Elbrus Race 2010
![]() |
fot. Artur Hajzer |
Bieg na Elbrus, ponad 3200 metrów przewyższenia na dystansie ponad 12 km. Wbiegnięcie na najwyższą górę Europy. To jedne z najbardziej morderczych zawodów w jakich można wystartować na naszym kontynencie.
Po raz pierwszy usłyszałem o Biegu na Elbrus, podczas wspinaczki na Pik Lenina w 2006 roku. Kiedy 4 lata później Artur Hajzer zorganizował wyjazd polskiej reprezentacji natychmiast zgłosiłem się do drużyny.
Przez pół roku przed biegiem ponad trzy miesiące spędziłem w górach pomiędzy 2 a 6 tysięcy metrów. Starałem się w ten sposób przyzwyczaić ciało do wysokości, czyli zrobić solidną aklimatyzację. W ramach przygotowań robiłem sporo podbiegów, a poza tym mój zwykły trening biegowy.
Pod Elbrus przyjechaliśmy w dobrych humorach i w wesołym towarzystwie na ponad tydzień przed zawodami. Okazało się, że moja aklimatyzacja jest niewiele lepsza od innych zawodników, którzy nie siedzieli wcześniej w górach, a znacznie gorsza od tych którzy w wysokich górach spędzili lato. Przez kilka dni robiliśmy treningi na podbiegach, a właściwie podejściach, spaliśmy też wysoko przygotowując nasze organizmy do działania na wysokości. Ja spałem 3, czy 4 noce na 4000 metrów, niektórzy spędzili nawet noc na szczycie.
Nadszedł czas eliminacji, do zakwalifikowania się wystarczało pokonanie trasy Beczki (3700m) - Skały Pastuchowa (4800m) w czasie 2h. Przeszedłem tę trasę spokojnym, miarowym tempem tak by spokojnie zmieścić się w limicie. Większość moich kolegów i koleżanek potraktowała eliminacje bardziej poważnie, starając się wykręcić jak najlepszy czas. Ja dotarłem po 1h 28m co dawało mi jeszcze sporą rezerwę czasową. Moje oszczędzanie się na kwalifikacjach okazało się niepotrzebne, ponieważ zawody przesunięto na jeden dzień do przodu, ze względu na słabą widoczność i huraganowy wiatr. Mieliśmy więc po kwalifikacjach 2 dni wypoczynku.
Nadszedł dzień zawodów, ruszyliśmy o 6 rano z miejscowośći Azau. Trasa ekstremalna, wystartowało nas 14 osób, w tym 2 dziewczyny. Od początku straciłem kontakt z czołówką, Jedrek wszystkich zostawił z tyłu, za nim poszli najlepsi Rosjanie i Kazachowie. Potem nasza ekipa podzielona na małe grupki. Moje tempo było może zbyt asekuracyjne, ponieważ za mną pozostał tylko jeden kolega i Ukrainka Masza. Szedłem szybko, ale nie tak szybko żeby się zdyszeć. Po 1,5h dotarłem do Beczek na wysokości 3700 m. Tu okazało się, że nie miałem dużej straty do ludzi z naszej ekipy. Ola długo zmieniała buty, inni też chyba mieli dłuższy przepak, toteż znów miałem kontakt z kilkoma zawodnikami z trasy ekstremalnej. Mój przepak był raczej szybki, włożyłem tylko raki i dolałem napoju do camela. Niestety chłopak, który mi pomagał przy dolewaniu nie domknął pokrywy i spora część lepiego izotonika zlała mi się po plecach i zmoczyła tyłek.
Po przepaku szedłem blisko za grupą kilku zawodników, wyprzedziłem na jakiś czas Olę, tam gdzie zaczęło się stromiej zwolniłem jednak tempo i Ola znów mnie wyprzedziła. W okolicy Skał Pastuchowa zaczął się dla mnie koszmar. Coraz silniejszy wiatr przewiewał mi lekkie, windstopperowe rękawiczki. Ze stopami w moich Asicsach Trabuco nie było wiele lepiej. Stopniowo traciłem czucie w palcach, nie mogłem już trzymać kijków, odrętwienie rąk docierało mi już chwilami do nadgarstków. Zacząłem zastanawiać się poważnie nad odwrotem, póki co jednak zacząłęm za Skałami Pastuchowa robić przystanki. Opuszczałem dłonie i rozluźniałem ramiona celem poprawy krążenia. Szedłem też wyraźnie wolniej, nie byłem nawet w stanie przyśpieszyć do tempa w którym miałbym szybki oddech, po prostu rzadkie powietrze dławiło mnie. Tak doszedłem do przełęczy na wysokość 5400m. Po drodze wyprzedziłem Tomka, który również przeżywał wyraźny kryzys. Napój całkiem zamarzł mi w camelu na plecach, a może w rurze, na szczęście na przełęczy podawali herbatę. Spędziłem tam chwilę pijąc i rozgrzewając dłonie, na szczęście przestało trochę wiać. Od przełęczy szedłem w miare dobrym tempem, moje raki nie sprawowały się zbyt dobrze na miekszych odcinkach stromizny pod szczytem. Miałem lekkie raki z krótkim kolcami, które nie dawały pewnego oparcia. Zwolnienie mojego tempa wykorzystał Tomek i wyprzedził mnie, nie miałem już motywacji by go ścigać. Ja natomiast wyprzedziłem na stromiźnie jednego Rosjanina, który radził sobie jeszcze gorzej ode mnie. W rezultacie dobiegłem na 9 pozycji z czasem 5h 27m. Na szczycie spędziłem chwilkę i zaraz zacząłęm schodzenie, nie czułem się zmęczony, prawie całą trasę w dół zbiegałem, więc już po 1,5 h byłem na dole w Beczkach.
Dla naszego zespołu - reprezentacji Polski, bieg był olbrzymim sukcesem. Jędrek wygrał, pobił rekord Urubki o pół godziny, dotarł na sczyt w 3h 23m. Ola jako pierwsza kobieta pokonała trasę ekstremalną i ustaliła kobiecy rekord trasy. W biegu klasycznym ( z beczek na szczyt) Justyna zajęła drugie miejsce, a Krzysiek piąte.
Podsumowując mój udział w Elbrus Race, mogę powiedzieć, że dokonałem sporego dla mnie wyczynu, czyli skończyłem trasę ekstremalną. Nie będę jednak ukrywał, że wynik pozostawił mi pewnien niedosyt. Mam wrażenie, że nie wykorzystałem całych pokładów mojej energii, brakło mi lepszej motywacji, a przede wszystkim lepszych rękawiczek. Trasa na Elbrus to nie bieżnia, o czym się własnoręcznie i nożnie przekonałem. Nawet pisząc to 10 dni po starcie mam odrętwiałe opuszki palców. Kolejnym błędem, który najprawdopodobniej popełniłem, był nieodpowiedni trening, za mało siły biegowej, która decyduje o sukcesie w tego typu zawodach. Na pewno bieg ten nauczył mnie wiele i będę teraz bogatszy o doświadczenie, czyli Elbrus Race Experience. (Nie)wszystkim polecam :)
