|
1.6.05 Caracas - Cumana
Przyjezdzam do Cumana wieczorem, jest tu bardzo cieplo, miasto jest niewielkie,
wiec moge sobie pozwolic na spanie na dworcu. Spi sie jednak niezbyt komfortowo,
bo kreci sie tu sporo osob. Z pobliskiej dziury kanalizacyjnej wybiegaja
co rusz duze robale i z zaskakujaca predkoscia poruszaja sie ziemi. Robale
wydaja sie nie wychodzic jednak na lawki, wiec czuje sie stosunkowo bezpieczny.
Na sasiednich betonowych lawach spi kilka osob, niektorzy wygladaja na
bezdomnych, inni to raczej podrozni.
2.6.05 Cumana - Guayana
Rano zostawiam plecak na dworcu i ide na spacer po wybrzezu. Cumana lezy
nad zatoka tworzona przez Morze Karaibskie. Plaza jest tu kamienista,
tu i owdzie linie brzegowa tworza duze glazy. Na morzem zbudowano kilka
restauracji, o tej porze zamknietych.
Siadam na nieduzym molo i ogladam pelikany. Ptaszyska te wystepuja tu
w duzej liczbie. Siedza na pobliskich slupach, lub na palach w wodzie.
Co rusz ktorys zrywa sie do lotu. Zatacza szerokie kola, po czym nagle
sklada polowicznie skrzydla i jak olbrzymi kamien uderza o powierzchnie
morza. Przygladam sie tym ptakom jakis czas, a nastepnie udaje sie wzdluz
wybrzeza w poszukiwaniu przyjemniejszej plazy. Po drodze spotykam grupke
mlodych ludzi, wszyscy sa czarni i sprzedaja przy drodze swiezo zlowione
ryby.
Pytam ich o lepsza plaze. Odradzaja mi kierunek w ktorym ide, twierdzac,
ze nie ma tam plazy, a poza tym jest niebezpiecznie i na pewno mnie tam
okradna. Komentarze o kradziezach i bezpieczenstwie slyszalem juz okolo
100 razy. Zwykle wybieram wlasnie ten odradzany kierunek, ale tym razem
rezygnuje i wracam ta sama droga.
Ide na internet i z powrotem na sjeste na mojej lawce dworcowej. Znow
ogladam robale wychodzace ze studzienki i dochodze do wniosku, ze jednak
wspinaja sie na lawki i do tego lubia oblazic ludzi, o czym przekonuje
sie patrzac na drzemiacego na sasiedniej lawce mulata. Po poludniu zwiedzam
miasto, jest tu muzeum upamietniajace bitwe pod Ayacucho w 1824 roku,
przelomowa bitwe o niepodleglosc kolonii hiszpanskich.
3.6.05 Guyana - Santa Elena
Ruszam znow autostopem i wychodzi mi calkiem dobrze. Przez caly dzien
lapie trzy stopy. Pierwsi sa to ludzie zyjacy z miejscowych kopalni zlota.
Okolica jest bardzo zlotonosna i sciaga tu wielu poszukiwaczy zadnych
szybkiego wzbogacenia sie. Sa tez duze przedsiebiorstwa dysponujace maszynami
do pozyskiwania tego kruszcu ze zlotonosnych piaskow. Moj drugi kierowca
tez zyje ze zlota. Jest on Kolumbijczykiem i razem z ojcem prowadzi mala
firme handlowa. W zamian za kolumbijaska zywnosc wywoza z Wenezueli zloto
i diamenty.
Zatrzumuje sie w wiosce poszukiwaczy zlota, ktora zwa tu 88, ze wzgledu
na jej lokacje na 88-mym kilometrze drogi. Tak jak w calej Wenezueli widac
tu sporo starych amerykanskich limuzyn. Sa to glownie fordy i chewrolety.
Cielaste, z pokrzywiona blacha, majace moz eponad 30 lat, az dziw, ze
ciagle jezdza. Na pewno pala straszne ilosci paliwa, al etym nikt sie
tu nie przejmuje, gdy litr benzyny kosztuje 15 groszy.

Z 88 wyruszam dalej, tym razem jade na pace malej polciezarowki. Kierowca
jest kanadyjski pastor ewangielicki. Wraca ze spotkania duchownych w Ciudad
Bolivar. Razem z nim podrozuje jego brazylijska zona. Pastor mieszka i
pracuje od 10 lat w brazylijskim miescie Boa Vista.
4.6.05 Santa Elena
Santa Elena to male miasteczko, ma moze 3000 mieszkancow. Znajduje sie
tuz przy granicy z Brazylia. W okolicy sporo kopalni zlota. Duzo jest
tez wspolnot indianskich. Za miasteczkiem zaczyna sie park narodowy Canaima.
Park ten obejmuje region Gran Sabana. Obszar ten w przeciwniestwie do
sasiedniej Amazonii nie jest porosniety dzungla. Lasy porastaja tu tylko
doliny rzek i niektore zbocza gorskie. Poza tymi niewielkimi polaciami
lasu i gajow palmowych, rosna tu tylko niskie krzaki i trawa. Teren jest
pagorkowaty, wzniesiony ponad 1000 m nad poziomem morza. W dali widac
gory o plaskich jak stoly szczytach. Nieopodal w miejscu gdzie lacza sie
trzy kraje: Gujana, Wenezuela i Brazylia znajduje sie najwyzsza w okolicy
gora: Roraima.
Wybieram sie na mala wycieczke po sasiednich gorach. Po drodze mijam kilometrowe
kolejki samochodow czekajacych na tankowanie. Jedna kolejka sklada sie
z samochodow wenezuelskich, z drugiej strony czekaja Brazylijczycy, ktorzy
tlumnie przybywaja tu po benzyne z za granicy.
Udaje sie do miejsca gdzie znajduje sie tzw. Grota Tygrysa. Na calym kontynencie
ludzie zwa blednie jaguary tygrysami, choc jak wiadomo te zamieszkuja
tylko Azje.
Po drodze spotykam malego, starszego indianina z maczeta, kapeluszem i
plecakiem zrobionym z palikow i wilkiny. Mezczyzna pracuje dla misjonarzy
hiszpankich i opiekuje sie krowami.

Razem udajemy sie na wysokie wzgorze, z ktorego roztacza sie widok na
Gran Sabana. Pogoda jest niestabilna i co chwile przechodza przelotne
deszcze.
W tym miejscu Jose Ricardo (tak zwie sie moj towarzysz) umowil sie z dwiema
kobietami. Te jednak nie przybywaja. Indianin wciaz wpatruje na horyzont,
w koncu orzeka, ze kobiety nadchodza. Ja nie widze nic, az do momentu
gdy moj towarzysz wskazuje mi maly obloczek dymu unoszacy sie na horyzoncie.
- To nasz telefon - smieje sie stary.
Teraz on z kolei zrywa sucha trawe i uklada ja w stosik. Wiatr jest jednak
silny i wilgotna trawa nie chce sie zapalic. W koncu udaje sie i dym szybko
rozwiewany przez wiatr unosi sie nad naszym wzgorzem. Takie znaki dymne
sa tu w codziennym uzyciu.

W niecala godzine pojawiaja sie oczekiwane osoby. Jedna, podpierajaca
sie kosturem, ma okolo 50 lat, druga to mloda dziewczyna majaca zaledwie
13 lat, obie niosa plecaki z wikliny, podobne do noszonego przez mojego
indianina. Towarzysza im cztery wychudzone psy,
dzieciol i jeszcze jeden pisklak, prawdopodobnie wyrosnie z niego duza
papuga.
Oczekujac na ta grupke nauczylem sie juz przywitania w lokalnym jezyku:
brzmiacego mniej wiecej jak: guancuruyemano. Razem z Jose Ricardo wypilismy
tez nieco bimbru, ktory przyniosl ze soba. Chcial mnie poczestowac pieczonym
miesem, ale okazalo sie bardzo robaczywe. Indianin uznal, ze nie nadaje
sie do spozycia, ale nie wyrzucil go, ani nie dal psom. Prawdopodobnie
mieso mozna jedank zjesc po ponownym upieczeniu, albo moze nawet bez?
Zamiast miesa czestuje wszystkich moja czekolada.
Teraz ruszamy w droge powrotna w strone niedalekiej wioski. Stara indianka
nie mowi po hiszpansku, latwo za to mozna dogadac sie z mloda dziewczyna.
Obie przenosza sie do innej wioski. Trudno dociec zwiazkow rodzinnych
w tej grupie, ale z tego co zrozumialem dziewczyna jako niemowle zostala
oddana na wychowanie starszej kobiecie, a Jose Ricardo sponsoruje jej
edukacje.

5.6.05 Santa Elena (Wenezuela) - Boa Vista (Brazylia)
Ruszam dalej probujac szczescia autostopem. Do granicy zabiera mnie aktywista
religijny zwiazany z kosciolem ewangielickim. Dostaje od niego kartki
z cytatami biblijnymi. Tego typu propagande spotykam na tym kontynencie
prawie nieustannie. Batalia o dusze i portfele wyznawcow w Brazylii jest
szczegolnie zacieta. Nawet w malych miasteczkach zarejstrowanych jest
czesto po kilkadziesiat przeroznych kosciolow i wspolnot wyznaniowych.
Na granicy czekam na transport do oddalonej ponad o 200 km. Boa Visty.
Przy mini dworcu autobusowym czai sie grupka cinkciarzy, zwanych tu cambistami.
Kazdy trzyma w dloni gruby na piec centynetrow plik banknotow. Machaja
tymi pieniedzmi przed oczami przejezdzajcych kierowcow oferujac swoje
uslugi.
Ide do konikow wymienic ostatnie pieniadze, ktore mi zostaly. Jest to
jednak suma zbyt mala, by zainteresowac tych biznesmenow. Na szczescie
tutejsze lokale akceptuja walute wenezuelska, dzieki czemu wymnieniam
ostatnie pieniadze na trzy ciastka. W okolicachtych bankomatow nie spotyka
sie czesto, totez zdany jestem na laske losu i jazde autostopem.
Ruch jest tu marny, do tego upal staje sie nieznosny. Po poludniu spada
deszcz. Takie tropikalne deszcze trwaja krotko i sa rzeczywiscie ulewne.
Czekajac na stopa ogladam mecz Brazylia-Paragwaj. Sa to eliminacje do
Mistrzostw Swiata w Niemczech. Brazylia wygrywa z duza latwoscia.
Po calym dniu stania i zaczepiania kierowcow, udaje mi sie ostatecznie
zalapac na polciezarowke. W kabinie jedzie trzech mlodych chlopakow, ja
z tylu na otwartym powietrzu, siedzac na dwoch skrzynkach wypelnionych
butelkami z piwem.
Wjezdzamy do Brazylii, droga wiedzie w dol, przez porosniete dzungla wzgorza.
Lasy przy drodze zobaczyc mozna jednak tylko na terenach rezerwatow indianskich.
Niebawem zjezdzajac nizej krajobraz zmienia sie. Dobrej jakosci asfaltowa
droga przecina rownine, miejscami podmokla i bagnista, po obu stronach
lasy sa powycinane, dopiero na odleglych wzgorzach dostrzec mozna ciemna
zielen selwy.
Mkniemy droga prosto na poludnie. Zapada zmrok, a nad horyzontem pojawia
sie Wielka Niedzwiedzica. Gwiazda Polarna pozostaje niewidoczna, zapadnieta
tuz ponizej lini widzenia. Siedze oparty plecami o kabine, kontestujac
gwiazdy i ciemniejece krajobrazy. Od czasu do czasu mijaja nas samochody.
Ped wieczornego powietrza, wychladza cialo i musze zalozyc kurtke. Zaczyna
kropic drobny deszcz, ale kabina chroni mnie dosc skutecznie.
Chlopcy w srodku popijaja piwo. Co chwile z okna na pobocze wylatuje pusta
butelka. W Brazylii i sasiednich krajach malo kto respektuje srodowisko.
Smieci wyrzuca sie z samochodow, przechodnie rzucaja smiecie na ulice
i nikogo to nie dziwi. Znalezienie kosza na odpadki jest tu czesto na
prawde trudnym zadaniem.
Po kazdych kilku butelkach wyrzuconych na pobocze nastepuje przystanek
w widomym celu. Poznym wieczorem chlopcy zostawiaja mnie w Boa Vista.
Udaje sie na dworzec autobusowy. Po drodze mijam niewielu ludzi. Boa Vista
jest dosc sporym miastem, ale wyglada dosyc bezpiecznie. Widze ludzi siedzacych
w domach z otwartymi drzwiami. Przechodze obok budynku z ktorego dochodzi
glosna, rytmiczna muzyka. Z przybytku tego wysypuje sie gromada mlodych
ludzi. Nie jest to jednak dyskoteka, ale jeden z kosciolow baptystow.
6.6.05 Boa Vista - Rorainopolis
W nocy spie na miejscowym dworcu. W nocy daja we znaki komary, gryza zaciekle
uprzykrzajac mi zycie. Na sasiedniej lawce spia dwaj murzyni. Sa to Gujanczycy
i jada rowniez do Manaus. W Boa Vista czekaja juz piec dni na okazje.
Cale dnie spedzaja na oczekiwaniu na transport. Siedza na stacji benzynowej
przy wyjezdzie z miasta. Wydaja sie zastygli w tym oczekiwaniu, nie chodza
nawet rozmawiac z kierowcami. Gujanczycy rozmawiaja ze soba po angielsku,
nie jest to jednak jezyk podobny do king`s english. Nawet dla anglika
jest to jezyk komletnie niezrozumialy.
Obaj murzyni maja okolo 30 lat i jada do Manaus, gdzie maja znajomych.
Bardziej wygadany twierdzi ze ma kilkoro dzieci w roznych krajach i z
roznymi kobietami, od Panamy po Manaus.
Na stacji benzynowej bardzo trudno o transport, wyruszam wiec pieszo probujac
szczescia na drodze. Lapanie stopa jest tu jednak wyjatkowo trudne i na
wieczor docieram tylko do Rorainopolis.
Zmeczony ta jazda i dwodniowym postem decyduje sie na przejazd autobusem
do Manaus. W miasteczku nie ma bankomatu, co utrudnia sprawe. Dogaduje
sie wiec z jadaca tym samym autobusem indianka. Kobieta pozycza mi 50
reali, ktore oddaje jej po przyjezdzie do miasta.
Czekajac na autobus na malym dworcu, ogladam spektakl odgrywany przez
pijana mulatke. Nie jest ona pierwszej mlodosci, bez watpienia ma nieprzeparta
potrzebe artystycznej ekspresji, spotegowana przez alkohol. Mulatka tanczy
na deszczu wydajac glosne okrzyki. W krotce potem przechodzi do programu
spiewanego. Trzeba przyznac, ze zna sporo piosenek i spiewa calkiem dobrze.
Potem przysiada sie do mnie i zaczyna rozmowe przerywana co jakis czas
piosenka, albo popisem tanecznym. Prawi mni tez komplemanety, mowiac ze
mam piekne oczy. Jest to juz druga Brazylijka, ktora mi to mowi i zastanawiam
sie czy jest to standardowy komplement prawiony turystom przez tutejsze
dziewczyny, czy tez moze rzeczywiscie mam piekne oczy? Jak to zwykle bywa
kobieta chce ode mnie pieniedzy, nie trafila tym razem na bogatego turyste,
jestem bez grosza.
7.6.05 Manaus
Rano docieram do Manaus - serca Amazonii. Miasto jest nadsopdziewanie
wielkie. Mieszka tu 2 miliony ludzi. Ogladam tu gmach slynnego Teatru
Amazonskiego, wybudowanego w czasie boomu kauczukowego. Amazonia od polowy
XIX wieku do 1910 roku byla najwiekszym swiatowym eksporterem naturalnej
gumy. Produkcja ta stracila na znaczeniu gdy hegemonie na rynku przejeli
Brytyjczycy. Wywiezli oni nasiona kauczukowca z Amazonii i stworzyli konkurencyjne
plantacje w swych dalekowschodnich koloniach. Po II Wojnie Swiatowej kauczuk
naturalny czesciowo zastapiono syntetycznym, kauczuk naturalny stanowi
jedak nadal 40% swiatowej produkcji gumy.
W Manaus spotykam sie z mlodym ekonomista, ktory oprowadza mnie po miescie,
udajemy sie tez nad rzeke. Jest ona teraz wezbrana i choc nie jest to
najszersze miejsce to drugi brzeg znajduje sie naprawde daleko. Korzystam
z okazji by poplywac w tej poteznej rzece. Ma ona tu okolo 30 metrow glebokosci,
do Manaus docieraja olbrzymie tankowce o zanurzeniu przekraczajacym 10
metrow.
8-12.6.05 Manaus - Porto Velho
Ide do portu i dostaje sie na statek odplywajcy wieczorem do Porto Velho.
Rejs ma zajac piec dni.

Statek moze przewiezc dwiescie osob, ale mimo ze plynie na nim tylko okolo
setki i tak jest dosyc solidnie zapchany. Jest to sredniej wielkosci statek
rzeczny, ma 38 metrow dlugosci i liczy sobie ponad 40 lat. Okret byl ostatnio
remontowany dzieki czemu jego stan jest calkiem zadowalajacy.
Wyplywamy wieczorem i prawie natychmiast zatrzymuje nas policja. Okazuje
sie ze statek nie spelnia norm bezpieczenstwa i brakuje kamizelek ratunkowych.
Wracamy sie wiec do portu, gdzie mala lodka przywozi nam brakujacy sprzet.
Potem kolejny przystanek przy jakims pomniejszym molo. Zaloga laduje na
poklad worki z bialym proszkiem. Jest to nawoz, ktory zostawimy w jednej
z miejscowosci nad rzeka Madeira.
Oprocz kilku osob spiacych w kabinach, pasazerowie rozlokowani sa na dwoch
pokladach w hamakach. Kazdy zawiesza swoj hamak tam gdzie znajdzie miejsce.
Moje niedoinformowanie skutkuje brakiem hamaka, w tej sytuacji pozostaje
mi eksperymentownie przeroznych miejsc do spania. Sypiam na lawce na gornym
pokladzie pod gwiezdzistym niebem, gdy pogoda jest niepewna, przenosze
sie na zadaszony dolny poklad, gdzie rowniez znalezc mozna wygodna lawke.
Probuje tez spania bezposrednio na pokladzie, na ktorym rozkladam karimate.
Plyniemy najpierw Rio Negro o ciemnej wodzie, ktora nastepnie laczy sie
ze znacznie jasniejszymi, mulistymi wodami Amazonki. Dalej skrecamy na
poludnie w boczny doplyw: rzeke Madeire. Plyniemy w gore rzeki, woda jest
jasna ale nie przejrzysta.

Rejs przebiega leniwie, pomiedzy kolejnymi posilkami serwowanymi przez
kuchnie pokladowa. Wieczorami odbywaja sie imprezy, w czasie ktorych bryluje
Otair, wiecznie mlody piecdziesieciolatek animuje impreze, jest muzyka,
sa tance, cachasa i piwo leje sie do plastikowych kubkow do gardla.
Stopniowo pasazerowie zapoznaja sie ze soba wzajemnie. Jedni bardziej
angazuja sie towarzysko inni trzymaja sie na uboczu lub formuja mniejsze
grupki.
Oprocz mnie na statku jest jeszcze dwoje obcokrajowcow. Tak jak ja podrozuja
samotnie i rejs statkiem traktuja jako przygode. Francuzka Melani wybiera
sie do Boliwii, Marcus z Austrii podrozuje po Ameryce Lacinskiej juz od
roku i teraz kieruje sie do Buenos Aires, skad poleci do domu.

Rzeka Madeira stanowi w tej okolicy jedyny szlak komunikacyjny. Jej brzegi
sa czesciowo zaludnione. W miejscach gdzie brzeg jest wysoki czesto widac
male gospodarstwa, domki sa drewniane, zbudowane na palach, dzieki czemu
skuteczniej chronione sa przed wilgocia i robactwem. Co kilkadziesiat
kilometrow spotyka sie tez nieduze miasteczka z malowniczymi kosciolami
w stylu barokowym.

Ostatniego dnia rejsu statek znow zatrzymuja straznicy. Najpierw zabieraja
jednego z pasazerow, z ktorym poprzedniej nocy pilismy. Policjanci zakuwaja
go w kajdnaki i motorowka odwoza do przybrzeznego posterunku. Gosc ten,
trzydziestoletni, szczuply i wysoki mulat wraca po jakims czasie, twierdzac
ze policja zabrala go bez powodu.
Tymczasem pojawia sie nowy problem. Nasza lajba przewozi ryby, zlowione
w czasie rejsu. Wyglada jednak, ze wlasciciele nie maja koncesji na polow,
a do tego lowienie niektorych z tych gatunkow w ogole jest nielegalne.
W tej sytuacji zatrzymujemy sie na dluzej, by firma zaplacila kare i doszlo
faksem potwierdzenie.
Jako szczury ladowe, wykorzystujemy te przerwe na zwiedzenie osady i jej
jedynego baru, obok kosciola. Po drodze mija nas sznur mieszkancow wsi,
ktorych uszczesliwila wizyta naszego statku. Zarekwirowane ryby rozdawane
sa bowiem mieszkancom. Miejscowi paraduja z rybami, ktore dostali. Sa
to duze sztuki przekraczajace na ogol 10 kg. wagi. Pytam o nazwy gatunkow,
te jednak nic mi nie mowia, wszystkie maja indianskie pochodzenie.
W miasteczku nad Madeira mamy okazje ogladnac lekcje w plenerze. Tlumek
dzieciakow siedzi dookola mlodej nauczycielki, ktora cos im z uporem tlumaczy.
Dzieci wydaja sie jednak bardziej zainteresowane ty co dzieje sie wokol,
a zwlaszcza przechodzacymi obok gringos, jak wszyscy zwa tu obcych.
13.6.05 Porto Velho - Cuiaba
W Porto Velho jestesmy nad ranem. Wraz z Otairem, Marcusem i Melanie udajemy
sie na dworzec autobusowy. Tu zegnamy nasza francuska kolezanke, ktora
jedzie dalej sama do Boliwii. Nad ranem w trojke wyruszamy do Cuiaby.
Podroz autobusem z Porto Velho trwa 27 godzin. Po drodze pola, mniejsze
miasteczka, czasem suche lasy i fazendy(duze gospodarstwa). Pora sucha
wykorzystywana jest przez miejscowych do wypalania lasow i krzakow. Nasz
autokar mija liczne miejsca palace sie i juz wypalone.
13.6.05 Cuiaba - Chapada
Z Cuiaby jedziemy do Chapada dos Guimaraes. Jest to miejscowosc polozna
w centrum geodezyjnym Ameryki Poludniowej. Budowa geologiczna tego obszaru
jest dosyc osobliwa. 10 km. na zachod od Chapady znajduje sie prog skalny
ciagnacy sie z polnocy na poludnie. Skaly rzezbione tu od tysiacleci przez
wiatr i wode, tworza przedziwne ksztalty i formy. Najwieksza atrakcja
dla zwiedzajacego sa jednak wodospady. Nieduze rzeki i strumienie splywajace
z plaskowyzu spadaja z wysokiego progu tworzac liczne kaskady.
Drugiego dnia pobytu zwiedzamy liczne wodospady, zazywajac rowniez kapieli.
Kaskady sa rzeczywiscie malownicze, malo odwiedzane i nie skazone cywilizacja.
Najwiekszy wodospad zwie sie Veu de Noiva (welon panny mlodej). Spory
strumien spada tu z 86 metrow. Wodospad ten jest o tyle ciekawy ze woda
spada zupelnie wolno, tzn. nie dotyka skaly. Schodzimy z miejsca widokowego
do kanionu. Na gorze roslinnosc sawannowa, sucho i rzadko rosnace drzewa.
Schodzac w dol sciezka wijaca pod sie pod wysoka skala zamykajaca doline,
widzimy zmiane roslinnosci. Tu w doline rosnie prawdziwa dzungla. Po jakims
czasie docieramy pod wodospad. W miejscu gdzie spada Veu da Noiva utworzylo
sie nieduze jeziorko o sporej glebokosci. Woda jest zimna. Markus pierwszy
wyplywa na akwen i dopiero gdy zbliza sie do miejsca gdzie wodospad uderza
o powierzchnie wodu, dostrzec mozna wielkosc i potege tego zywiolu. Nie
sposob zblizyc sie do miejsca gdzie spada woda. Prad powietrza i wody
odpycha plywaka, a krople siekaja twarz. Najlepsza metoda na zblizenie
sie do kolosa, jest styl grzbietowy. W ten sposob mozna podplynac stosunkowo
blisko i widziec bialy slup wody spadajacej ze skalnego progu powyzej.
Na skutek powiewow wiatru wodospad czasem zmienia kurs i wtedy lepiej
nie znalezc sie w jego "epicentrum".
Oprocz plywania pod wodospadem odkrywamy, ze istnieje mozliwosc wspiecia
sie na skarpe pod sciana skalna i znalezienie sie w ten sposob miedzy
skala a wodospadem. Miejsce gdzie spada woda oddalone jest o ponad 10
metrow od sciany skalnej. Jest tu mokro od wodnego pylu, wirujace strugi
powierza miotaja wode dokola. Krople smagaja mnie po twarzy, gdy czekam
by Markus obszedl akwen i zrobil mi zdjecie za wodospadem.
15.6.05 Chapada - Cuiaba
W Cuiabie dokonujemy zakupow, ktore maja pozwolic nam na przetrwanie w
dzikich ostepach Pantanalu. Kupujemy hamak, moskitiery, kadzidelka antykomarze,
a takze pozywienie na droge.
Wybieramy sie do regionu znanego ze swojego bogactwa przyrodniczego. Pantanal
zaczyna sie ok. 100 km. na poludnie od Cuiaby i pokrywa obszar porownywalny
z powierzchnia Polski. Obszar ten jest zupelnie plaski, polozony nieco
ponad 100 m. n.p.m., roznice wysokosci nie przekraczaja tu 3 metrow. Pantanal
nie nadaje sie do uprawy ze wzgledu na to, ze okresowo jest prawie w calosci
zalewany przez wode. Wykorzystuje sie go za to w sezonie suchym jako rejon
wypasu bydla.
W zależności od wysokości terenu mozna tu znalezc dzungle, stepy, badz
bagniska.
Poza znaczeniem gospodarczym obszar te jest jednym z najbardziej bogatych
ekosystemow naszej planety. Zamieszkuja go liczne gatunki ptakow, gady,
a takze m.in. mrowkojady, malpy i drapiezne koty.
16-18.06.05 Pantanal
Nasze zwiedzanie Pantanlu zaczynamy od wypozyczenia motocyklu w miejscowosci
Pocone. Negocjujemy z miejscowa wypozyczalnia, ceny sa wysokie, w koncu
pozyczamy motockl od spotkanego przygodnie chlopaka.
Ruszamy na poludnie droga zwana Transpantaneira. Nie ma tu asfaltu, do
tego prawie nie ma zakretow. Droga ta zostala zbudowana dla bydla, ktore
corocznie wprowadza sie tedy na sezon suchy i wyprowadza gdy zaczynaja
sie deszcze. Droga ma 147 km. dlugości i przechodzi przez 126 drewnianych
mostow.
Juz niebawem po obu stronach pojawiaja sie gesto zaptaczone stepy i bagniska.
Ptaszyska wszelakiej masci, wielkosci i przeroznych zwyczajow dojrzec
mozna po obu stronach trasy. Sa wiec ptaki brodzace na dlugich szczudlowatych
nogach, na niebie i wirzcholkach drzew dostrzec mozna czujnie wypatrujace
zdobyczy ptaki drapiezne. Przy drodze na drutach telefonicznych czaja
sie nurki - male ptaki z duzym silnym dziobem, ktore potrafia rzucic sie
z wysokosci na plywajace w dole zyjatka.
Poza ptakami natykamy sie na mnostwo kajmanow. Sa to gady nie przekraczajace
na ogol dwoch metrow dlugosci. Trwaja w zastygle w bezruchu nad niewielkimi
akwenami, uciekaja jednak nerwowo gdy sie do nich zblizyc.
Jazda motocylkem z duzym plecakiem jest meczaca, po jakims czasie docieramy
do pierwszej posady. Jest to duzy budynek spelniajacy funkcje hotelu i
punktu wypadowego na okolice.
Zatrzymujemy sie by nieco odpoczac, i wtedy okazuje sie ze zlapalismy
gume.
Z trudem udaje nam sie zawiadomic wlasciciela motocyklu o naszym przypadku,
tej nocy nie pozostaje nam jednak nic innego jak pozostanie na miejscu.
W posadzie Araras przewodnicy, ktorzy dowiaduja sie o naszej peknietej
detce, zabieraja nas na darmowe nocne safari. Polega to na jezdzeniu w
nocy po lesie duza ciezarowka wyposazona w silny ruchomy reflektor. Operator
nakierowuje wiazke swiatla na otaczajacy nas las i laki, odnajdujac od
czasu do czasu jakies nocne zwierze. Udaje nam sie dojrzec sowy, lisy
i blado blyszczace w kaluzach oczy kajmanow.
Wieczorem udajemy sie na nasze miejsce noclegu pod mala kepa drzew. Rozkladamy
tu hamaki zapewnieni przez miejscowych o braku opadow o tej porze roku.
Noc mija spokojnie, nazajutrz znow wyruszamy na wedrowki po okolicy.
Niedaleko od posady znajdujemy drewniane pomosty pod ktorymi klebia sie
kajmany. Jest ich cale mnostwo i zastanawiamy sie nad ich zachowaniem
w razie gdyby ktos spadl z pomostu.
Pomost ten idzie w glab lasu, dalej zbudowana jest dluga kladka. Tworza
ja dwie polozone wzdluz trasy deski i drewniana porecz z jednej strony.
Kladka polozona jest na wysokosci okolo metra nad ziemia, co umozliwia
ludziom przejscie sucha stopa nawet w czasie pory deszczowej. Po dwudziestu
minutach marszu mozna dotrzec do wysokiej wiezy zbudowanej z grubych pali.
Wieza ta, wystaje ponad wysokosc lasu i zwana jest Wieza Malp, poniewaz
jest ulubionym miejscem zabaw i noclegu dla miejscowych stad kapucynek.
Krecimy sie po dzungli i lakach liczac na spotkanie z drapieznym kuguarem,
puma lub jaguarem, te jednak pokazuja sie niechetnie, preferujac nocne
spacery ponad dzienna rewie dla turystow. Nie mamy tez szczescia by spotkac
krecace sie tu ponoc czesto mrowkojady i pancerniki.
Wszedzie tylko ptaszyska, albo kajmany i cale "miasta" tworzone
przez kopce termitow, zmyslne te zwierzatka poprzez konstrukcje wysokich
budowli chronia sie przed powodziami w sezonie deszczowym.
W nocy postanawiam spac na Wiezy Malp. Przemykam sie tam wieczorem i
rozwieszam moj hamak na najwyzszym pietrze wiezy. Malpy trzymaja sie jedak
na pewnien dystans ode mnie ,nie do konca wiedzac czego moga sie spodziewac
po nocnym intruzie. Wspinaja sie na wieze omijajac moje pietro po stalowych
linach podtrzymujacych konstrukcje.
O godzinie 2 w nocy zaczyna padac ulewny deszcz. Przestaje wierzyc w
pore sucha. Szybko przekonuje sie o "wodoodpornosci" mojego
hamaka. Woda wplywa do srodka, zatrzymujac sie w okolicach najnizej polozonej,
tylnej czesci ciala. W koncu, kiedy juz zdecydowanie za dobrze mi sie
"powodzi" wstaje, wylewam wode z hamaka i zostawiam zmokle malpy
samym sobie na ich wiezy, ktora jak widac intruzow nie znosi.
Gdy schodze z wiezy przypominam sobie, ze w latarce wyczerpala mi sie
bateria. Wybieram na chybil-trafil kierunek i probuje dotrzec do miejsca
gdzie zaczyna sie drewniany pomost, moja droga do cywilizacji. Pomost
zaczyna sie zaledwie 10 metrow od wiezy. Wokol jest tak ciemno, ze nie
widze wlasnej dloni. Otacza mnie dzungla. Robie kilka krokow, w kierunku
domniemanej sciezki i pomostu, lecz natychmist wpadam na geste krzaki.
Procedure te powtarzam wielokrotnie, zanim udaje mi sie trafic dlonia
na drewniana porecz pomostu. Droge od wiezy do posady pokonuje w godzine,
caly czas poszukujac dlonia poreczy, stopami waskiego pomostu, a uszami
nasluchujac odglosow otaczajacej mnie puszczy. Tylko oczy nie przydaja
sie tu zupelnie.
Na miejscu naszego starego obozowiska nie odnajduje Markusa, ktory schronil
sie gdzies indziej. Czekam wiec do rana siedzac na drewnianej lawce. Tej
nocy oblaza mnie jakies wredne robale, ktorych ukaszenia nie zagoja sie
przez nastepny miesiac.
Rankiem odnajduje sie Markus i razem wyruszamy w droge powrotna do Pocone,
tym razem piechota.
18-20.06.05 Pocone-Cuiaba-Sao Paulo
To juz ostatnie moje dni w Brazylii. W Pocone bierzemy jeszcze udzial
w lokalnej fiescie, jest tloczno, sa koncerty i zabawy do poznej nocy.
W Cuiaba kupuje kilka prezentow, potem autobus do Sao Paulo, w Campo Grande
zegnam sie z Markusem, ktory udaje sie jeszcze do Buenos Aires przed swoim
powrotem do Austrii po roku spedzonym w Ameryce Lacinskiej.
W Sao Paulo spedzam ostatni dzien i noc na polkuli poludniowej. Spaceruje
po miescie, potem wsiadam w samolot. Pod nogami nie ma juz ziemi, wszystko
staje sie przeszloscia, przestaje istniec.
|