Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Włóczykij 2010

Mój debiut w biegach na orientacje

 

Włóczykij 2010

Pierwszy start w biegu na orientację, od razu nocny i do tego na dystansie 60 km.

Na początek wybiegam z budynku startowego, uderza mnie adrenalina, szybko ustalam kierunek i lecę w stronę punktu 1. Dobiegam na skrzyżowanie ulic i sugeruję się ludźmi kręcącymi się na pobliskiej ulicy. To inni uczestnicy rajdu. Skręcam nad strumień, który wydaje mi się prowadzić do punktu. Docieram nad kanał którego już nie dam rady przeskoczyć. Nie wiem właściwie jak ten punkt ma wyglądać, panikuję, wydaje mi się, że zużyłem już za dużo czasu. Wracam do drogi. Trudno, rezygnuję z szukania jedynki. Moje rozumienie regulaminu było przez cały rajd błędne, myślałem, że klasyfikuje się zawodników na podstawie czasu i doliczonych punktów karnych za nie znalezione punkty. Potem dowiedziałem się, że podstawą do klasyfikacji było znalezienie wszystkich punktów.

Po przebiegnięciu lini kolejowej spotykam dwóch chłopaków, którzy tłumaczą mi gdzie była jedynka, liczę czas i stwierdzam, że warto zawrócić. Wracam i na jedynce spotykam zeszłorocznego zwycięzcę z Piotrkiem Szaciłowskim, którzy to startowali 30 minut po mnie. Mam już pozamiatane, nie odrobię raczej takiej straty. Zaliczam punkt, chociaż nożyczki ktoś wcześniej sprzątnął, pewnie dzieciaki, które szły akurat z punktu kiedy tam biegłem. Następne punkty zaliczam już szybko, w zanjdowaniu ich pomagaję mi ludzie, którzy idą przede mną. Sporo czasu tracę na szukaniu punktu 5, który ukryty był za ogrodzeniem przy małej kapliczce. Do następnego punktu zostawiam za sobą prawie wszystkich przeciwników, przede mną jest tylko Andrzej Mikulski, który akurat opuszczał ostatni punkt przed przepakiem, kiedy tam dobiegałem. Tego feralnego punktu znów nie mogę znaleźć. Tu znów napatoczyli się Grzesiek i Piotrek, późniejsi zwycięzcy, dzięki nim odnajduję punkt i przed przepakiem wyprzedam ich jeszcze o 4 minuty, to i tak za mało żeby odrobić 30 minutową stratę. Na przepaku nalewam herbatę do 10 kubków plastikowych, by wychłodzić sobie herbatę przed przelaniem do bukłaka. Gdy Grzesiek Łuczko przychodzi na półmetek chwyta za jeden z moich kubków, odruchowo protestuję, potem robi mi się głupio, że odmówiłem mu napoju, proponuje mu herbatę, ale odmawia. Zaraz potem razem z Piotrkiem lecą dalej, spędzili na półmetku jedną minutę, mimo że mogli siedzieć godzinę bez doliczania czasu do wyniku końcowego. Chwilę po nich półmetek opuszcza Andrzej. Ja przelewam herbatę i kilka minut później też wyruszam. Jest zimno, ciemno i pusto. Biegnę miarowo, po chwili wyprzedzam Andrzeja, proponuje mu nawet połączenie sił, by gonić uciekinierów, ale grzecznie odmawia. Okazuje się, że ma rację, bo wkrótce zgubię się na dobre.

Na przejściu przez długie śnieżne, pofalowane pola widzę po raz ostatni błysk latarki liderów są jakieś 400 metrów przede mną. Za chwilę dochodzę do miejsca, gdzie powinien być punkt, ale nie mogę go znaleźć. Jestem coraz bardziej załamany. Mapa 1:50 000 nie jest na moje lewe dalekowzroczne oko, (drugiego nie licze bo prawie całkiem ślepe). Na domiar złego nie mam lupy, ani solidnego kompasu, ten który mam w zegarku okazuje się mało precyzyjny. Dzięki Andrzejowi który co rusz mnie znów dogania, gdy bezradnie poszukuje punktów, odnajduję kolejny punkt. Znów ruszam szybciej, ale tym razem popełniam kardynalny błąd. Wybieram trochę dłuższy, ale teoretycznie bardziej przebieźny wariant, ale skręcam w drogę idącą w podobnym kierunku jak ta prawidłowa. Kiedy droga się kończy i nic nie pasuje popełniam kolejny błąd, zamiast upewnić się gdzie jestem wybieram drogę na chybił trafił myśląc życzeniow 'a może jestem tu'. Oczywiście gubię się już kompletnie i tracę godzinę tułając się po lesie i idąc na azymut młodnikami. W końcu znajduję się jakoś, blisko kolejnego punktu spotykam organizatorów w samochodzi terenowym, nie mogą mi pomóc oficjalnie w poszukiwaniu punktu, ale sugerują, że jest tuż. W końcu znajduje punkt przy grobowcach i ruszam biegiem do następnego, tam również błędnie mierzę dystans i tracę pół godziny na szukaniu punktu za wcześnie, w końcu dochodzi do mnie kolejny zawodnik i pomaga mi znaleźć. Następnego punktu szukam znów ponad 15 minut. Kręce sie w pobliżu starego PGR, mylę na mapie kanał ze starą linią kolejową, gdy w końcu znajduję punkt dochodzi mnie znów ten sam zawodnik. Mam już dosyć, jestem zmęczony, zrezygnowany, mam kompletnie złamaną psychę. Biegam najwyraźniej najlepiej ze wszystkich startujących, ale brak doświadczenia i kiepskie przygotowanie sprzętowe zrobiły swoje. Rezygnuję z szukania ostatnich 3 punktów i biegnę drogą prosto do Gryfina. Na mecie spotykam Grześka i Piotrka. Ten pierwszy robi wrażenie nie do końca usatysfakcjonowanego, dostali tylko jedną mapę i nawigatorem był Piotrek. Mimo, że zrobili rekordowy czas i wygrali to Grzesiek ma prawo czuć się nie w pełni zrealizowany.

Moje nogi są tak obolałe, że z trudem się poruszam. Dojście do zaparkowanego 500 metrów dalej samochodu zajmuje mi ok. 15 minut. Rano ruszam w drogę - 500 km do domu, a następnego dnia do Peru.

Włóczykij nauczył mnie pokory i przypomniał starą dobrą zasadę - Jak nie ma się w głowie, ma się w nogach.

SZKIC TRASY POKONANEJ PRZEZE MNIE NA 'WŁÓCZYKIJU 2010'

 

Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :)

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubW marcu 2010 wyruszyliśmy z grupą 10 osób z KiribatiClub do Peru i Boliwii, gdzie odwiedziliśmy kanion Colca,, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Był też zjazd na rowerach z wysokich Andów do dżungi i spływ na pontonach spienioną rzeką Urubamba. Część osób wybrała się też na szczyt Chacaltaya i na treking Lares. Ludzie byli super, dziękuję za udział i do zobaczenia znowu. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski