Tatrzańska masakra

 

 

Przejście przez całe Tatry Polskie w ciągu jednego dnia planuję od kilku lat. W czerwcu 2004 czytam w komentarzach do jednego z artykułów na Onecie anonimową notkę o przejściu jednodniowym z Morskiego Oka przez Rysy, Świnicę i Wołowiec do schroniska w Chochołowskiej. Takie przejście przewyższa moje znacznie skromniejsze plany przebycia drogi z polany Chochołowskiej do Morskiego Oka.
Już tydzień później, przebywając w Zakopanem, postanawiam jednak podjąć próbę. W tym celu robię ośmiogodzinną rozgrzewkę Kościelisko, Małołączniak, Kozia Przełęcz, Dolina Suchej Wody na dwa dni przed wyruszeniem.
Dnia 30 czerwca budzę się w Schronisku w Morskim Oku, dokąd doszedłem poprzedniego wieczora. Jest godzina 3.45. Gdy wchodzę do kuchni by zjeść śniadanko, budzę śpiącego tam Anglika. Nic nie szkodzi – mówi obcokrajowec – która jest godzina? – za dziesięć czwarta – odpowiadam. Która? – upewnia – się śpioch.
Droga na Rysy jest przyjemna, tylko szczyt otoczony jest chmurami. Po drodze leży jeszcze sporo śniegu, a w górnej partii łańcuchy i niektóre kamienie są nieco zalodzone.
Wyjście na szczyt zajmuje mi 2 godziny, schodzę po skałach ostrożnie, potem po śniegu wreszcie mogę się rozpędzić. O 7.30 jem drugie śniadanie w towarzystwie dziewczyny z Danii i Anglika, który zdążył już wstać i również wybierał się na Rysy.
Mam mało prowiantu, więc gdy o 9tej docieram do Schroniska w Pięciu Stawach, płacę 5 zł za dużą herbatę z cytryną.
Nie robię długich przerw i utrzymuję stosunkowo szybie tempo marszu, dzięki czemu przebywam poszczególne odcinki drogi ponad dwa razy szybciej od czasów przewodnikowych.
Szybko mijam Zawrat i Świnicę. Na Kasprowym o 11.30 zjadam fasolkę po bretońsku na tarasie z widokiem na góry. Siedzący obok grubas narzeka na zimno. Mnie nie jest wcale zimno. Spędzam tam piętnaście minut.
Potem góra, dół i góra i dół. Pofalowanym grzbietem; Goryczkowa Czuba i Czerwone Wierchy. Zaczyna trochę padać. Rzadki grad, potem deszczyk czyni wapienne skały śliskimi.
O godzinie 15 jestem na polanie Ornak. W schronisku zjadam obiad - placek zbójnicki za 16 zł. Potem drzemię pół godziny, na wszelki wypadek nastawiam sobie budzik.
Po jedenastu godzinach i przejściu trasy 22 godzinnej jestem już solidnie zmęczony.
Ruszam jednak znów pod górę, tym razem jednak bez wielkiej werwy. Podchodzę pod przełęcz Iwaniacką i dalej grzbietem Ornaku na Starorobociański. Robię teraz więcej przerw, po drodze spotykam turystę i pytam go o czas przejścia do Wołowca. Ten jednak nie bardzo orientuje się w topografii. Gdy pokazuje mu szarzejący szczyt śmieje się: ha, ha, dzisiaj? Rezygnuję z pokazywania mu skąd przyszedłem, Rysy z tej odległości i tak trudno odróżnić.
O 18.45 jestem na najwyższym szczycie polskich Tatr Zachodnich. Teraz już praktycznie cały czas w dół przez Trzydniowiański i całą dolinę Chochołowską do parkingu, gdzie czeka na mnie transport. Pod koniec wpadam w rytm marszowy i wydaje mi się, że mógłbym tak iść bez końca.
Ostatecznie docieram tam o 21. Cała trasa przebyta przeze mnie w 17 godzin, liczyła 50 km, ponad 4000 metrów podejścia, 4500 zejścia i według map powinna zająć ponad 30 godzin.