Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje | bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Olimp i Prokletje 2009-2010

Przeklęta ucieczka na Olimp


Mitikas

Od 2004 roku, kiedy z inicjatywy Maćka Kani pojechaliśmy do Albanii w celu zdobycia szczytu Maja Jezerce w górach Prokletje, wciąż myślałem, aby wrócić w ten dziki i niesamowity teren. Wspomniany wyjazd zimowy zakończył się zdobyciem jednego szczytu o nazwie Raba, Maja Jezerce okazał się zbyt wymagający jak na nasze przygotowanie sprzętowe.

Ponownie wyruszam do Albanii od strony czarnogórskiej – inaczej niż przed sześciu laty. Zespół zebrał się spory i chętny do akcji. Trzon stanowią moi wieloletni koledzy z uczelni i koła PTTK przy dawnej AE. Jest więc Zizi, Jojo, są Tomek Skiba i Maciek Chwała, na dokładkę jedzie jeszcze Piotrek Picheta, ambitny wspinacz z KW Kraków.

26.12.2009

Wyjazd z Krakowa ok. 18.00, przez Słowację i Węgry, krótki sen w samochodach już w Serbii przez 3h od 4.00 do 7.00 rano.

27.12.2009

Dojazd do Gusinje po południu, śpimy w hotelu za 60 euro wszyscy. Idziemy do knajpy, w knajpie śpiewają i tańczą dziewczyny w średnim wieku, wyglądają na prostytutki.

Spotykamy się z Ahmedem, który jest lokalnym przewodnikiem.

28.12.2009

Podjeżdżamy do Vusanje i zostawiamy auta na policji, spisują nasze dane. Potem w górę Ropojany, skręcamy na Zastan (lekkie problemy orientacyjne). Od Zastanu już leży śnieg. Przedeptywanie idzie ciężko, gubimy szlak. Do stawu (najniższego) docieramy jeszcze przed zmrokiem, rozbijamy obóz. Pogoda wieczorem się psuje, zrywa się wiatr.

29.12.2009

Rankiem wyruszamy do góry, by zdobyć Jezercę, lekko prószy deszcz ze śniegiem, wyżej śnieg. Skręcamy w pierwszą wiszącą odnogę doliny w lewo, wspinamy się na dosyć strome pola śnieżne, potem dyskutujemy nad dalszą drogą, widoczność słaba, nie widać szczytów, chwilami silny wiatr i śnieg. Wchodzimy stromymi polami śnieżnymi na grań po prawej, na końcu eksponowany zakos śnieżny wyprowadza nas na grań. Tomek i Jojo wycofują się na ostatnim odcinku. Reszta wychodzi na pobliski szczyt – GPS pokazuje 2490 metrów. Później dochodzę do wniosku, że ten szczyt to Maja e Kokarvhake. Po zejściu bierzemy się do budowy igloo obok namiotów, liczymy, że w nocy mróz zetnie mokry śnieg i będziemy mieli lokal na sylwestra. Niestety nadchodzi odwilż.

30.12.2009

Rano wyruszamy tą samą drogą, by dojść pod Maja e Jezerce. Na dole pada deszcz, śnieg wyżej, ale mróz chwyta dopiero od 2400 m.n.p.m. Widoczność kiepska, chwilami fatalna. Próbujemy dostać się pod Jezercę obchodząc z lewej strony szczyt zdobyty dzień wcześniej, trafiamy pod strome urwiska, brak widoczności i huraganowy wiatr, decyzja – odwrót. W drodze powrotnej zdobywamy pomniejszy szczyt z Piotrkiem i Jojem. Na mapie nie ma jego nazwy, ma 2325 metrów wg GPS. Jest to skalisty i ostry szczyt znajdujący się po lewej po lewej stronie, gdy wchodzi się do doliny sześciu stawów od północy. Schodząc, zjeżdżamy część trasy na tyłkach, śnieg jest bardzo mokry. Przemakają spodnie, do tego w dole pada coraz mocniejszy deszcz. Wszyscy bardzo się przemoczyli, nastroje nie za dobre.

Wieczorem, studiując mapę i wskazania GPS dochodzę do wniosku, że dwukrotnie atakowaliśmy Jezercę nieodpowiednią drogą, do podobnego wniosku dochodzą niezależnie chłopaki w sąsiednim namiocie. Za wcześnie skręcaliśmy z doliny w lewo, wygląda, że szlak skręca w górę dalej, zresztą taką możliwość sugerował już wcześniej Jojo.

31.12.2009

Rano gdy wstajemy pada drobny deszcz. Decyzja – zejście do chaty na polanie Zastan, część ekipy po zakupy, dowiadujemy się jaka będzie pogoda, a potem po przeczekaniu dupówy wracamy do 6-ciu jezior i dalej atakujemy Jezercę i wspinamy się w okolicy. Rano dyskusja, czy zostawić część szpeju, czy znieść wszystko do Zastanu, ostatecznie przechodzi pomysł Joja, żeby znieść. Po południu chłopaki rozkładają się w bacówce na Zastanie, suszą rzeczy, rozpalają piec. Ja i Zizi schodzimy do Vusanje i dalej jedziemy do Gusinje, tam zakupy, jemy pizzę. Po drodze telefonicznie dowiaduję się o pogodzie dzwoniąc do Karoliny. Prognozy fatalne dla całych Bałkanów, cały tydzień ulewy i burze. Wracamy do Zastanu na wieczór. W międzyczasie Piotrek zdobywa górujący nad Zastanem szczyt bez nazwy o wysokości ponad 2100 metrów. Pod koniec podejścia napotkał trudności wspinaczkowe ok. II.

Wspólnie urządzamy zabawę, popijawę sylwestrową. Nastroje jednak nie najlepsze, impra szybko zamiera i o ok. 21.00 idziemy spać. Wieczorem pogoda ładna, świeci księżyc, Jojo wychodzi na spacer, wraca niebawem. Około 3.00 w nocy budzi nas silny deszcz, sufit miejscami zaczyna przemakać.

1.1.2010

Nowy Rok. Leje jak z cebra. Zbieramy manatki i schodzimy do Vusanje w deszczu. Jedziemy do Albanii drogą okrężną przez Podgoricę, jako że miejscowi odradzają nam skrót jako nieprzejezdny.

Po drodze piękny przełom rzeki Moracze, która wyżłobiła głęboki kanion. Wciąż pada, chwilami burze i grad. Wieczorem dojeżdżamy do Szkodry, śpimy w tanim hotelu. Wychodzimy do knajpy, tam ostra dyskusja na temat organizacji klubów i federacji alpinistycznej w Polsce.

Wieczorem gramy w brydża, w parze z Tomkiem ogrywamy niemiłosiernie Joja i Maćka, co szczególnie w tym pierwszym wywołuje pewną frustrację. Idziemy spać po 1.00 w nocy.

2.1.2010

Rano idziemy do kawiarenki internetowej. Okazuje się, że pogoda fatalna na całych Bałkanach tydzień do przodu. W tej sytuacji sprawdzamy jeszcze rejon Olimpu i o dziwo okazuje się, że będzie tam słonecznie. Po krótkiej dyskusji, przekonuję niezdecydowanego jeszcze Tomka, że Grecja jest stosunkowo blisko i zapada decyzja – jedziemy na Olimp, by zdobyć Mitikas, najwyższy ze szczytów masywu, mierzący 2918 metrów.

Labirynt Mitikasa

 

Dla mnie jest to szczególne wyzwanie, jako że rok wcześniej próbowałem również w styczniu wejść na główny szczyt Olimpu, jednak ze względu na złą pogodę i stratę orientacji wszedłem na sąsiedni szczyt Stefani, a główny – Mitikas mogłem jedynie oglądnąć po drugiej stronie stromego uskoku w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Na drugą próbę nie było już czasu, mam więc ze szczytem rachunki do wyrównania.

Jeszcze tego dnia dojeżdżamy do Ochrydu w Macedonii, gdzie spędzamy noc i zwiedzamy stare miasto, zatrzymujemy się też nad malowniczą cerkiewką Św. Jowan Kaneo, położoną nad jeziorem i tworzącą niepowtarzalny klimat tego miejsca.

3.1.2010

Rano kontynuujemy zwiedzanie Ochrydu, potem przejazd przez dzikie góry Macedonii do Bitoli i dalej na południe do Grecji. Zatrzymujemy się jeszcze w Litochoro, miejscowości położonej u stóp wielkiego masywu Olimpu, tam posilamy się w miejscowym fast-foodzie, tak gromadzimy energię do działań na górze. Wieczór spędzamy na małym parkingu, gdzie zostawiamy samochody już wysoko na zboczach Olimpu. Rozbijamy namioty, wiatr targa nimi brutalnie, jest mroźno i ciemno, dokoła szumi las, wieczorem schodzą z góry dwaj wspinacze, jeden jest chyba Czechem, udzielają nam kilku porad i zjeżdżają w dół. Wieczorem wypijamy resztki wina zakupionego przez Joja, na gorzkawy likier „Gorki List” zakupiony jeszcze w Czarnogórze nie ma wielu amatorów, idziemy spać wcześnie, nazajutrz czeka nas ciężkie podejście.

4.1.2010

Wstajemy wcześnie, przepak i wyruszamy w górę. Plecaki przygniatają swoim ciężarem. Zaczynam marsz bardzo powoli pamiętając zeszłoroczne podejście pod górę, które wyryło się w mojej pamięci mozołem i wciąż przedłużającym się oczekiwaniem, by dotrzeć do celu. Mamy do pokonania ponad 1600 metrów różnicy wysokości, przy tym nie wiadomo, czy śnieg będzie twardy, czy raczej miękki, co mogłoby nam całkowicie popsuć plany. W pierwszej części marszu śniegu wcale nie ma, potem z czasem przybywa go, ale jest dobrze zamarznięty, ubieram raki jako pierwszy na wysokości ok. 2000 metrów, przydają się, niebawem reszta ekipy idzie za moim przykładem. Pogoda jest ładna, widoczność wspaniała, po dotarciu na ośnieżony grzbiet, gdzie nie rosną już drzewa ukazuje nam się skaliste zwieńczenie masywu, tworzone przez szczyty Mitikas i Stefani.

W ostatnim etapie marszu przyśpieszam kroku, docieram najpierw do schroniska Kakalos, jest to mały domek, szczelnie pozamykany, obok znajduję niedawno jeszcze używane platformy pod namioty i obszerną jamę śnieżną. Zrzucam bagaże i wybieram się jeszcze zbadać drugie schronisko na Plateau Muz oddalone o jakieś 300 metrów, zanim reszta ekipy dotrze do Kakalosa. Schronisko Giosos Apostolidis jest znacznie większe, znam je już sprzed roku, wtedy było zamknięte na cztery spusty, więc i tym razem nie robię sobie nadziei. Tymczasem spotyka mnie niespodzianka. Najpierw popycham drzwi przysypane niewielką zaspą, ani drgną, w tym momencie zauważam drugą klamkę, w drzwiach jest wykonane okno otwierane z zewnątrz dodatkową klamką. Naciskam i okno ustępuje otwierając duże pomieszczenie, przeszklone rzędem okien, wyłożone płytkami i wyposażone w stoły i ławy. Wracam szybko do Kakalosa, by podzielić się z chłopakami radosną nowiną. Za chwilę wszyscy jesteśmy w schronisku, znajdujemy tam koce, które podkładamy pod karimaty, na stołach gotujemy, to jest rozmrażamy śnieg z prawej strony od wyjścia, ponieważ ten z lewej może mieć żółte bądź nawet brązowe zabarwienie. Nasze nowe schronienie doceniamy dopiero nazajutrz po tym, jak przez całą noc mamy okazję wsłuchiwać się we wściekłe wycie wiatru na zewnątrz, zgodnie stwierdzamy, że nasze namioty mogłyby nie wytrzymać załamania pogody, które tej nocy nadeszło.

5.1.2010

Wstajemy dosyć późno, pogoda fatalna, wiatr ciska ostrym śniegiem i powala człowieka co rusz na ziemię. Do tego przez masyw Olimpu przewalają się wciąż ciężkie chmury. W tych warunkach nie podejmujemy próby zdobycia najwyższego szczytu masywu – Mitikas, tylko zdobywamy kilka łatwych szczytów w pobliżu schroniska. Wchodzimy więc na Profitasa Iliasa i Toubę oraz mały szczyt , którego nazywamy Profitas Minimus. Wieczorem wiatr słabnie, idziemy na Profitasa Iliasa (czyli proroka Eliasza), gdzie znajduje się kilkumetrowy próg skalny. Wieszamy tam linę i Piotrek zaczyna drytoolować na wędkę, za chwilę zauważa, że lina przetarła się na ostrej krawędzi skały, na szczęście się nie urwała. Linę potem ucinam, okazuje się, że straciłem tylko ok. 3-metrowy odcinek. Dalej drytoolujemy już bez liny na łatwych skałkach. Wieczorem gramy w karty z Jojem i Tomkiem, tym razem mi się dostaje niemiłosiernie. Wiatr dmucha wściekle, wydaje się chwilami, że rozniesie schronisko, tłucze lodem w okna i wwiewa śnieg przez szpary w drzwiach.

6.1.2010

Rano pogoda kiepska, wieje trochę słabiej niż poprzedniego dnia, ale widoczności prawie nie ma. Na wyruszenie decydujemy się tylko ja, Zizi i Piotrek. We mgle obchodzimy z lewej masyw Stefani, potem pod ścianą Mitikasa – naszego celu idziemy licząc kroki, by trafić na właściwy żleb, czyli ten wiodący na szczyt. Warunki śniegowe dobre, śnieg twardy, mocno związany i przewiany, poza tym wieje, a widoczność na ogół nie przekracza 20 metrów. Dwa GPSy dodają nam pewności, że wrócimy. Wbijamy się w żleb i pola śnieżne przy żółtych znakach, z liczenia kroków wyszło nam, że żleb ów powinien prowadzić pod Mitikas. Po 200 metrach wspinaczki docieramy na przełęcz w stromej grani od zachodu zupełnie podciętej. Po obu stronach strome turnie, lewa bardzo trudna, myślę, że to Mitikas, ale nie mam pewności, szczytu nie widać we mgle. Po prawej stronie, trochę łatwiejszy, ale też wspinaczkowy teren prowadzi na inną turnię, która jak sądzę jest pierwszą turnią Stefani, kolejny dzień dopiero wyjaśnia nam naszą pomyłkę, kiedy ową turnię zdobywamy.

Tymczasem decydujemy się zejść kawałek żlebem, a Zizi prowadzi stromymi żlebami w lewo, by obejść turnię, którą poprzednio mieliśmy po lewej i którą podejrzewaliśmy o bycie Mitikasem. Dochodzimy do kolejnej przełączki, po prawej wspinaczkowa droga na naszą turnię, przekonuję chłopaków, żeby mnie przyasekurowali, bym mógł się tam wspiąć. Zgadzają się niechętnie, trochę wieje, widoczności nie ma, a ręce im marzną, zwłaszcza Piotrkowi, któremu rok temu urwało kciuka i ma słabe krążenie w prawej dłoni.

Wychodzę na turnię stromą i kruchą drogą, nic jednak nie dostrzegam, to nie Mitikas, bo nie ma słupa, ani flagi. Schodzę z powrotem i wracamy do schroniska. Według mapy i GPS-a wygląda, że byliśmy bardzo blisko Mitikasa, niestety przez brak widoczności nie orientowaliśmy się, który to był szczyt.

7.1.2010

Wstajemy wcześnie, bo około 6.00 rano. Pogoda wreszcie dobra, zawiewa z rzadka, jest widoczność. Tomek ponagla, bo jeszcze dziś chce zejść w dół. Zbieramy się szybko i o 8.00 wychodzimy. Po trawersie pól śnieżnych pod ścianą Stefani Tomek i Maciek decydują się na wycofanie. Nie chcą ryzykować trawersowania coraz stromszych stoków śnieżnych. My, czyli pozostała czwórka ja, Jojo, Zizi i Piotrek idziemy dalej, a następnie wbijamy się stromymi stokami śnieżnymi w górę trawersując jednocześnie stok w lewo. Wkrótce wychodzimy na grań, a właściwie dosyć niską przełęcz. Wszyscy żywo dyskutujemy, czy iść w lewo czy w prawo? Który ze szczytów to Mitikas? W końcu zauważam flagę stojącą na jednym ze szczytów na płn-zach. Decydujemy, że wrócimy do miejsca, do którego dotarliśmy poprzedniego dnia i stamtąd zaatakujemy szczyt, na którym dostrzegliśmy flagę. Tracimy trochę wysokości, a po następnym podejściu dochodzimy pod stromą turnię z zaznaczonymi znakami. Byliśmy tu już poprzedniego dnia, sądząc, że to pierwsza z turni Stefani, przy złej pogodzie wyglądała groźniej, a znaki były niewidoczne. Decydujemy użyć liny, idę pierwszy, potem pozostali po zaporęczowanej uprzednio trasie. Na szczycie turni okazuje się, że to nie Mitikas, brakuje jeszcze 50 metrów, pomiędzy nami i wymarzonym szczytem trudna do przekroczenia zerwa. Jesteśmy rozczarowani, przy tym sytuacja staje się na tyle komiczna, że zaśmiewamy się z Piotrkiem z siebie i ślepego losu, który tak sobie z nas drwi. Z naszej turni zjeżdżamy tą samą drogą, potem w dół żlebem, szukamy na próżno skrótowych przejść do następnych żlebów, by trafić w końcu na ten który zawiedzie nas ku szczytowi Mitikas. W rezultacie schodzimy całkiem w dół na poziom 2700 m.n.p.m. Wybieramy kolejny niepozorny i wąski żleb, który mamy nadzieję prowadzi na właściwy szczyt. Pogoda ciągle dobra, choć widoczność ograniczona jest przez ogarniające nas chmury. Po stromej wspinaczce żlebem ponad 200 metrów w górę docieramy pod szczyt. Zizi pierwszy dostrzega flagę i krzyczy z radości wymieniając przy tym, pod adresem szczytu, cały wachlarz znanych mu przekleństw i obelg. Pouczam go, by nie obrażał Bogów, on jednak puszcza to mimo uszu i pędzi by stanąć na szczycie. Widoki z góry wspaniałe, widać sąsiednią grań Stefani, gdzie dotarłem przed rokiem, oraz dwie turnie po stronie południowej, które zdobyliśmy poszukując mitycznego Mitikasa, wpisujemy się do książki wejść, zamkniętej w metalowym pudle. Okazuje się, że nie jesteśmy pierwsi w tym roku, 3.1.2010 byli na szczycie Czesi, pewnie ci, których spotkaliśmy przy samochodzie tej nocy, gdy przybyliśmy pod Olimp. Schodzimy stromym żlebem ostrożnie, tyłem. Jojo trochę narzeka, ale jakoś sobie radzi. Za godzinę jesteśmy w schronisku, Tomek i Maciek źli, że tyle czasu, zwłaszcza na Joja, bo blokuje ich zejście jako współpasażer samochodu. Schodzą jeszcze dziś, Jojo wraz z nimi, choć boli go noga. My zostajemy jeszcze jedną noc, planujemy zejść nazajutrz rano. Później dowiadujemy się, że Jojo schodząc wbił sobie gałąź w oko, bo zapomniał latarki, ogólnie był bardzo nie szczęśliwy, pocieszyła go dopiero butelka wina, do której przyssał się w samochodzie.

8.1.2010

Rankiem schodzimy w dół do samochodu w ekspresowym tempie 2.45h. Potem jeszcze przystanek w Litochoro na jedzenie i pamiątki. Z Litochoro do Krakowa przejazd zajmuje nam 20h wraz z dwoma przystankami na zakupy; w sklepie wolnocłowym na granicy grecko-macedońskiej (raczej drogo i nie polecam), oraz w samej Macedonii (polecam ajwar).


Galeria Prokletje i Olimp 2010

autorzy zdjec: Pawel Szlachta (Zizi) i Piotr Picheta, opracowanie schematów Jasiu Lenczowski


 

Nanda Devi East 2009 Wyprawa na Nanda Devi zakończyła się po miesiącu zmagań z górą. Pozostał niedosyt, jako że szczytu nie zdobyliśmy. Wciąż myślę o powtórzeniu próby, najlepiej na tyle szybko, by skorzystać z pozostawionych przez nas lin poręczowych. Na razie nie mam jednak osób chętnych do realizacji tego przedsięwzięcia, a zwłaszcza takich, które dysponują doświadczeniem, a także są w stanie sfinansować swój wyjazd. Na pewno chciałbym wyjechać na poważną wyprawę w 2010 roku, jestem otwarty na propozycje :)

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubWspółpracjuję z KiribatiClub, w marcu 2010 wyruszamy wraz z grupą do Peru i Boliwii, gdzie odwiedzimy m.in. kanion Colca, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski