu dobrem luksusowym. Niektórzy jednak posiadają stare Łady, Małe Fiaty, bądź olbrzymie amerykańskie Chevrolety z lat pięćdziesiątych.

 

Z mieszkalnictwem nie ma problemu, domów jest dużo, są też bloki pod którymi obowiązkowo stoją drewniane chlewiki i kurnik, a ulice są pełne wszelkiego rodzaju trzody i ptactwa.
Duża część ziemi pozostaje w rękach prywatnych, rolnicy jednak muszą sprzedawać swoją produkcję państwu. Hodują tu tytoń, kawę, jukę, ryż, trzcinę cukrową. Owoców nie brakuje, są tu prawie za darmo banany, pomarańcze, grejpfruty, mango oraz wiele innych, których dotąd nie znałem. W niemal wszystkich gospodarstwach prywatnych pracuje się przy pomocy wołów, a wiele domów krytych jest strzechą.

Ludzie są niesamowicie uprzejmi, ale i interesowni. Nie ma tu właściwie przestępczości (ostatnio podniesiono kary; za morderstwo wyrok śmierci). Kubańczycy się nie skarżą, trzeba uważać co się mówi, prawie wszyscy chcieliby jednak wyjechać, tyle że nie mogą. Wielu, jeśli nie duża większość, wydaje się autentycznie kochać Fidela, a winę za złą sytuację ekonomiczną zwalają na rozpad komunizmu w Europie i embargo handlowe narzucone na Kubę przez Stany Zjednoczone.
Społeczeństwo poddawane jest ciągłej propagandzie politycznej. Na skrzyżowaniach stoją tablice z hasłami typu: REWOLUCJA ALBO ŚMIERĆ, czy WALKA, OPÓR I ROZWÓJ.

(PANOWIE IMPERIALIŚCI, WCALE SIĘ WAS NIE BOIMY!)
Są tu dwa programy telewizji, a większość ludzi posiada stare, rosyjskie, czarno-białe telewizory, najczęściej marki Krym. Trzy razy w tygodniu puszczają tu telenowelę wyprodukowaną w Wenezueli. Przyciąga ona przed telewizory całe tłumy, właściwie wszystkich, pokazuje bowiem bogaty życie wyższych sfer w Wenezueli, wraz z rozlicznymi perypetiami miłosnymi itd.. Ostatnio wszyscy pasjonują się tu procesem Salwadorczyka Raula Ernesto Cruz Leone, terrorysty, autora serii zamachów na hotele, w których zginął jeden turysta włoski, a kilka osób zostało rannych. Telewizja codziennie nadaje relacje z procesu. Według władz kubańskich działał on na zlecenie Fundacji Amerykańsko-Kubańskiej, mającej na celu destabilizację sytuacji na Kubie. (…)

20.4. 99

(…)Mieszkam tu już ponad dwa miesiące i jestem nieco znudzony. Z początku dużo imprezowałem, jeździłem do innych miejscowości (tu zrobiłem pięciominutową przerwę na zjedzenie orzecha kokosowego). Podejrzewam, że nie macie zbyt dokładnej mapy, ale opiszę gdzie byłem. Często jeździłem do Palmy, jest to miasteczko, w którego gminie leży San Andres. Jeździłem tam w weekendy na dyskotekę. Sprzedają tam piwo lane i lubiłem tam jeździć. Mieszkałem tam zawsze w hotelu, hotel jest dla Kubańczyków tzn. obskurny, ale tani, kosztuje 7 pesos (20-23 pesos = 1 dolar). Jest tam również restauracja, w której obiad (ryż, mięso ze świni, fasola i juka) kosztuje 17 pesos. (Tu zrobiłem drugą przerwę, żeby zjeść drugiego kokosa). Jak więc napisałem często bywałem w Palmie. Poza Palmą jeździłem do Guirry.

Jest to mała miejscowość koło San Diego de los Banos, w której przed rewolucją miał swoją rezydencję Cortina, miejscowy milioner i właściciel plantacji na obszarze połowy prowincji. Wybudował on tam zamek otoczony parkami (bardzo ładnymi), którego ruiny dotąd można oglądać. W jednostce wojskowej w tej miejscowości można zakupić piwo butelkowe po 2 pesos za butelkę. Trzeba jednak mieć znajomości albo/i zapłacić gościowi za przysługę. Byłem tam dwa razy z Igorem (u którego mieszkam) oraz z chłopakiem, któremu zapłaciliśmy za przewóz. Ma on trójkołowy motor Ural, którym jeździ pracując dla poczty. Kupowaliśmy za każdym razem dwie skrzynki piwa i w drodze powrotnej nasz kierowca nie był bynajmniej trzeźwy.
Kubańczycy jeżdżą tu wszyscy po pijanemu, na szosach nie ma jednak prawie w ogóle ruchu. Są kraje, w których jeździ się prawą stroną drogi, inne, gdzie jeździ się lewą. Na Kubie jeździ się tą mniej dziurawą...
Byłem też na zawodach Teakwondo w Minas do Matahambre. Wszystko jest tam za darmo (spanie i jedzenie) i jest wesoło. Zawodnicy i zawodniczki Igora, 13-14 lat, dają mocno w kość.

W drodze powrotnej w autokarze wywiązała się istna bitwa na wodę. Wyszedłem z niej zwycięsko polewając wszystkich łącznie z trenerami, samemu pozostając… przemoczonym. (robię tu przerwę na drugą połówkę kokosa, którego rozpocząłem poprzednio). Oprócz miejsc już wspomnianych, dwa razy jeździłem na kempingi wraz z nastolatkami z miejscowego ogólniaka i technikum. Pierwszy kemping (oba nad morzem) nie był zbyt udany ze względu na komary, które gryzły tam okropnie. Plaża jest tam mulista tj. dno morza i woda mało przeźroczysta. Nazywa się Pajaritos. Bardziej udany okazał się wyjazd na drugi kemping, San Pedro. Mieszkałem tam w daczy na kempingu wojskowym, wyposażonej w klimatyzację, telewizor kolorowy, kuchnię i łazienkę z bieżącą wodą. Miejscowa plaża jest lepszej jakości, a dzięki klimatyzacji w daczy nie ma komarów. Dwa tygodnie temu byłem też w San Cristobal u rodziny Igora. Cała jego miejscowa rodzina pracuje w tamtejszym szpitalu, gdzie po znajomości leczyłem zęby. Na razie dentysta wstawił mi lekarstwo i w tym tygodniu jadę znowu, aby zakończyć leczenie, tj. zaplombować najgorszą dziurę. Rodzina w San Cristobal jest bardzo gościnna i bardziej cywilizowana. Żyją w lepszych warunkach, jedzą lepiej, a kuzyn Igora mówi po angielsku i świetnie orientuje się w muzyce europejskiej i amerykańskiej. Z innych miejscowości odwiedziłem też Entronque do Herradura, ostatnio zaś, bo w zeszłym tygodniu byłem w Pinar del Rio, stolicy prowincji o tej samej nazwie, gdzie wybrałem się zrealizować czeki podróżne, które zabrałem z Hiszpanii.(…)
Został mi tu prawie miesiąc (wracam 16 maja), wcześnie pracowałem przy trzcinie cukrowej, ale ze względów politycznych, ostatnio mi nie pozwalają. Szef brygady usłyszał gdzieś bowiem, że pewien obcokrajowiec ścinający trzcinę okazał się być amerykańskim szpiegiem.
Nie wiem jakie sekrety wyciągał z trzciny cukrowej, ale w każdym razie trzciny już nie ścinam. W zamian za to przez dwa dni malowałem wraz z Igorem jego mieszkanie. Używa się tu farby sproszkowanej, którą miesza się z wodą, a pędzle wykonane są z liści pewnego gatunku palmy. Pędzle te kaleczą w dłonie, a wapń z farby wypala je boleśnie. Obecnie leczę dłonie zanim zabierzemy się do ścian wewnętrznych budynku. Osobnym problemem jest ciągły brak wody spowodowany suszą, czy może awarią zbiornika (nie wiem dokładnie). Wodę przywożą raz na 2-3 dni ciągnikiem, ale nasza beczka jest mała i niejednokrotnie brakuje wody do kibla i kąpieli. (prysznic bierze się tu za pomocą wiadra wody i plastikowego kubka, do którego nabiera się wodę z wiadra i polewa się ciało). W związku z redukcją moich wydatków wędruję po bliższej i dalszej okolicy z moimi kolegami; kuzynem Igora Yiraqui i Paulinem (obaj mają 13 lat). Chodzimy łowić ryby w stawie, obżerać się owocami mango, chirimoya, guayaba, pomarańczami itp. itd.. Kąpiemy się też w rzece w miejscu, gdzie jest spiętrzona. Rzeka jednak jest mulista i śmierdzi bydłem i trzodą chlewną.(…)

 
 
 
 

 

Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :)

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubWspółpracjuję z KiribatiClub, w marcu 2010 wyruszamy wraz z grupą do Peru i Boliwii, gdzie odwiedzimy m.in. kanion Colca, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski