Rajd Dolnego Sanu 2011
W marcu planowałem jechać na Rajd Włóczykija, gdzie przed rokiem debiutowałem w imprezie na orientację. Termin kolidował mi jednak z innym wydarzeniem rodzinnym, zdecydowałem się więc zapisać na Rajd Dolnego Sanu.
Nie wiedziałem za wiele o tych zawodach. Okazało się, że jest to stosunkowo kameralna impreza, organizowana przez wyjątkowo sympatycznego Huberta.
Przejazd z Sulejówka do Ulanowa zajmuje nam 5 godzin, jadą ze mną Jacek i Janek, a w Lublinie dosiada się jeszcze Wojtek Wanat, który pokonał mnie ostatnio na Skorpionie.
Ku mojemu zaskoczeniu od razu po przybyciu do bazy dostajemy mapy. Wieczorem jest sporo czasu na studiowanie wariantów. 50 km to scorelauf, czyli można wybrać dowolną kolejność zaliczania punktów. Trasa jednak nie zostawia za wiele wątpliwości, można ją przebyć zgodnie, bądź przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Początkowo przychylam się do wariantu zgodnego od PK7 do PK1, opcja wydaje się korzystniejsza orientacyjnie, potem jednak Wojtek zauważa, że trasa od PK1 do PK7 ze względu na przesunięcie startu do rynku jest o 1,5 km krótsza. Waham się jeszcze, ale ostatecznie jeszcze wieczorem decyduję się zaczynać od jedynki i biec do niej okrężnymi drogami od południa. Przeczuwałem, że ładowanie się na skróty po mokrych łąkach i polach może mieć opłakane skutki.
Rano zbieramy się pod urzędem na rynku, pamiątkowe zdjęcie, zaczyna wybijać zegar i startujemy. Od razu ruszam szybko, przebiegam przez most i realizuje wcześniej założony wariant, biegnie mi się dobrze, dosyć szybko odskakuję od 'peletonu', w pewnym momencie patrzę na wskazania pulsometru, biegnę już prawie na 3 zakresie, chyba trochę za ostro, myślę sobie, lepiej nie spalić się kompletnie na pierwszych odcinkach. Dalej staram się tonować tempo, ale gdy o tym nie myślę nogi znów same przyśpieszają.
Przebiegam przez wioskę, pozostaje jeszcze przeciąć tory i za chwilę wpadam wprost na PK1, 34 minuty, wygląda, że jestem tu pierwszy.
Zgodnie z planem nie kombinuję ze skrótami tylko wskakuję w przecinkę i biegnę po kwadracie. Las, którego bałem się przed startem, okazuje się bardzo logiczny, przecinki są takie jak na mapie, przebieżność świetna, jestem mile zaskoczony. Nawet na długich prostych nie widzę nikogo, sądze, że mam dużą przewagę, do PK2 wydaje mi się, że biegnę optymalnie. Ląduję jednak po przeciwnej stronie kanału, który trudno przeskoczyć. W poprzek kanału leży trochę cienkich pni i gałęzi. Decyduję się na 'próbę równoważni', w połowie kanału równowaga bierze w łeb, oceniam odległość i widzę, że do brzegu nie doskoczę. Mam nadzieję, że kanał przy brzegu jest płytki i wykonuje rozpaczliwy skok, woda w rzeczy samej nie jest głęboka, ale zalegający pod nią muł powoduje, że wpadam do pół uda i zaskoczony sytuacją lecę nosem na wystający z brzegu korzeń.
Jakimś sposobem udaje mi się wyczołgać na brzeg, do punktu dochodzi akurat jakiś setkowicz, spojrzał na mój mały wypadek z pewną lekceważącą obojętnością, oczekiwałbym że widok gościa wypełzającego z błota wywoła u niego choćby nawet lekki uśmiech, być może jednak po sześćdziesięciu km marszu spada poziom poczucia humoru.
W każdym razie mam PK2, tu zmieniam nieco plan i widząc skąd dochodzą setkowicze decyduję się biec wzdłuż kanału, niestety teren utrudnia szybkie poruszanie i trochę żałuję tego skrótu, za chwilę jestem jednak na drodze i wracam do swojego rytmu. Zachęcony skutecznym pokonaniem jednego kanału liczę, ze pokonam kolejny, dzielący mnie jeszcze od asfaltowej drogi. Gdy dobiegam do niego okazuje się, że jest za szeroki i za głęboki. Na horyzoncie mostku nie ma, dopiero jakieś 100 m na południe widzę kilka zwalonych drzew. To bobry, sojusznicy biegacza na orientacje zrobiły mi most. Tym razem drzewa są solidne i udaje mi się przeprawić idąc po jednym, a drugiego trzymając się jak poręczy.
Dalej las, trochę niewygodny, a do tego jakieś ogrodzenie, chyba szkółki leśnej. W końcu dobiegam do drogi i ruszam po wcześniej zaplanowanej trasie na południe. Wygląda, że przebyłem już mostek, ale przecinki, która jest na mapie nie ma, skręcam w najbliższą i zaraz zauważam, że to dalsza przecinka, do PK3 na ambonie trzeba się odrobinę wrócić, ambonę widzę z daleka, nie widzę tylko punktu, po momencie zawahania wbiegam po drabinie i jest na górze.
Na razie jestem strasznie z siebie zadowolony, biegnę szybko, punkty zgarniam z biegu, co chwila muszę przypominać samemu sobie o koncentracji na następnym punkcie, bieg się jeszcze nie skończył, nie ma co popadać w samouwielbienie. Na PK4 nad rzeką znów wbiegam perfekcyjnie, po drodze miałem długi przebieg, zdążyłem zjeść batona i wyprzedziłem jednego setkowicza. Już obawiałem się, że to ktoś z 50, bo dość szybko uciekał, ale okazało się, że nie konkurujemy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że prowadzę. Do PK5 na szczycie wzgórza przebieg jest prosty, ale już zaczynam popełniać drobne błędy, najpierw nad rzeką trochę nadkładam drogi, a potem nie mogę znaleźć punktu na szczycie wzgórza choć jestem od niego 10 metrów, okazje się, że był z drugiej strony słupa. Tracę kilka minut, ale przewaga jest wciąż spora.
Moje dalsze decyzje to pasmo porażek. Pierwszy błąd to wybór idiotycznego wariantu, który zamyśliłem jeszcze poprzedniego dnia. Wymyśliłem, że pobiegnę na około, ale po prostych drogach, dzięki czemu przebiegnę szybko i się nie zgubię.
Wyszło jak zwykle, czyli biegłem wolno, drogi nie były szybkie, nie były proste a na koniec jeszcze się zgubiłem.
Zakręciłem się w lesie, w którym było sporo dróg nie będących na mapie. Nie mierzyłem dobrze odległości i azymutów. Starając się znaleźć jakieś miejsca identyfikowalne na mapie brnąłem dalej przez jakieś bagna, za chwilę spotkałem dziewczynę idącą w przeciwną stronę. Twierdzi, że punkt jest blisko i trzeba iść na wprost, kawałek dalej są rozstaje, która droga jest na wprost? Tego nie wiem i wybieram oczywiście nie tą co trzeba, przebiegam spory dystans i zaraz widzę, że to błąd. Wracam się i spotykam Dawida, którego poznałem na Skorpionie, i który również trochę się zgubił. Do naszej zagubionej dwójki dołącza za chwilę Sabina, która też szuka tego punktu. Jak na 90 km, które ma już w nogach wygląda zaskakująco świeżo.
Razem udaje się namierzyć PK6, jak się okazuje nie jesteśmy już jednak pierwsi. Błądzenie kosztowało mnie kupę czasu, a bezbłędnie nawigujący Bartek Grabowski zdążył znaleźć PK6 przede mną i Dawidem. Na PK6 spotykamy jeszcze jego brata Tomka, który podbija PK6 zaraz po nas. Wiem, że do PK7 już będzie łatwo, trzeba wybiec na łąki, a potem ze wsi droga idzie prosto na most na Tanwi. Wybiegamy z lasu i zrównujemy się z Bartkiem. Dawid wygląda mi na mocnego kondycyjnie. Na Skorpionie uciekłem mu na ostatnich kilometrach, teraz nie jestem taki pewny siebie, bo w biegu narzuciłem szybkie tempo i dołożyłem trochę dystansu. Kontrolnie zwiększam tempo, mój przeciwnik trzyma się dobrze, ale z czasem jednak zaczyna zostawać z tyłu. Na PK7 mam już kilka minut przewagi nad Dawidem i trochę więcej nad Bartkiem.
Do mety biegnę po drodze piaszczystej idącej wzdłuż rzeki, nie wiem, że droga ta wychodzi wprost na szkołę, przez co mało nie tracę zwycięstwa. Z mapy wynika, że szkoła znajduje się przy równoległej drodze nieco na południe. Skręcam przed kempingiem w lewo, za kempingiem na skos przez las i wypadam na asfalt. Tylko szkoły tu nie ma. Trochę panikuję, podbiegam do stojącego przy drodze dziadka. Gdzie szkoła?! Krzyczę niezbyt grzecznie, dziadek pokazuję ręką, faktycznie jest, ale nie przy tej ulicy. Skręcam w jakiś zaułek w prawo, tu wyrasta przede mną brama. Pewno będą psy, ale raz kozie śmierć, skaczę na podwórko, lecę jak oszalały po płotach, już niemal czuję oddech przeciwników 'na plecach'. Obiegam szkołę, jeszcze jedno ogrodzenie i jestem. Wygląda, że pierwszy. Trochę jestem zaskoczony, dobiegając miałem wizję, że Wojtek Wanat siedzi tam już i czeka na mnie z kpiącym uśmieszkiem, ale nie ma go, przez całą trasę go nie widziałem.
Kilka minut za mną do szkoły wpada Bartek, to znów niespodzianka, jak on ograł Dawida? Okazuje się, że Dawid pobiegł na około i tak jak ja szukał nie na tej ulicy co trzeba (szkoła była trochę przesunięta). Niebawem dobiegł Tomek, a Wojtek dopiero na piątym miejscu. Na jego usprawiedliwienie należy dodać, że miał problemy z żołądkiem, które mocno go osłabiły.
Tymczasem na sto kilometrów wygrał Michał Jędroszkowiak, świetny czas 11h25m, widać że Michał jest w formie. Doskonały wynik zrobiła też Sabina Giełzak na 100 km - 15h. Ula Wojciechowska wygrała wśród dziewczyn na 50km.
Moi pasażerowie Jacek i Janek też kończą swoje trasy, Jacek pokonuje 100km, a Janek 50 nawigując samodzielnie na prawie całej trasie.
Dla mnie rajd był udany. Już w rok po moim pierwszym starcie w InO udało mi się wygrać zawody.
Wybierałem szybkie przeloty i łącznie z błądzeniem wyszło mi 55 km trasy, dla porównania drugi na mecie Bartek nabiegał 46 km. Przy nawigacji jak widać mam jeszcze sporo do nadrobienia.
Dziękuję Hubertowi i przeciwnikom za super zawody i do zobaczenia na rewanżu, następne planuję DyMnO w maju.