Olimp (2917m)
W lutym 2009 udałem się wraz z Alberto Encinasem z wizytą do Zeusa. W ciężkich warunkach zimowych wychodziliśmy na Olimp od strony północnej. Wędrówkę rozpoczęliśmy z nad miejscowości Patra. Minęliśmy osadę i wyjechaliśmy szutrową drogą na wysokość ok. 900 m.n.p.m.
Marsz rozpoczęliśmy w deszczu, ze względu na brak wody potrzebowaliśmy dotrzeć powyżej granicy śniegu. Obóz założyliśmy na wysokości 1800 m.n.p.m. pomiędzy dwiema turaniami skalnymi. Nasz namiot, sprzęt i śpiwory zostały przemoczone przez nieoczekiwany deszcz, wieczorem zapadła więc decyzja o powrocie. Rankiem obudziło nas słońce, toteż zweryfikowaliśmy plany i wyruszyliśmy na rekonesans. Podchodziliśmy stronym grzbietem i zaczęliśmy trawersować stromy żleb w jego górnej części, jednak ze względu na brak zapasów, pogorszenie pogody i bardzo głęboki śnieg musieliśmy zawrócić na wysokości ok. 2600 m. Wracając zauważyliśmy, że na ścieżkę, którą przeszliśmy spadło drzewo, stało się to pomiędzy przejściem w górę i w dół, owo suche drzewo urwało się z dosyć wysokiej skały i spadło wraz z kilkoma sporymi głazami.
Następnego dnia zdecydowałem się na samotny atak, ponieważ Alberto miał uszkodzony paznokieć. Szybko pokonałem drogę z dnia poprzedniego i wyszedłem na Płaskowyż Muz. Dwa schroniska stały tam puste, bez życia, czy jakiegokolwiek śladu ludzkiej obecności. Zdobyłem jeden z pobliskich szczytów i dopiero z jego wierzchołka dojrzałem skalistą kulminację Olimpu - szczyt Miticas. NIestety odległość była spora, a do tego robiło się późno. Pomimo to postanowiłem spróbować i poprzez głęboki śnieg rozpocząłem trawers skalnego masywu Miticas. Po bliko godzinie marszu dotarłem do żlebu i zacząłem podchodzić w górę, drogę zagrodziły mi jednak pionowe skały, było coraz później, zrobiło się mglisto, GPS wskazywał, że szczyt już blisko. Spróbowałem kolejnego żlebu i ten wyprowadził mnie na szczyt, nie był to jednak główny wierzchołek Miticas, ale poboczny niższy o 10 metrów, od najwyższego szczytu Olimpu dzieliło mnie ok 50 metrów dystansu i głęboka przepaść.Tym razem musiałem jednak zadowolić się tym połowicznym sukcesem, by zdążyć do namiotu przed nocą. Alberto pomimo kontuzji wyruszył już z wyprawą ratunkową, spotkałem go schodząc około pół godziny od obozu.
Ostatnio dowiedziałem się o istnieniu tworu zwanego "Koroną Bałkanów", nie jestem zwolennikiem tworzenia takich serii, tym niemniej prawdopodobnie jestem bliski zaliczenia owej korony w sezonie zimowym. Być może wybiorę się za rok na Korab.