Jan Lenczowski

Bienvenido a Mallorca

 

 

Co zrobić by wakacje były udane? Jechać tam gdzie ciepło, najlepiej nad morze, nie brać pieniędzy, bo z nimi same kłopoty, wystarczy nieco optymizmu.

Trzymając się tych zasad ruszamy z Aleksandro na przystanek autobusowy obok Makro i machamy przyjaźnie przejeżdżającym samochodom.

Dzięki wybitnie przemyślanemu systemowi dróg transferowych przez nasz ukochany Śląsk spędzamy noc na jakimś ściernisku pod Zabrzem.

Piątego dnia mijamy jednak już czarne kikuty wypalonych lasów katalońskich. Pożary w tym roku zbierają obfity plon.

Prom na naszą wyspę – Majorkę, z Barcelony kosztuje tyle samo, co samolot z Berlina, ale nie oto chodzi, by ot tak sobie przelecieć Europę.

Na początek lokujemy się w klasztorze, przekształconym na schronisko, znajdującym się na szczycie góry wewnątrz wyspy. Mamy stąd wspaniały widok na ląd i morze, oraz czas na pokutowanie za swe studenckie grzechy. Wkrótce jednak zmuszeni jesteśmy opuścić bramy klasztoru, ze względu na brak funduszy. Z tego samego powodu nie możemy opuścić jednak naszej wspaniałej wyspy, która oprócz swego rajskiego aspektu staje się dla nas wiezieniem. Przenosimy się w pobliskie zarośla w miejscowości Pollensa, gdzie w mieszkaniu kolegi trzymamy plecaki.

 

W dniu następnym wiedzeni złymi przeczuciami, przybywamy do miejsca naszego noclegu, które to (o zgrozo!) gaszone jest przez bomberos, czyli miejscową straż pożarną. Susza i pożary nie ominęły jak się okazuje i naszego siedliska w krzakach. Nie poddajemy się jednak nie wierząc do końca w determinizm środowiskowy, czy słabość człowieka w zetknięciu z naturą i przenosimy się pod pobliski most.

 

W całym tym okresie intensywnie poszukujemy pracy dorywczej, co tego roku okazuje się jednak niełatwe. Jesteśmy zmuszeni szukać własnych sposobów zarobkowych realizując nawet absurdalne pomysły. Na początek zbieramy kamienie i ruszamy na punkt widokowy położony na ponad 200-metrowej skale. Powinny sprzedawać się dobrze, bo w okolicach kamieni brak, a kto nie chciałby rzucić sobie kamyka z 230 metrów do morza. Później przychodzą nam do głowy biedni płetwonurkowie pod spodem, tak czy owak rezygnujemy ze względu na niskie obroty i upalne warunki pracy.

Nasze nowe mieszkanie nie spełnia oczekiwań, mrówki kąsają boleśnie, do tego przechodnie zerkają ciekawie z pobliskiego traktu, co nie pozwala Alessandrowi spać w spokoju do południa. Przenosimy się dwa kilometry wyżej, śpiąc w korycie tej samej rzeki, która nie płynie o tej porze roku. Tu śpi się znacznie bardziej komfortowo, do tego po drodze korzystamy z żywopłotów porośniętych winnymi krzewami, a właściwie z ich owoców, zatrzymujemy się też przy gościnnych drzewach figowych i gruszach dających małe, ale słodkie owoce.

Wykorzystując nadmiar wolnego czasu, wybieramy się na wycieczkę po nieznanych górskich okolicach wyspy. Pragnąc zejść ze skalistych turni do poziomu morza, wblijamy się w trudny do przebycia kanion, w którym co chwilę należy pokonywać skalne progi wyślizgane przez wodę, a następnie pokonywac dystans to w pław, to znów pieszo.

 

W kanionie znajdujemy martwą kozę w stanie rozkładu.

 

Nie jest łatwo się wydostać. Noc spędzamy w kanionie, by następnego dnia z pewnymi trudnościami wydostać się na wolność. Później spotykamy tablicę ostrzegającą przed wejściem do tego konionu-pułapki.

Na gruncie zawodowym nie poddajemy się, nie mając z resztą wyboru zgodnie z zasadą, trabajo o meurte (praca albo śmierć).

Wykorzystując obfitość koncertów w tygodniu świąt naszej miejscowości, oraz lodówkę mojego kolegi wydajemy ostatnie kilka euro na zakup piwa, którego mimo szatańskich podszeptów wydobywających się z wnętrza naszego jestestwa, nie wypijamy sami. A z którym to piwem w plecakach krążymy, nocami wśród tłumu zapijaczonych mieszkańców, po placach, gdzie niezbyt wysokich lotów kapele, grają muzykę o ostrym rockowym brzmieniu. Po placach, gdzie tłum stoi tak gęsto, że obnośny, nocny sprzedawca piwa z trudem przebija się przez tłum i chmury haszyszowego dymu.

Ten system zarabiania, wystarcza na życie, ale czas fiest się kończy i trzeba myśleć o dalszym przetrwaniu na tej przeklętej wyspie, błędnie zwanej rajską przez niczego nie świadomych turystów.
Nie zajmujemy się jednak bliżej nieokreśloną przyszłością, ale zgodnie z zasadą "tomorrow never happens" koncentrujemy się na sprawach bieżących, czyli świętem "Moros y, Cristianos", które to corocznie kończy tydzień fiest Pollensy.

 

W tym dniu mieszkańcy miasteczka, pijąc od wczesnych godzin porannych tzw. Mezclad, czyli ziołową nalewkę spirytusową, przebierają się za Maurów lub Chrześcijan, a następnie udają się ulicami w stronę stadionu, na którym dochodzi do bitwy. Wszystko to na pamiątkę historycznego najazdu Maurów na Pollensę i bohaterskiej obrony jej mieszkańców.

 

Nie mamy wątpliwości, po której stronie należy wystąpić. Przebieramy się za mauretańskich wojowników, choć nasze przebrania nie mogą się równać z profesjonalnymi i tak wyglądamy wystarczająco dziko, Aleksandro z twarzą Mahometa na piersi jest wciąż fotografowany przez zagranicznych turystów.

 

Maurowie maja te zaletę, że bezkarnie mogą napastować chrześcijanki i obsmarowywać swe ofiary farbą. W niesamowitym ścisku ulic, zatłoczonych przez bojowników o dzikich twarzach i uzbrojonych w krzywe szable dostajemy się na stadion, gdzie toczymy bitwę z obrońcami i jak co roku przegrywamy.

Po fiestach należy znaleźć sobie jakieś zajęcie o charakterze zarobkowym. Wychodząc z założenia ze ekonomista potrafi wszystko zabieram się do robienia rzeźb z piasku na plaży, a turyści z przylegającego deptaka wkrótce staja się mecenasami mej "niezrównanej" sztuki. Alessandro wyjeżdża wcześniej do Portugalii. Moje wakacje też wkrótce dobiegają końca, gdy piaskowe figury syreny, psa i króla Tutenhamona zarabiają na mój samolot do Berlina.