strona glowna

cz. I (kwiecien)
cz. II (maj)



Ameryka Poludniowa cz.III (czerwiec)

 

 


1.6.05 Caracas - Cumana

Przyjezdzam do Cumana wieczorem, jest tu bardzo cieplo, miasto jest niewielkie, wiec moge sobie pozwolic na spanie na dworcu. Spi sie jednak niezbyt komfortowo, bo kreci sie tu sporo osob. Z pobliskiej dziury kanalizacyjnej wybiegaja co rusz duze robale i z zaskakujaca predkoscia poruszaja sie ziemi. Robale wydaja sie nie wychodzic jednak na lawki, wiec czuje sie stosunkowo bezpieczny. Na sasiednich betonowych lawach spi kilka osob, niektorzy wygladaja na bezdomnych, inni to raczej podrozni.

2.6.05 Cumana - Guayana

Rano zostawiam plecak na dworcu i ide na spacer po wybrzezu. Cumana lezy nad zatoka tworzona przez Morze Karaibskie. Plaza jest tu kamienista, tu i owdzie linie brzegowa tworza duze glazy. Na morzem zbudowano kilka restauracji, o tej porze zamknietych.
Siadam na nieduzym molo i ogladam pelikany. Ptaszyska te wystepuja tu w duzej liczbie. Siedza na pobliskich slupach, lub na palach w wodzie. Co rusz ktorys zrywa sie do lotu. Zatacza szerokie kola, po czym nagle sklada polowicznie skrzydla i jak olbrzymi kamien uderza o powierzchnie morza. Przygladam sie tym ptakom jakis czas, a nastepnie udaje sie wzdluz wybrzeza w poszukiwaniu przyjemniejszej plazy. Po drodze spotykam grupke mlodych ludzi, wszyscy sa czarni i sprzedaja przy drodze swiezo zlowione ryby.
Pytam ich o lepsza plaze. Odradzaja mi kierunek w ktorym ide, twierdzac, ze nie ma tam plazy, a poza tym jest niebezpiecznie i na pewno mnie tam okradna. Komentarze o kradziezach i bezpieczenstwie slyszalem juz okolo 100 razy. Zwykle wybieram wlasnie ten odradzany kierunek, ale tym razem rezygnuje i wracam ta sama droga.
Ide na internet i z powrotem na sjeste na mojej lawce dworcowej. Znow ogladam robale wychodzace ze studzienki i dochodze do wniosku, ze jednak wspinaja sie na lawki i do tego lubia oblazic ludzi, o czym przekonuje sie patrzac na drzemiacego na sasiedniej lawce mulata. Po poludniu zwiedzam miasto, jest tu muzeum upamietniajace bitwe pod Ayacucho w 1824 roku, przelomowa bitwe o niepodleglosc kolonii hiszpanskich.

3.6.05 Guyana - Santa Elena

Ruszam znow autostopem i wychodzi mi calkiem dobrze. Przez caly dzien lapie trzy stopy. Pierwsi sa to ludzie zyjacy z miejscowych kopalni zlota. Okolica jest bardzo zlotonosna i sciaga tu wielu poszukiwaczy zadnych szybkiego wzbogacenia sie. Sa tez duze przedsiebiorstwa dysponujace maszynami do pozyskiwania tego kruszcu ze zlotonosnych piaskow. Moj drugi kierowca tez zyje ze zlota. Jest on Kolumbijczykiem i razem z ojcem prowadzi mala firme handlowa. W zamian za kolumbijaska zywnosc wywoza z Wenezueli zloto i diamenty.
Zatrzumuje sie w wiosce poszukiwaczy zlota, ktora zwa tu 88, ze wzgledu na jej lokacje na 88-mym kilometrze drogi. Tak jak w calej Wenezueli widac tu sporo starych amerykanskich limuzyn. Sa to glownie fordy i chewrolety. Cielaste, z pokrzywiona blacha, majace moz eponad 30 lat, az dziw, ze ciagle jezdza. Na pewno pala straszne ilosci paliwa, al etym nikt sie tu nie przejmuje, gdy litr benzyny kosztuje 15 groszy.


Z 88 wyruszam dalej, tym razem jade na pace malej polciezarowki. Kierowca jest kanadyjski pastor ewangielicki. Wraca ze spotkania duchownych w Ciudad Bolivar. Razem z nim podrozuje jego brazylijska zona. Pastor mieszka i pracuje od 10 lat w brazylijskim miescie Boa Vista.

4.6.05 Santa Elena

Santa Elena to male miasteczko, ma moze 3000 mieszkancow. Znajduje sie tuz przy granicy z Brazylia. W okolicy sporo kopalni zlota. Duzo jest tez wspolnot indianskich. Za miasteczkiem zaczyna sie park narodowy Canaima. Park ten obejmuje region Gran Sabana. Obszar ten w przeciwniestwie do sasiedniej Amazonii nie jest porosniety dzungla. Lasy porastaja tu tylko doliny rzek i niektore zbocza gorskie. Poza tymi niewielkimi polaciami lasu i gajow palmowych, rosna tu tylko niskie krzaki i trawa. Teren jest pagorkowaty, wzniesiony ponad 1000 m nad poziomem morza. W dali widac gory o plaskich jak stoly szczytach. Nieopodal w miejscu gdzie lacza sie trzy kraje: Gujana, Wenezuela i Brazylia znajduje sie najwyzsza w okolicy gora: Roraima.
Wybieram sie na mala wycieczke po sasiednich gorach. Po drodze mijam kilometrowe kolejki samochodow czekajacych na tankowanie. Jedna kolejka sklada sie z samochodow wenezuelskich, z drugiej strony czekaja Brazylijczycy, ktorzy tlumnie przybywaja tu po benzyne z za granicy.
Udaje sie do miejsca gdzie znajduje sie tzw. Grota Tygrysa. Na calym kontynencie ludzie zwa blednie jaguary tygrysami, choc jak wiadomo te zamieszkuja tylko Azje.
Po drodze spotykam malego, starszego indianina z maczeta, kapeluszem i plecakiem zrobionym z palikow i wilkiny. Mezczyzna pracuje dla misjonarzy hiszpankich i opiekuje sie krowami.


Razem udajemy sie na wysokie wzgorze, z ktorego roztacza sie widok na Gran Sabana. Pogoda jest niestabilna i co chwile przechodza przelotne deszcze.
W tym miejscu Jose Ricardo (tak zwie sie moj towarzysz) umowil sie z dwiema kobietami. Te jednak nie przybywaja. Indianin wciaz wpatruje na horyzont, w koncu orzeka, ze kobiety nadchodza. Ja nie widze nic, az do momentu gdy moj towarzysz wskazuje mi maly obloczek dymu unoszacy sie na horyzoncie.
- To nasz telefon - smieje sie stary.
Teraz on z kolei zrywa sucha trawe i uklada ja w stosik. Wiatr jest jednak silny i wilgotna trawa nie chce sie zapalic. W koncu udaje sie i dym szybko rozwiewany przez wiatr unosi sie nad naszym wzgorzem. Takie znaki dymne sa tu w codziennym uzyciu.


W niecala godzine pojawiaja sie oczekiwane osoby. Jedna, podpierajaca sie kosturem, ma okolo 50 lat, druga to mloda dziewczyna majaca zaledwie 13 lat, obie niosa plecaki z wikliny, podobne do noszonego przez mojego indianina. Towarzysza im cztery wychudzone psy,

dzieciol i jeszcze jeden pisklak, prawdopodobnie wyrosnie z niego duza papuga.
Oczekujac na ta grupke nauczylem sie juz przywitania w lokalnym jezyku: brzmiacego mniej wiecej jak: guancuruyemano. Razem z Jose Ricardo wypilismy tez nieco bimbru, ktory przyniosl ze soba. Chcial mnie poczestowac pieczonym miesem, ale okazalo sie bardzo robaczywe. Indianin uznal, ze nie nadaje sie do spozycia, ale nie wyrzucil go, ani nie dal psom. Prawdopodobnie mieso mozna jedank zjesc po ponownym upieczeniu, albo moze nawet bez?
Zamiast miesa czestuje wszystkich moja czekolada.
Teraz ruszamy w droge powrotna w strone niedalekiej wioski. Stara indianka nie mowi po hiszpansku, latwo za to mozna dogadac sie z mloda dziewczyna. Obie przenosza sie do innej wioski. Trudno dociec zwiazkow rodzinnych w tej grupie, ale z tego co zrozumialem dziewczyna jako niemowle zostala oddana na wychowanie starszej kobiecie, a Jose Ricardo sponsoruje jej edukacje.



5.6.05 Santa Elena (Wenezuela) - Boa Vista (Brazylia)

Ruszam dalej probujac szczescia autostopem. Do granicy zabiera mnie aktywista religijny zwiazany z kosciolem ewangielickim. Dostaje od niego kartki z cytatami biblijnymi. Tego typu propagande spotykam na tym kontynencie prawie nieustannie. Batalia o dusze i portfele wyznawcow w Brazylii jest szczegolnie zacieta. Nawet w malych miasteczkach zarejstrowanych jest czesto po kilkadziesiat przeroznych kosciolow i wspolnot wyznaniowych.
Na granicy czekam na transport do oddalonej ponad o 200 km. Boa Visty. Przy mini dworcu autobusowym czai sie grupka cinkciarzy, zwanych tu cambistami. Kazdy trzyma w dloni gruby na piec centynetrow plik banknotow. Machaja tymi pieniedzmi przed oczami przejezdzajcych kierowcow oferujac swoje uslugi.
Ide do konikow wymienic ostatnie pieniadze, ktore mi zostaly. Jest to jednak suma zbyt mala, by zainteresowac tych biznesmenow. Na szczescie tutejsze lokale akceptuja walute wenezuelska, dzieki czemu wymnieniam ostatnie pieniadze na trzy ciastka. W okolicachtych bankomatow nie spotyka sie czesto, totez zdany jestem na laske losu i jazde autostopem.
Ruch jest tu marny, do tego upal staje sie nieznosny. Po poludniu spada deszcz. Takie tropikalne deszcze trwaja krotko i sa rzeczywiscie ulewne.
Czekajac na stopa ogladam mecz Brazylia-Paragwaj. Sa to eliminacje do Mistrzostw Swiata w Niemczech. Brazylia wygrywa z duza latwoscia.
Po calym dniu stania i zaczepiania kierowcow, udaje mi sie ostatecznie zalapac na polciezarowke. W kabinie jedzie trzech mlodych chlopakow, ja z tylu na otwartym powietrzu, siedzac na dwoch skrzynkach wypelnionych butelkami z piwem.
Wjezdzamy do Brazylii, droga wiedzie w dol, przez porosniete dzungla wzgorza. Lasy przy drodze zobaczyc mozna jednak tylko na terenach rezerwatow indianskich. Niebawem zjezdzajac nizej krajobraz zmienia sie. Dobrej jakosci asfaltowa droga przecina rownine, miejscami podmokla i bagnista, po obu stronach lasy sa powycinane, dopiero na odleglych wzgorzach dostrzec mozna ciemna zielen selwy.
Mkniemy droga prosto na poludnie. Zapada zmrok, a nad horyzontem pojawia sie Wielka Niedzwiedzica. Gwiazda Polarna pozostaje niewidoczna, zapadnieta tuz ponizej lini widzenia. Siedze oparty plecami o kabine, kontestujac gwiazdy i ciemniejece krajobrazy. Od czasu do czasu mijaja nas samochody. Ped wieczornego powietrza, wychladza cialo i musze zalozyc kurtke. Zaczyna kropic drobny deszcz, ale kabina chroni mnie dosc skutecznie.
Chlopcy w srodku popijaja piwo. Co chwile z okna na pobocze wylatuje pusta butelka. W Brazylii i sasiednich krajach malo kto respektuje srodowisko. Smieci wyrzuca sie z samochodow, przechodnie rzucaja smiecie na ulice i nikogo to nie dziwi. Znalezienie kosza na odpadki jest tu czesto na prawde trudnym zadaniem.
Po kazdych kilku butelkach wyrzuconych na pobocze nastepuje przystanek w widomym celu. Poznym wieczorem chlopcy zostawiaja mnie w Boa Vista.
Udaje sie na dworzec autobusowy. Po drodze mijam niewielu ludzi. Boa Vista jest dosc sporym miastem, ale wyglada dosyc bezpiecznie. Widze ludzi siedzacych w domach z otwartymi drzwiami. Przechodze obok budynku z ktorego dochodzi glosna, rytmiczna muzyka. Z przybytku tego wysypuje sie gromada mlodych ludzi. Nie jest to jednak dyskoteka, ale jeden z kosciolow baptystow.

6.6.05 Boa Vista - Rorainopolis

W nocy spie na miejscowym dworcu. W nocy daja we znaki komary, gryza zaciekle uprzykrzajac mi zycie. Na sasiedniej lawce spia dwaj murzyni. Sa to Gujanczycy i jada rowniez do Manaus. W Boa Vista czekaja juz piec dni na okazje. Cale dnie spedzaja na oczekiwaniu na transport. Siedza na stacji benzynowej przy wyjezdzie z miasta. Wydaja sie zastygli w tym oczekiwaniu, nie chodza nawet rozmawiac z kierowcami. Gujanczycy rozmawiaja ze soba po angielsku, nie jest to jednak jezyk podobny do king`s english. Nawet dla anglika jest to jezyk komletnie niezrozumialy.
Obaj murzyni maja okolo 30 lat i jada do Manaus, gdzie maja znajomych. Bardziej wygadany twierdzi ze ma kilkoro dzieci w roznych krajach i z roznymi kobietami, od Panamy po Manaus.
Na stacji benzynowej bardzo trudno o transport, wyruszam wiec pieszo probujac szczescia na drodze. Lapanie stopa jest tu jednak wyjatkowo trudne i na wieczor docieram tylko do Rorainopolis.
Zmeczony ta jazda i dwodniowym postem decyduje sie na przejazd autobusem do Manaus. W miasteczku nie ma bankomatu, co utrudnia sprawe. Dogaduje sie wiec z jadaca tym samym autobusem indianka. Kobieta pozycza mi 50 reali, ktore oddaje jej po przyjezdzie do miasta.
Czekajac na autobus na malym dworcu, ogladam spektakl odgrywany przez pijana mulatke. Nie jest ona pierwszej mlodosci, bez watpienia ma nieprzeparta potrzebe artystycznej ekspresji, spotegowana przez alkohol. Mulatka tanczy na deszczu wydajac glosne okrzyki. W krotce potem przechodzi do programu spiewanego. Trzeba przyznac, ze zna sporo piosenek i spiewa calkiem dobrze. Potem przysiada sie do mnie i zaczyna rozmowe przerywana co jakis czas piosenka, albo popisem tanecznym. Prawi mni tez komplemanety, mowiac ze mam piekne oczy. Jest to juz druga Brazylijka, ktora mi to mowi i zastanawiam sie czy jest to standardowy komplement prawiony turystom przez tutejsze dziewczyny, czy tez moze rzeczywiscie mam piekne oczy? Jak to zwykle bywa kobieta chce ode mnie pieniedzy, nie trafila tym razem na bogatego turyste, jestem bez grosza.

7.6.05 Manaus

Rano docieram do Manaus - serca Amazonii. Miasto jest nadsopdziewanie wielkie. Mieszka tu 2 miliony ludzi. Ogladam tu gmach slynnego Teatru Amazonskiego, wybudowanego w czasie boomu kauczukowego. Amazonia od polowy XIX wieku do 1910 roku byla najwiekszym swiatowym eksporterem naturalnej gumy. Produkcja ta stracila na znaczeniu gdy hegemonie na rynku przejeli Brytyjczycy. Wywiezli oni nasiona kauczukowca z Amazonii i stworzyli konkurencyjne plantacje w swych dalekowschodnich koloniach. Po II Wojnie Swiatowej kauczuk naturalny czesciowo zastapiono syntetycznym, kauczuk naturalny stanowi jedak nadal 40% swiatowej produkcji gumy.
W Manaus spotykam sie z mlodym ekonomista, ktory oprowadza mnie po miescie, udajemy sie tez nad rzeke. Jest ona teraz wezbrana i choc nie jest to najszersze miejsce to drugi brzeg znajduje sie naprawde daleko. Korzystam z okazji by poplywac w tej poteznej rzece. Ma ona tu okolo 30 metrow glebokosci, do Manaus docieraja olbrzymie tankowce o zanurzeniu przekraczajacym 10 metrow.

8-12.6.05 Manaus - Porto Velho

Ide do portu i dostaje sie na statek odplywajcy wieczorem do Porto Velho. Rejs ma zajac piec dni.


Statek moze przewiezc dwiescie osob, ale mimo ze plynie na nim tylko okolo setki i tak jest dosyc solidnie zapchany. Jest to sredniej wielkosci statek rzeczny, ma 38 metrow dlugosci i liczy sobie ponad 40 lat. Okret byl ostatnio remontowany dzieki czemu jego stan jest calkiem zadowalajacy.
Wyplywamy wieczorem i prawie natychmiast zatrzymuje nas policja. Okazuje sie ze statek nie spelnia norm bezpieczenstwa i brakuje kamizelek ratunkowych. Wracamy sie wiec do portu, gdzie mala lodka przywozi nam brakujacy sprzet. Potem kolejny przystanek przy jakims pomniejszym molo. Zaloga laduje na poklad worki z bialym proszkiem. Jest to nawoz, ktory zostawimy w jednej z miejscowosci nad rzeka Madeira.
Oprocz kilku osob spiacych w kabinach, pasazerowie rozlokowani sa na dwoch pokladach w hamakach. Kazdy zawiesza swoj hamak tam gdzie znajdzie miejsce. Moje niedoinformowanie skutkuje brakiem hamaka, w tej sytuacji pozostaje mi eksperymentownie przeroznych miejsc do spania. Sypiam na lawce na gornym pokladzie pod gwiezdzistym niebem, gdy pogoda jest niepewna, przenosze sie na zadaszony dolny poklad, gdzie rowniez znalezc mozna wygodna lawke. Probuje tez spania bezposrednio na pokladzie, na ktorym rozkladam karimate.
Plyniemy najpierw Rio Negro o ciemnej wodzie, ktora nastepnie laczy sie ze znacznie jasniejszymi, mulistymi wodami Amazonki. Dalej skrecamy na poludnie w boczny doplyw: rzeke Madeire. Plyniemy w gore rzeki, woda jest jasna ale nie przejrzysta.


Rejs przebiega leniwie, pomiedzy kolejnymi posilkami serwowanymi przez kuchnie pokladowa. Wieczorami odbywaja sie imprezy, w czasie ktorych bryluje Otair, wiecznie mlody piecdziesieciolatek animuje impreze, jest muzyka, sa tance, cachasa i piwo leje sie do plastikowych kubkow do gardla.
Stopniowo pasazerowie zapoznaja sie ze soba wzajemnie. Jedni bardziej angazuja sie towarzysko inni trzymaja sie na uboczu lub formuja mniejsze grupki.

Oprocz mnie na statku jest jeszcze dwoje obcokrajowcow. Tak jak ja podrozuja samotnie i rejs statkiem traktuja jako przygode. Francuzka Melani wybiera sie do Boliwii, Marcus z Austrii podrozuje po Ameryce Lacinskiej juz od roku i teraz kieruje sie do Buenos Aires, skad poleci do domu.


Rzeka Madeira stanowi w tej okolicy jedyny szlak komunikacyjny. Jej brzegi sa czesciowo zaludnione. W miejscach gdzie brzeg jest wysoki czesto widac male gospodarstwa, domki sa drewniane, zbudowane na palach, dzieki czemu skuteczniej chronione sa przed wilgocia i robactwem. Co kilkadziesiat kilometrow spotyka sie tez nieduze miasteczka z malowniczymi kosciolami w stylu barokowym.


Ostatniego dnia rejsu statek znow zatrzymuja straznicy. Najpierw zabieraja jednego z pasazerow, z ktorym poprzedniej nocy pilismy. Policjanci zakuwaja go w kajdnaki i motorowka odwoza do przybrzeznego posterunku. Gosc ten, trzydziestoletni, szczuply i wysoki mulat wraca po jakims czasie, twierdzac ze policja zabrala go bez powodu.
Tymczasem pojawia sie nowy problem. Nasza lajba przewozi ryby, zlowione w czasie rejsu. Wyglada jednak, ze wlasciciele nie maja koncesji na polow, a do tego lowienie niektorych z tych gatunkow w ogole jest nielegalne.
W tej sytuacji zatrzymujemy sie na dluzej, by firma zaplacila kare i doszlo faksem potwierdzenie.
Jako szczury ladowe, wykorzystujemy te przerwe na zwiedzenie osady i jej jedynego baru, obok kosciola. Po drodze mija nas sznur mieszkancow wsi, ktorych uszczesliwila wizyta naszego statku. Zarekwirowane ryby rozdawane sa bowiem mieszkancom. Miejscowi paraduja z rybami, ktore dostali. Sa to duze sztuki przekraczajace na ogol 10 kg. wagi. Pytam o nazwy gatunkow, te jednak nic mi nie mowia, wszystkie maja indianskie pochodzenie.
W miasteczku nad Madeira mamy okazje ogladnac lekcje w plenerze. Tlumek dzieciakow siedzi dookola mlodej nauczycielki, ktora cos im z uporem tlumaczy. Dzieci wydaja sie jednak bardziej zainteresowane ty co dzieje sie wokol, a zwlaszcza przechodzacymi obok gringos, jak wszyscy zwa tu obcych.

13.6.05 Porto Velho - Cuiaba



W Porto Velho jestesmy nad ranem. Wraz z Otairem, Marcusem i Melanie udajemy sie na dworzec autobusowy. Tu zegnamy nasza francuska kolezanke, ktora jedzie dalej sama do Boliwii. Nad ranem w trojke wyruszamy do Cuiaby. Podroz autobusem z Porto Velho trwa 27 godzin. Po drodze pola, mniejsze miasteczka, czasem suche lasy i fazendy(duze gospodarstwa). Pora sucha wykorzystywana jest przez miejscowych do wypalania lasow i krzakow. Nasz autokar mija liczne miejsca palace sie i juz wypalone.

13.6.05 Cuiaba - Chapada

Z Cuiaby jedziemy do Chapada dos Guimaraes. Jest to miejscowosc polozna w centrum geodezyjnym Ameryki Poludniowej. Budowa geologiczna tego obszaru jest dosyc osobliwa. 10 km. na zachod od Chapady znajduje sie prog skalny ciagnacy sie z polnocy na poludnie. Skaly rzezbione tu od tysiacleci przez wiatr i wode, tworza przedziwne ksztalty i formy. Najwieksza atrakcja dla zwiedzajacego sa jednak wodospady. Nieduze rzeki i strumienie splywajace z plaskowyzu spadaja z wysokiego progu tworzac liczne kaskady.
Drugiego dnia pobytu zwiedzamy liczne wodospady, zazywajac rowniez kapieli. Kaskady sa rzeczywiscie malownicze, malo odwiedzane i nie skazone cywilizacja. Najwiekszy wodospad zwie sie Veu de Noiva (welon panny mlodej). Spory strumien spada tu z 86 metrow. Wodospad ten jest o tyle ciekawy ze woda spada zupelnie wolno, tzn. nie dotyka skaly. Schodzimy z miejsca widokowego do kanionu. Na gorze roslinnosc sawannowa, sucho i rzadko rosnace drzewa. Schodzac w dol sciezka wijaca pod sie pod wysoka skala zamykajaca doline, widzimy zmiane roslinnosci. Tu w doline rosnie prawdziwa dzungla. Po jakims czasie docieramy pod wodospad. W miejscu gdzie spada Veu da Noiva utworzylo sie nieduze jeziorko o sporej glebokosci. Woda jest zimna. Markus pierwszy wyplywa na akwen i dopiero gdy zbliza sie do miejsca gdzie wodospad uderza o powierzchnie wodu, dostrzec mozna wielkosc i potege tego zywiolu. Nie sposob zblizyc sie do miejsca gdzie spada woda. Prad powietrza i wody odpycha plywaka, a krople siekaja twarz. Najlepsza metoda na zblizenie sie do kolosa, jest styl grzbietowy. W ten sposob mozna podplynac stosunkowo blisko i widziec bialy slup wody spadajacej ze skalnego progu powyzej. Na skutek powiewow wiatru wodospad czasem zmienia kurs i wtedy lepiej nie znalezc sie w jego "epicentrum".
Oprocz plywania pod wodospadem odkrywamy, ze istnieje mozliwosc wspiecia sie na skarpe pod sciana skalna i znalezienie sie w ten sposob miedzy skala a wodospadem. Miejsce gdzie spada woda oddalone jest o ponad 10 metrow od sciany skalnej. Jest tu mokro od wodnego pylu, wirujace strugi powierza miotaja wode dokola. Krople smagaja mnie po twarzy, gdy czekam by Markus obszedl akwen i zrobil mi zdjecie za wodospadem.

15.6.05 Chapada - Cuiaba

W Cuiabie dokonujemy zakupow, ktore maja pozwolic nam na przetrwanie w dzikich ostepach Pantanalu. Kupujemy hamak, moskitiery, kadzidelka antykomarze, a takze pozywienie na droge.
Wybieramy sie do regionu znanego ze swojego bogactwa przyrodniczego. Pantanal zaczyna sie ok. 100 km. na poludnie od Cuiaby i pokrywa obszar porownywalny z powierzchnia Polski. Obszar ten jest zupelnie plaski, polozony nieco ponad 100 m. n.p.m., roznice wysokosci nie przekraczaja tu 3 metrow. Pantanal nie nadaje sie do uprawy ze wzgledu na to, ze okresowo jest prawie w calosci zalewany przez wode. Wykorzystuje sie go za to w sezonie suchym jako rejon wypasu bydla.

W zależności od wysokości terenu mozna tu znalezc dzungle, stepy, badz bagniska.
Poza znaczeniem gospodarczym obszar te jest jednym z najbardziej bogatych ekosystemow naszej planety. Zamieszkuja go liczne gatunki ptakow, gady, a takze m.in. mrowkojady, malpy i drapiezne koty.

16-18.06.05 Pantanal

Nasze zwiedzanie Pantanlu zaczynamy od wypozyczenia motocyklu w miejscowosci Pocone. Negocjujemy z miejscowa wypozyczalnia, ceny sa wysokie, w koncu pozyczamy motockl od spotkanego przygodnie chlopaka.

Ruszamy na poludnie droga zwana Transpantaneira. Nie ma tu asfaltu, do tego prawie nie ma zakretow. Droga ta zostala zbudowana dla bydla, ktore corocznie wprowadza sie tedy na sezon suchy i wyprowadza gdy zaczynaja sie deszcze. Droga ma 147 km. dlugości i przechodzi przez 126 drewnianych mostow.

Juz niebawem po obu stronach pojawiaja sie gesto zaptaczone stepy i bagniska. Ptaszyska wszelakiej masci, wielkosci i przeroznych zwyczajow dojrzec mozna po obu stronach trasy. Sa wiec ptaki brodzace na dlugich szczudlowatych nogach, na niebie i wirzcholkach drzew dostrzec mozna czujnie wypatrujace zdobyczy ptaki drapiezne. Przy drodze na drutach telefonicznych czaja sie nurki - male ptaki z duzym silnym dziobem, ktore potrafia rzucic sie z wysokosci na plywajace w dole zyjatka.
Poza ptakami natykamy sie na mnostwo kajmanow. Sa to gady nie przekraczajace na ogol dwoch metrow dlugosci. Trwaja w zastygle w bezruchu nad niewielkimi akwenami, uciekaja jednak nerwowo gdy sie do nich zblizyc.

Jazda motocylkem z duzym plecakiem jest meczaca, po jakims czasie docieramy do pierwszej posady. Jest to duzy budynek spelniajacy funkcje hotelu i punktu wypadowego na okolice.

Zatrzymujemy sie by nieco odpoczac, i wtedy okazuje sie ze zlapalismy gume.

Z trudem udaje nam sie zawiadomic wlasciciela motocyklu o naszym przypadku, tej nocy nie pozostaje nam jednak nic innego jak pozostanie na miejscu. W posadzie Araras przewodnicy, ktorzy dowiaduja sie o naszej peknietej detce, zabieraja nas na darmowe nocne safari. Polega to na jezdzeniu w nocy po lesie duza ciezarowka wyposazona w silny ruchomy reflektor. Operator nakierowuje wiazke swiatla na otaczajacy nas las i laki, odnajdujac od czasu do czasu jakies nocne zwierze. Udaje nam sie dojrzec sowy, lisy i blado blyszczace w kaluzach oczy kajmanow.

Wieczorem udajemy sie na nasze miejsce noclegu pod mala kepa drzew. Rozkladamy tu hamaki zapewnieni przez miejscowych o braku opadow o tej porze roku.

Noc mija spokojnie, nazajutrz znow wyruszamy na wedrowki po okolicy. Niedaleko od posady znajdujemy drewniane pomosty pod ktorymi klebia sie kajmany. Jest ich cale mnostwo i zastanawiamy sie nad ich zachowaniem w razie gdyby ktos spadl z pomostu.

Pomost ten idzie w glab lasu, dalej zbudowana jest dluga kladka. Tworza ja dwie polozone wzdluz trasy deski i drewniana porecz z jednej strony. Kladka polozona jest na wysokosci okolo metra nad ziemia, co umozliwia ludziom przejscie sucha stopa nawet w czasie pory deszczowej. Po dwudziestu minutach marszu mozna dotrzec do wysokiej wiezy zbudowanej z grubych pali. Wieza ta, wystaje ponad wysokosc lasu i zwana jest Wieza Malp, poniewaz jest ulubionym miejscem zabaw i noclegu dla miejscowych stad kapucynek.

Krecimy sie po dzungli i lakach liczac na spotkanie z drapieznym kuguarem, puma lub jaguarem, te jednak pokazuja sie niechetnie, preferujac nocne spacery ponad dzienna rewie dla turystow. Nie mamy tez szczescia by spotkac krecace sie tu ponoc czesto mrowkojady i pancerniki.

Wszedzie tylko ptaszyska, albo kajmany i cale "miasta" tworzone przez kopce termitow, zmyslne te zwierzatka poprzez konstrukcje wysokich budowli chronia sie przed powodziami w sezonie deszczowym.

W nocy postanawiam spac na Wiezy Malp. Przemykam sie tam wieczorem i rozwieszam moj hamak na najwyzszym pietrze wiezy. Malpy trzymaja sie jedak na pewnien dystans ode mnie ,nie do konca wiedzac czego moga sie spodziewac po nocnym intruzie. Wspinaja sie na wieze omijajac moje pietro po stalowych linach podtrzymujacych konstrukcje.

O godzinie 2 w nocy zaczyna padac ulewny deszcz. Przestaje wierzyc w pore sucha. Szybko przekonuje sie o "wodoodpornosci" mojego hamaka. Woda wplywa do srodka, zatrzymujac sie w okolicach najnizej polozonej, tylnej czesci ciala. W koncu, kiedy juz zdecydowanie za dobrze mi sie "powodzi" wstaje, wylewam wode z hamaka i zostawiam zmokle malpy samym sobie na ich wiezy, ktora jak widac intruzow nie znosi.

Gdy schodze z wiezy przypominam sobie, ze w latarce wyczerpala mi sie bateria. Wybieram na chybil-trafil kierunek i probuje dotrzec do miejsca gdzie zaczyna sie drewniany pomost, moja droga do cywilizacji. Pomost zaczyna sie zaledwie 10 metrow od wiezy. Wokol jest tak ciemno, ze nie widze wlasnej dloni. Otacza mnie dzungla. Robie kilka krokow, w kierunku domniemanej sciezki i pomostu, lecz natychmist wpadam na geste krzaki. Procedure te powtarzam wielokrotnie, zanim udaje mi sie trafic dlonia na drewniana porecz pomostu. Droge od wiezy do posady pokonuje w godzine, caly czas poszukujac dlonia poreczy, stopami waskiego pomostu, a uszami nasluchujac odglosow otaczajacej mnie puszczy. Tylko oczy nie przydaja sie tu zupelnie.

Na miejscu naszego starego obozowiska nie odnajduje Markusa, ktory schronil sie gdzies indziej. Czekam wiec do rana siedzac na drewnianej lawce. Tej nocy oblaza mnie jakies wredne robale, ktorych ukaszenia nie zagoja sie przez nastepny miesiac.

Rankiem odnajduje sie Markus i razem wyruszamy w droge powrotna do Pocone, tym razem piechota.

18-20.06.05 Pocone-Cuiaba-Sao Paulo

To juz ostatnie moje dni w Brazylii. W Pocone bierzemy jeszcze udzial w lokalnej fiescie, jest tloczno, sa koncerty i zabawy do poznej nocy. W Cuiaba kupuje kilka prezentow, potem autobus do Sao Paulo, w Campo Grande zegnam sie z Markusem, ktory udaje sie jeszcze do Buenos Aires przed swoim powrotem do Austrii po roku spedzonym w Ameryce Lacinskiej.

W Sao Paulo spedzam ostatni dzien i noc na polkuli poludniowej. Spaceruje po miescie, potem wsiadam w samolot. Pod nogami nie ma juz ziemi, wszystko staje sie przeszloscia, przestaje istniec.




strona glowna