Harpagan (40) 2010
![]() |
|
Harpagan to zawody dla ludzi, którzy chcą sprawdzić limit swoich możliwości. Używając kompasu i mapy, należy znaleźć w terenie kilkanaście punktów, a dystans trasy pieszej wynosi co najmniej 100 km.
Na Harpagana pojechałem, by jakoś zakończyć sezon biegowy. Rok 2010 nie przyniósł mi wielu sukcesów w zawodach, pomimo ciężkiej pracy na treningach. Główny nacisk położyłem na przygotowania do Elbrus Race, ale na najwyższy szczyt Europy pobiegłem co najwyżej przeciętnie, uzyskując 9 miejsce w kategorii extreme z czasem 5h 27m. Cykl przygotowań prowadzonych przez 3 miesiące na wysokościach przyniósł jednak niezły skutek. Po powrocie z gór bieganie po płaskim przychodziło mi z dużą łatwością. Nie miałem może nadwyżek szybkości, ale wytrzymałościowo czułem się w życiowej formie. Przed samym Harpaganem przebiegłem w dwa tygodnie trochę ponad 200 km.
Do Kościerzyny pojechałem pociągiem w towarzystwie Mateusza, który planował przejście trasy szybkim marszem. Po przesiadce w Bydgoszczy do pociągu dosiedli się kolejni pretendenci do miana Harpagana, z dworca do szkoły szła spora grupa, można było sprawdzić się w nieznanym terenie i bez mapy. Dzięki poradom miejscowych spod monopolu, całej ekipie udało się dotrzeć do szkoły nr 6, czyli bazy rajdu. Wieczorem krótkie przemowy wstępne i START.
Ruszam z rynku, niestety utykam w gęstym tłumie idących, bądź truchtających. Po krótkiej przepychance, zaczynam biec, by dogonić czołówkę. Tempo narzucam dosyć szybkie, bo ledwie kończy się miasto i już jestem razem z prowadzącą grupką. Okazuje się, że to miejscowe chłopaki, dla których trasa do PK1 nie przedstawia żadnego problemu. Wpadamy tam jako pierwsi, jest kilka stanowisk z perforatorami, więc szybko przechodzimy przez check-in, potem znów z grupką w stronę PK2. Tu już czołówka dzieli się na zwolenników różnych opcji, ja wybieram dłuższy wariant, ale po asfalcie.
Po drodze daje mi się we znaki cieknący bukłak, niestety rozszczelnił się plastik obok wlewu i za chwilę połowę zawartości miałem na tylnej części ciała. Lepki tyłek miałem już do końca zawodów, na szczęście nigdzie nie siadałem, bo pewnie bym się przykleił.
Drogi polnej, która ma skracać dystans do PK2 nie możemy znaleźć, w końcu ruszamy na przełaj przez pola i lasy. Zaliczamy jeszcze krzaki nad brzegiem jeziora i jest PK2, ogólnie biegnę prawie ciągle w grupie, rzadko tylko zerkam na mapę, a kompasu nawet nie wyciągam z kieszeni. Wybiegamy w stronę PK3 i tu błąd popełnia jeden z liderów, ja biegnę za nim, ale azymut się nie zgadza i korygujemy lecąc przez las, potem pole i niespodzianka, bagienko, nie głębokie, ale buty przemoczone. Cóż... to zawsze następuje, szkoda tylko, że tym razem tak wcześnie. Teraz wybieramy zgodnie wariant asfaltowy, znów dłuższy, ale za to pewny. Przy samym PK3 zagwózdka, gdzie ten punkt? Przebiegam przez wysoki wał i jest, ognisko i odbijam kolejny punkt. Teraz sam już na skróty lecę na zachód, by zbiec do drogi, niespodzianie drogę zagradza mi 4-metrowy płot z drutu kolczastego. Forsuję go dołem między drutami, na szczęście mam odpowiednią do tego posturę, a płot nie jest pod napięciem, jak w prawdziwym obozie koncentracyjnym. Dalej już w dół po lesie, polu i jest droga, z przodu majaczy mi jakiś zawodnik, po 2 km doganiam go - to lider wyścigu zwany Kiełbasą. Potem doganiają nas jeszcze Maciek Więcek i Andrzej Buchajewicz.
Od PK4 do PK8 w szkole prowadzą Maciek i Michał Kiełbasiński. Cała czwórka biegnie blisko siebie, na PK7 nie spotykamy sędziów, ani perforatora. Dzwonimy do organizatorów, okazuje się, że sędziowie nie znaleźli jeszcze punktu, jesteśmy za wcześnie. Podajemy przez telefon nasze numery i biegniemy teraz do szkoły na przepak. Wbiegam do budynku na trzecim miejscu ok. 100 metrów za liderami. Tu jednak mam długi przepak, muszę dolać izotonika do bukłaka. To zajmuje mi trochę za dużo czasu, potem batony, żele i lecę dalej. Znów przechodzę koszmar cieknącego na tyłek napoju, do tego po przepaku zrobiło mi się zimno. Wypijam jeszcze zapas napoju, który zabrałem ze sobą w plastikowej butelce.
Wobec faktu, że straciłem kontakt wzrokowy z czołówką, przepak był zbyt długi i mi uciekli, pozostało mi nawigować dalej samemu. Zdając sobie sprawę ze swojej słabości w kwestii nawigacji, wybieram jak mi się wydaje łatwiejszy wariant asfaltem z atakiem na PK9 od południa. Niestety nie trafiam na prawidłową ścieżkę leśną, co skutkuje zgubieniem się i stratą już 20 minut do poprzedników, a 40 do lidera na PK9. Biegnę jednak dalej, choć niezbyt szybko, po drodze mijam całe tłumy ludzi z trasy pieszej, którzy zdążają z PK6 do PK7. Gdy docieram do PK10 tracę już do poprzedników 24 minuty. Być może biegną szybciej ode mnie, ale prawdopodobnie tracę trochę czasu na zerkanie na mapę, w tym celu przechodzę zwykle do marszu. Liderzy potrafią czytać mapę nie zwalniając tempa. Ja do takiej wprawy jeszcze nie doszedłem, mogę tu winić trochę swoją wadę wzroku, przez nadwzroczność słabo widzę z bliska, nawet szkła niewiele pomagają, a czytanie mapy 1:50 000 to już dla mnie wyzwanie.
Po przejściu PK10 idzie mi nawet nieźle, ale do czasu. Skręt, który miałem wykonać przy jakiejś zielonej szkole wykonuję za wcześnie i zostaję sam przez siebie wywiedziony w pole. Uparcie próbuję korygować przejściem na azymut, pole przechodzi jednak w bagnistą łąkę, zakończoną szerokim kanałem. Nagle tuż koło mnie coś dużego rzuca się z pluskiem do wody. Serce podskakuje mi do gardła, oświetlam latarką drugi brzeg kanału, ciemny kształt spasionego przed zimą bobra patrzy na mnie małymi oczkami, aby skryć się w wodzie musi podbiec w moją stronę, waha się przez moment, po czym na krótkich nóżkach podbiega i plusk, skacze. Wracam szukać jakiegoś przejścia wzdłuż kanału płosząc kolejne bobry, które skaczą jeden za drugim do kanału, nie wiem, czy był wśród nich budowniczy trasy, ale na pewno ktoś z rodziny. Rodzinka ta wybudowała swoją drogą niezłe bagienko, o czym wkrótce przekonuję się, próbując przebrnąć na azymut przez młodniki i grząskie łąki, buty wysuszone już nieco po kąpieli przy PK2 znów nabierają sporo wody, na szczęście nie jest na tyle głęboko, bym nabrał wody w usta.
Przy szukaniu PK11 plątam się fatalnie, nie mogę ustalić swojej pozycji na mapie, mylę drogi i tracę sam nie wiem jak długi czas, by w końcu dotrzeć na punkt. Moja strata rośnie, jestem nawet przekonany, że straciłem jedną pozycję, tak wnioskuję z rozmowy z chłopakami na PK11. Nie mogę jednak ręczyć za jasność swojego umysłu ok. 5 rano, toteż do końca nie wiem co mi tam powiedziano, w każdym razie okazało się, że nadal byłem czwarty. Do PK12, najdalszego punktu na mapie, biegnę już sobie spokojnie, nie gubię się, choć wariant przeze mnie wybrany nie był raczej najkrótszy. Wracając z PK12 mam teraz długi przelot do PK13, po drodze spotykam samotnego biegacza, goni mnie, ma jeszcze 10, może 15 minut straty. Równo na PK13 dochodzi mnie. To Michał Jędroszkowiak, jeden z najlepszych biegaczy na orientację w Polsce. Nie znając osobiście biegaczy z grupy, z którą dobiegłem do połowy dystansu, sądziłem, że jeden z nich to właśnie Michał. Byłem więc mocno zdziwiony, gdy dowiedziałem się, że taki mistrz był cały czas za mną. Okazało, się że Michał miał jednak poważny wypadek samochodowy, który uniemożliwił mu treningi w środku sezonu.
Dalej biegniemy razem, liczymy jeszcze, że uda się dogonić kogoś z czołówki, jednak różnica na PK14 i PK15 nie wydaje się niwelować. Michał prowadzi, więc zdaję się na jego doświadczenie. Po PK15 wybiegamy jednak z lasu nie do końca planowaną drogą, przed nami rzeczka, do mostku daleko, Michał skręca w prawo, kieruje się do mostu. Ja decyduję się na rzekę. Trochę za szeroko, by ją przeskoczyć, ale nie wygląda na głęboką, wskakuję w pełnym rynsztunku, woda chłodna, do pół uda, tyłek mam lepki od izotoników, ale pozostaje suchy, buty i legginsy mokre, jednak to żadne novum. Skrót okazuje się bardzo udany, za chwilę jestem na drodze i teraz prosto na rynek, na metę. Zastanawiam, się czy czekać na Michała, który pomagał mi w nawigacji na ostatnich punktach i czułem, że uciekanie mu będzie trochę nie fair. Spojrzałem na zegarek, miałem jeszcze szansę na dobiegnięcie w czasie poniżej 12h. Ten argument przeważył i popędziłem ile sił (czytaj poczłapałem w mokrych butach) do mety. Na rynku zameldowałem się o 8:56, czyli przebiegnięcie Harpagana zajęło mi 11h56m.
Jak mówią znawcy, Harpagan w tym roku był łatwy, prawie połowa uczestników dotarła do mety w limicie 24h. Złożyło się na to kilka czynników: łatwa trasa, dobra przebieżność terenu i sprzyjająca pogoda.
Moje czwarte miejsce to dla mnie duże osiągnięcie, nie dałbym na pewno rady zrobić takiego czasu bez korzystania z pomocy lepszych nawigatorów. Tu będę potrzebował jeszcze dużo popracować, a zwłaszcza z mapami 1:50 000. Wyglądało jednak, że nie odstawałem formą biegową od czołówki, wyjątkiem był może Maciek Więcek, bezkonkurencyjny zwycięzca Harpagana, Pucharu Polski i Mistrzostw Polski w tym roku.
