Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje |bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
Poligon Sulejowek
| | | | | |

Aktualności

Elbrus Race 2010

 

fot. Artur Hajzer

Bieg na Elbrus, ponad 3200 metrów przewyższenia na dystansie ponad 12 km. Wbiegnięcie na najwyższą górę Europy. To jedne z najbardziej morderczych zawodów w jakich można wystartować na naszym kontynencie.

Po raz pierwszy usłyszałem o Biegu na Elbrus, podczas wspinaczki na Pik Lenina w 2006 roku. Kiedy 4 lata później Artur Hajzer zorganizował wyjazd polskiej reprezentacji natychmiast zgłosiłem się do drużyny.

Przez pół roku przed biegiem ponad trzy miesiące spędziłem w górach pomiędzy 2 a 6 tysięcy metrów. Starałem się w ten sposób przyzwyczaić ciało do wysokości, czyli zrobić solidną aklimatyzację. W ramach przygotowań robiłem sporo podbiegów, a poza tym mój zwykły trening biegowy.

Pod Elbrus przyjechaliśmy w dobrych humorach i w wesołym towarzystwie na ponad tydzień przed zawodami. Okazało się, że moja aklimatyzacja jest niewiele lepsza od innych zawodników, którzy nie siedzieli wcześniej w górach, a znacznie gorsza od tych którzy w wysokich górach spędzili lato. Przez kilka dni robiliśmy treningi na podbiegach, a właściwie podejściach, spaliśmy też wysoko przygotowując nasze organizmy do działania na wysokości. Ja spałem 3, czy 4 noce na 4000 metrów, niektórzy spędzili nawet noc na szczycie.

Nadszedł czas eliminacji, do zakwalifikowania się wystarczało pokonanie trasy Beczki (3700m) - Skały Pastuchowa (4800m) w czasie 2h. Przeszedłem tę trasę spokojnym, miarowym tempem tak by spokojnie zmieścić się w limicie. Większość moich kolegów i koleżanek potraktowała eliminacje bardziej poważnie, starając się wykręcić jak najlepszy czas. Ja dotarłem po 1h 28m co dawało mi jeszcze sporą rezerwę czasową. Moje oszczędzanie się na kwalifikacjach okazało się niepotrzebne, ponieważ zawody przesunięto na jeden dzień do przodu, ze względu na słabą widoczność i huraganowy wiatr. Mieliśmy więc po kwalifikacjach 2 dni wypoczynku.

Nadszedł dzień zawodów, ruszyliśmy o 6 rano z miejscowośći Azau. Trasa ekstremalna, wystartowało nas 14 osób, w tym 2 dziewczyny. Od początku straciłem kontakt z czołówką, Jedrek wszystkich zostawił z tyłu, za nim poszli najlepsi Rosjanie i Kazachowie. Potem nasza ekipa podzielona na małe grupki. Moje tempo było może zbyt asekuracyjne, ponieważ za mną pozostał tylko jeden kolega i Ukrainka Masza. Szedłem szybko, ale nie tak szybko żeby się zdyszeć. Po 1,5h dotarłem do Beczek na wysokości 3700 m. Tu okazało się, że nie miałem dużej straty do ludzi z naszej ekipy. Ola długo zmieniała buty, inni też chyba mieli dłuższy przepak, toteż znów miałem kontakt z kilkoma zawodnikami z trasy ekstremalnej. Mój przepak był raczej szybki, włożyłem tylko raki i dolałem napoju do camela. Niestety chłopak, który mi pomagał przy dolewaniu nie domknął pokrywy i spora część lepiego izotonika zlała mi się po plecach i zmoczyła tyłek.

Po przepaku szedłem blisko za grupą kilku zawodników, wyprzedziłem na jakiś czas Olę, tam gdzie zaczęło się stromiej zwolniłem jednak tempo i Ola znów mnie wyprzedziła. W okolicy Skał Pastuchowa zaczął się dla mnie koszmar. Coraz silniejszy wiatr przewiewał mi lekkie, windstopperowe rękawiczki. Ze stopami w moich Asicsach Trabuco nie było wiele lepiej. Stopniowo traciłem czucie w palcach, nie mogłem już trzymać kijków, odrętwienie rąk docierało mi już chwilami do nadgarstków. Zacząłem zastanawiać się poważnie nad odwrotem, póki co jednak zacząłęm za Skałami Pastuchowa robić przystanki. Opuszczałem dłonie i rozluźniałem ramiona celem poprawy krążenia. Szedłem też wyraźnie wolniej, nie byłem nawet w stanie przyśpieszyć do tempa w którym miałbym szybki oddech, po prostu rzadkie powietrze dławiło mnie. Tak doszedłem do przełęczy na wysokość 5400m. Po drodze wyprzedziłem Tomka, który również przeżywał wyraźny kryzys. Napój całkiem zamarzł mi w camelu na plecach, a może w rurze, na szczęście na przełęczy podawali herbatę. Spędziłem tam chwilę pijąc i rozgrzewając dłonie, na szczęście przestało trochę wiać. Od przełęczy szedłem w miare dobrym tempem, moje raki nie sprawowały się zbyt dobrze na miekszych odcinkach stromizny pod szczytem. Miałem lekkie raki z krótkim kolcami, które nie dawały pewnego oparcia. Zwolnienie mojego tempa wykorzystał Tomek i wyprzedził mnie, nie miałem już motywacji by go ścigać. Ja natomiast wyprzedziłem na stromiźnie jednego Rosjanina, który radził sobie jeszcze gorzej ode mnie. W rezultacie dobiegłem na 9 pozycji z czasem 5h 27m. Na szczycie spędziłem chwilkę i zaraz zacząłęm schodzenie, nie czułem się zmęczony, prawie całą trasę w dół zbiegałem, więc już po 1,5 h byłem na dole w Beczkach.

Dla naszego zespołu - reprezentacji Polski, bieg był olbrzymim sukcesem. Jędrek wygrał, pobił rekord Urubki o pół godziny, dotarł na sczyt w 3h 23m. Ola jako pierwsza kobieta pokonała trasę ekstremalną i ustaliła kobiecy rekord trasy. W biegu klasycznym ( z beczek na szczyt) Justyna zajęła drugie miejsce, a Krzysiek piąte.

Podsumowując mój udział w Elbrus Race, mogę powiedzieć, że dokonałem sporego dla mnie wyczynu, czyli skończyłem trasę ekstremalną. Nie będę jednak ukrywał, że wynik pozostawił mi pewnien niedosyt. Mam wrażenie, że nie wykorzystałem całych pokładów mojej energii, brakło mi lepszej motywacji, a przede wszystkim lepszych rękawiczek. Trasa na Elbrus to nie bieżnia, o czym się własnoręcznie i nożnie przekonałem. Nawet pisząc to 10 dni po starcie mam odrętwiałe opuszki palców. Kolejnym błędem, który najprawdopodobniej popełniłem, był nieodpowiedni trening, za mało siły biegowej, która decyduje o sukcesie w tego typu zawodach. Na pewno bieg ten nauczył mnie wiele i będę teraz bogatszy o doświadczenie, czyli Elbrus Race Experience. (Nie)wszystkim polecam :)


Elbrus Race 2010 We wrześniu 2010 wyruszam wraz z reprezentacją polskich alpinistów na Elbrus Race. Moim celem jest zdobycie szczytu trasą ekstremalną z wysokości 2400 m.n.p.m. Będzie to zadanie trudne jako, że limit czasu wynosi ok. 7h. W tym czasie należy pokonać ponad 3200 metrów różnicy poziomów i zdobyć szczyt mierzący 5630 metrów. Konkurencja ze strony ekipy polskiej bedzie zacięta, do tego na trasie extremalnej startuje zeszłoroczny zwycięzca trasy klasycznej i przedstawiciel gospodarzy. Walka o czołowe miejsca może być zacięta, dla mnie osobiście dużym sukcesem byłoby zmieszczenie się w 5h.

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

KiribatiClubW marcu 2010 wyruszyliśmy z grupą 10 osób z KiribatiClub do Peru i Boliwii, gdzie odwiedziliśmy kanion Colca,, jezioro Titicaca, Salar de Uyuni, oraz dżunglę i pampę. Był też zjazd na rowerach z wysokich Andów do dżungi i spływ na pontonach spienioną rzeką Urubamba. Część osób wybrała się też na szczyt Chacaltaya i na treking Lares. Ludzie byli super, dziękuję za udział i do zobaczenia znowu. Polecam ofertę trampingową KiribatiClub zwłaszcza dla osób otwartych, które poszukują aktywnej formy podróżowania i chętnych do poznawania świata.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km; czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski