Zwycięska porażka
![]() |
Wygląda, że nadaję się na reprezentanta Polski, raczej jednak w piłce nożnej niż w biegach na orientację.
Zdecydowałem się wystartować w biegu na orientację DyMnO 2010. Przygotowania robię cały czas pod różne inne zawody, toteż nie robiłem nic szczególnego, aby wystartować w biegu na 50 km.
Przyjechaliśmy rano ok. godziny 6, wraz z Alessandro, który debiutował w tego typu imprezie i zapisał się na dystans dla początkujących 10 km. Ja sam niezbyt doświadczony w bieganiu na orientację, miałem za sobą dopiero dwa starty w imprezach nocnych na 60 i 30 km.
Zarejestrowałem się bez problemu, nie było kolejki, przebrałem się i zrobiłem mały rekonesans zwiedzając kładkę w Nieporęcie.
Start punktualnie o 8.00. Przebiegam szosę na czerwonym świetle, za co z peletonu słyszę wniosek o dyskwalifikację – prorocze słowa. Na początek biegnę obok zwycięzcy z poprzedniego roku, Jurka Parzewskiego, wojskowego mistrza Polski w biegach na orientację. Jak przystało na mistrza, nawiguje znakomicie, nie zwalnia nawet czytając mapę, biega na azymut po lesie i odnajduje punkty praktycznie z biegu. Korzystając ze świetnego lidera, znajduję 2 pierwsze punkty, natomiast kiedy lider znika mi na moment z pola widzenia, podejmuje decyzje, że czas na bieganie samodzielne a nie za zającem, ponieważ w ten sposób nigdy nie nauczyłbym się dobrze nawigować.
Skutkiem trzymania się prowadzącego, nie zapoznałem się dokładnie z mapą i od razu popełniam błąd, który kosztuje mnie ok. 10 minut.
Za chwile jednak poprawiam się i zaraz jestem już z powrotem w grze.
Punkty 3 i 4 znajduję bez żadnej pomocy, potem następne na ogół również, choć oczywiście inni biegacze czasem sugerują swoją obecnością lokalizację punktów. Przy szukaniu punktu 9 umieszczonego wewnątrz bunkru nie zauważam opisu na mapie, ale ludzie wchodzący do niego ułatwiają mi zadanie. Przy zmianie mapy, nowa skala powoduje u mnie pewną konfuzję. Mylę dystanse i znów dokładam drogi myśląc, że jestem w Borkach, a będąc w Siwku.
Potem poruszam się już dosyć szybko i nawet całkiem optymalnie wybierając skróty, dzięki czemu odbijam kolejne punkty sam bądź w towarzystwie mniejszych grupek biegaczy.
Wszystko szło świetnie do punktu 11. Znajduję go szybko, dziurkuję kartę i ruszam dalej do 12.
Biegnę na południe lekko odbijając na wschód, kierunek wydaje mi się niezły, coraz wyraźniej słyszę ruch na zbliżającej się drodze, za drogą jeszcze iglasty lasek, strzelnica i jest grób z punktem 12.
Tu niespodzianka, nie mam ze sobą karty startowej, węzełek na sznurku musiał się rozwiązać, nieopatrznie zawiązałem zwykły węzeł płaski. Wracam się kawałek, ale nie znajduje karty. Szukanie karty na długim odcinku trasy, gdzie biegłem na azymut przez dosyć gęsty las pełen jałowców wydaje mi się mało sensowne. Dzwonię do organizatora, ale ten niewiele może mi poradzić. Zdaję sobie sprawę, że bez karty nie będę raczej klasyfikowany, ale decyduję się biec dalej i kasuję następne punkty na numerze startowym.
Początkowo z podłamaną psychą przyłączam się do małej grupki, dzięki której odnajduję kolejny punkt, wkrótce biorę się w garść i wracam do biegu, w końcu ważne jest dla mnie, że mogę przebiec trasę, odnajdywać punkty, a nawet ścigać się z najlepszymi. W punkcie 15 moczę buty w bagnie, nie pierwszy już raz, ani nie ostatni. Potem jeszcze jeden punkcik i przybiegam na przepak na całkiem niezłym 4 miejscu i w czasie 4h36m. Biorę nową kartę startową do zaznaczania następnego etapu – tzw. scorelaufu. Na nowym etapie liczącym oficjalnie 16 km łączymy siły z chłopakiem, który przybył na przepak tuż przede mną. W początkowej fazie czuję się słabo, mam wrażenie, że mój mózg nie funkcjonuje. Trzymam się mojego towarzysza, który wyznacza schemat odnajdowania poszczególnych punktów i nadaje tempo. Zaczynamy od części północnej, szybko odnajdujemy punkt I, potem jednak skracając drogę przez las mylimy drogi i tracimy ok. 20 minut szukając punktu B. Moje samopoczucie się poprawia, coraz bardziej angażuję się w nawigację i odnajdowanie kolejnych punktów, praca zespołowa też ma swoje plusy, dwie osoby łatwiej odnajdują punkty niż jedna. Mój kolega czuje się jednak coraz bardziej znużony, nie ma już co pić, częstuję go moim sokiem malinowym, ale sam mam już resztkę, więc niewiele mu mogę pomóc. Ostatecznie po odnalezieniu wspólnie 9 punktów zostawiam kolegę na odpoczynek przy punkcie O i wyruszam w dalszą drogę sam. Następne punkty znajduję zaskakująco łatwo, biegnie mi się też całkiem dobrze, nogi są oczywiście już ciężkie i obolałe, natomiast wydolnościowo czuję się świetnie, w końcówce staram się nie przyśpieszać, by nie zamęczyć przesadnie nóg. Ostatecznie przybiegam na metę po 7h31m. Jak na krótki 16km etap, scorelauf zajął mi więc dosyć dużo czasu.
Na mecie oddaję mój numer startowy na którym są odbite punkty 12-16, oraz drugą kartę startową, którą uzyskałem na przepaku. Wreszcie można się napić, pragnienie mocno mi dokuczało.
Spotykam Alessandro, któremu debiut przytarł mocno nosa, 10 km scorelaufu zajęło mu ponad 3h.
Jedziemy samochodem szukać mojej zaginionej karty startowej między punktem 11 i 12. Trudno znaleźć trasę azymutową, wracam więc do punktu 11 i staram się odtworzyć z pamięci i kompasu moją trasę biegu. Już jakieś 200 metrów od punktu, pod szczytem stromego wału zauważam coś białego, po podejściu bliżej rozpoznaję kartę. Przywożę ją na metę, sędziowie jednak uznają, że poszukiwania karty odbyły się poza czasem biegu, toteż nie można mi tych punktów zaliczyć.
Z decyzją sędziów trudno dyskutować. Tak czy owak jestem bardzo zadowolony z biegu, odnalazłem w końcu wszystkie punkty i przybiegłem na metę na trzeciej pozycji i pierwszy w swojej kategorii wiekowej. Biorąc pod uwagę silną obstawę biegu, mogę się czuć zwycięskim przegranym. Nawiasem mówiąc zeszłoroczny zwycięzca Jurek Parzewski również popełnił błąd, który kosztował go zwycięstwo. Lider nie doczytał opisu mapy i nie wiedział, że punkt 9 znajduje się we wnętrzu bunkra. Sytuację wykorzystał Wojtek Wanat z Byledobiec Anin i zgarnął puchar za zwycięstwo. Przybiegł pół godziny po Parzewskim, ale tamten za nieodnaleziony punkt otrzymał godzinę kary.
Mnie zgubiona karta kosztowała 11 dodatkowych godzin przesuwając mnie o 'dobrych kilka' pozycji w dół.
