Skorpion 2011
![]() |
|
Po sporym sukcesie w październiku w Harpaganie, gdzie zająłem czwarte miejsce, koniec roku był dla mnie dosyć feralny. W czasie wyjazdu do Peru i Boliwii pogorszył się stan mojego zdrowia. Zaraz po powrocie do Polski, z wysoką gorączką, wylądowałem w szpitalu na oddziale chorób tropikalnych. Obawiałem się malarii. Po serii badań lekarze zdiagnozowali mi dur rzekomy C pod postacią posocznicy. Po 15 dniach w szpitalu czekał mnie jeszcze miesiąc rekonwalescencji, nie byłem w stanie podjąć treningu, bo organizm był wycieńczony, odporność siadła i co rusz dopadały mnie pomniejsze infekcje. W połowie stycznia udało mi się wznowić treningi, tym razem celem był start w Skorpionie 2011 w Krasnobrodzie. Zdecydowałem się na 50 km, nie byłem w pełni sił i setka wydawała mi się dużym ryzykiem. Mając świeżo 50 km w nogach, po przebiegnięciu licznych wrednych wąwozów, wyboru swojego nie żałuję.
Na Skorpiona pojechaliśmy razem z Wojtkiem Wanatem, wcześniej zgadaliśmy się na forum internetowym. Wojtek dobrze biega i nawiguje, o czym przekonałem się już przed rokiem, przegrywając z nim na Dymnie. Do Krasnobrodu przybyliśmy wieczorem, rano o 8.00 start. Organizacja bardzo dobra, jedyny problem to za mało ubikacji, na szczęście skorzystałem odpowiednio wcześniej i uniknąłem kolejki.
Start i lecimy, na początek obiegam szkołę ze złej strony i czołówka trochę ucieka. Stopniowo jednak gonię szpicę i na jedynce jestem pierwszy. Na razie łatwo, ruszam w stronę dwójki i już widzę za sobą ogon. Wybieram wariant na azymut, potem drogami polnymi, ale tu coś sknociłem i dobiegam nie tam, gdzie chciałem. Włażę do jakiegoś wąwozu, ale to nie ten kierunek, za mną błąd robi drugi biegacz, szybko korygujemy się i docieramy do dwójki od zachodu. Do trójki zaczynam biec polem, tam wpadam w dziurę zasypaną śniegiem i wywijam sporego kozła, nie wiem, czy to po tym, czy może po jakiejś bruździe zamarzniętej, boli mnie trochę kostka. Za chwilę zrównujemy się z Wojtkiem, przed nami jeszcze trzy osoby, w tym jedna dziewczyna. Przez to, że biegnę za grupą tracę orientację i nie jestem pewny, gdzie dokładnie się znajduję. Kiedy zbiegamy na szeroką polanę zatrzymuję się, wydaje mi się, że biegnący przed nami popełniają błąd. Wojtek sądzi tak samo, zmieniamy kierunek, jak się później okazuje, obaj tracimy na tym sporo. Po chwili rozdzielamy się, zaliczam kolejne wąwozy, ale nic się nie zgadza. Wybiegam w końcu w górę na grzbiet, panika, nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Biegnę koło gospodarstwa, pytam gościa rąbiącego drewno, ale on nie bardzo umie mi pokazać na mapie. Oceniam, że znajduję się przy budynku widocznym na mapie i zaczynam biec drogą obchodzącą odnogi dużego wąwozu od południa. Teren mniej więcej się zgadza, po wydeptanej ścieżce docieram do szczytu wąwozu. Kod punktu EE, E jak error, mam złe przeczucia, ale kasuję punkt, potem okaże się, że trafiłem towarzysza.
Dalej droga wydaje się dowodzić, że skasowałem prawidłowy punkt. Zbiegam w dół, przebiegam dolinką za grupą chłopaków, potem otwierają się widoki na pola i dolinki zabudowane domami. Łatwo ocenić, gdzie jest 4. Lecę na wprost, na czwórce spotykam odpoczywającą grupę z 100. Na trójce straciłem sporo czasu, teraz doganiam parę, która wybiera wariant przez wąwozy, ja decyduję się biec przez pola w lewo. Do 5 docieram łatwo, są ślady poprzedników i teren jest logiczny. Na 6 chcę się dostać przez pola unikając leśnych jarów. To samo wymyślił chłopak przede mną, to Dawid, biegnie szybko, po wyjściu z lasu zrównujemy się. Jeszcze kilometr i skręcam w drogę, która prowadzi w pobliże 6. Dawid też skręca, ale za chwile już go nie widzę, potem okazuje się, że wybrał sprytny skrót. Ja zdecydowałem się atakować punkt z miejsca, gdzie droga przechodziła nieopodal.
Na 7 biegnie się już łatwo, dobrze widać okolicę i można się naprowadzić, popełniam jednak niewielki błąd czytając mapę i wybiegam o 200 metrów na prawo od punktu. Wącham i wącham, ale ogniska nie czuję, decyduję, że trzeba w lewo i słusznie. Za chwilę jestem na 7, to półmetek. Szybka herbatka. Przede mną był tyko Dawid, tracę do niego minutę, zaskoczony jestem, że nie dobiegł jeszcze Wojtek, myślałem, że jest przede mną. Potem okazało się, że deptał mi po piętach, na 7 przybył 2 minuty za mną.
Do 8 długi przebieg, ale raczej wygląda łatwo, Dawid z początku trochę mi ucieka, ale doganiam go przed wioską. Do wioski wbiegamy razem. Patrzę na mapę i wybieram azymut na domniemaną ósemkę. TU POPEŁNIŁEM KARDYNALNY BŁĄD DEKONCENTRACJI. Wybiegłem do wsi inną drogą niż myślałem i byłem kilkaset metrów bardziej na zachód. Dawid zasugerował się mną i też poszedł. Po kilku rundkach na zboczu wzgórza oceniemy, że nie jesteśmy w dobrej okolicy, przesuwamy się na wschód, ale za mało. Znów dwie rundki - góra, dół. Nogi już zmęczone, duch złamany, godzina w plecy. W końcu odgadujemy gdzie był błąd, trafiamy na dwójkę biegaczy i z nimi docieramy do pk8.
Punktów jeszcze sporo do mety, robi się późno, a ja w swym zadufaniu nie zabrałem latarki, no to ładnie, jak dopadnie mnie zmrok to będzie kaplica (śniętego ćwoka) zamiast Rocha.
Po przygodzie z godzinnym szukaniem punktu, tym razem zgodnie decydujemy z Dawidem zbiegać do wsi i potem naprowadzić się na pk9 od północy. Decyzja okazała się trafna. Docieramy bez przygód i stosunkowo wygodnie. Do 10 biegniemy najpierw polami na grzbiecie, potem decydujemy zbiec do kotlinki, tu jakiś czas widać ślady, najprawdopodobniej Wojtka. Przebiegamy koło leśniczówki, droga skręca za bardzo na południe, decydujemy, że to odpowiednia dolina i uderzamy w wąwóz, śladów brak, ale wyprowadza nas ładnie, prosto na punkt. Serca rosną, jeszcze tylko 2 punkty, ostatni wydaje się łatwy - kaplica Św. Rocha. Do pk11 biegniemy grzbietem, kilka razy mamy wątpliwości, ale jakoś idzie. Trafiamy bez pudła. Po błądzeniu przy 3 i 8 dość już mam azymutów i niepewnych przebiegów. Idziemy po najmniejszej linii oporu, czyli drogą nad Wieprzem. Przy jeziorku skręcamy w prawo i do góry. Tu trafiamy na zaznaczoną ścieżkę turystyczną, domniemuję, że prowadzi do naszej kaplicy. Podbieg jest długi, Dawid odpuszcza i przechodzi do marszu. Ja biegnę mozolnie dalej, potem stromo w dół i widzę kaplicę, jeszczę na moment głupieję szukając za nią lampionu, ale jest, tylko trochę wyżej na drzewie. Pozostaje zbiec w dół do szkoły, droga prosta jak w pysk strzelił. Nogi nawet niosą wiedząc, że nie będzie więcej wąwozów. Wpadam do szkoły. META, godzina 16.16.
Wojtek przybiegł już dosyć dawno, okazuje się, że łyknął dwa punkty stowarzyszone. U mnie sędziowie odnajdują jednego towarzysza, to ta nieszczęsna trójka z kodem EE. Kalkuluję czas, mój, Wojtka, kary, jednak drugi, brakło kilka minut, dokładnie 9. Kilka minut po mnie przybiega Dawid, ale też miał 3 towarzysza, więc zajmuje 3 miejsce. Przebieram się i idziemy na obiad, nogi bolą, szczególnie prawa kostka, chyba lekko skręcona na początku biegu. Idziemy na obiadek, bardzo przyjemna stołówka, organizatorzy zabawiają nas rozmową, zupka, mielony, ziemniaki i kompocik, aż miło.
Dostajemy trofea, ładne puchary i upominki - Wojtek wygrał nawet wycieczkę na Ukrainę. Potem w samochód i do domu, rodzinki czekają. Kiedy dojeżdżamy do Warszawy, Wojtek patrzy na zegarek, chłopaki teraz jeszcze dochodzą, za chwile kończy się limit czasowy. Czasem warto się pośpieszyć i na noc do domku.
Bieg uważam za bardzo udany, trasa trudna, wymagająca, ale o to chyba chodziło. Osobiście poszło mi dobrze. Owszem, mogło być zawsze lepiej, mogło nie być błędów, wyszło jednak na to, że gubili się wszyscy. II miejsce to na razie mój największy sukces w biegach na orientację. Nabieram trochę wprawy w nawigacji, tym razem jednak w dwóch kluczowych momentach zabrakło mi koncentracji. Zawody dobrze zorganizowane, świetny klimat, ciekawa trasa, dopisała pogoda - mało śniegu, dzięki czemu nie było masakry. Na minus tylko te kible i brak ciepłej wody.
