Majorka 1998-99

Jest jesień 1998. Moi autostopowi towarzysze Tomek i Dorota wracają do Polski. Zostaję na kampingu w Lloret del Mar niedaleko Barcelony. Spędzam tam kilka dni, po czym wsiadam na prom płynący na Majorkę. Spotykam tam swojego kolegę Alberto, poznanego rok wcześniej. Mieszka w Pollensie na północy Majorki. Razem zwiedzamy okolicę, chodzimy po górach i nurkujemy w morzu. Po dwóch tygodniach beztroskiego życia postanawiam zatrudnić się w cyrku. Decyduję się prawie natychmiast, gdy podczas spektaklu, który oglądam polski sprzedawca cukierków proponuje mi pracę.

W cyrku wykonuję szerreg prac pomocniczych. Należy do nich pilnowanie węży i krokodyli. Wykazują one tendencje do ślepych ucieczek, wówczas należy takiego gada spacyfikować, chwytając go za kark i pod pachą (nie dotyczy węży). W cyrku "Magic" spędzę w sumie prawie trzy miesiące.

Mieszkam w wozie wraz z dwoma anglikami. Davem i CJjem. Na zdjęciu domagamy się podwyżki płac (nieskutecznie).

CJ pokazuje, gdzie ma pracę. Tego typu "protestancka" etyka pracy cechuje nas w czasie wieczornych spektaklów, podczas których stan nasz bywa silnie wskazujący.

"Ringboys" na trubunie, którą niestety sami musimy montować.

W czasie okazyjnych imprez zdarzało się nam grilować ryj, z którego oko poszerzyło moje spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość.

Z czasem spektakle stają się monotonne, a praca nie jest dobrze płatna. Wraz z opuszczeniem przez cyrk wyspy, dochodzi do naszego z nim rozstania. Wraz z Davem i CJjem poszukujemy pracy w Palmie i na północy wyspy. Okazuje się to jednak zadaniem niełatwym. Przejściowo lądujemy nawet w domu dla bezdomnych, gdy kończą nam się fundusze.

Nasze życie zmienia się jednak raptownie, gdy znajdujemy pracę w firmie budowlanej. Zamieszkujemy w tanim hotelu w starym centrum Palmy. Wciąż można tam spotkać miejsca, które kłócą się z wizerunkiem stolicy Balearów. El Barrio Viejo pełne jest wszelakich szumowin, narkotyków, brudu i ruderowatych budynków.

Czas po pracy spędzamy zwykle w knajpkach wraz z nowymi znajomymi. Cacho (ze wzniesiona ręką), już w tydzień po wykonaniu tego zdjęcia, nie żyje. Ginie w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

Zima tego roku daje nam się we znaki, nie jest porównywalna do zimy krajów północy. Domy nie są jednak dostosowane, nasze okno ma dziury i nie ma ogrzewania.

Niebawem stać mnie już na bilet lotniczy do Hawany. Wsiadam w samolot i lecę.