HANUMAN TIBBA ZDOBYTY
![]() |
Po czterech latach i po czterech probach, udalo mi sie w koncu stanac na wymarzonym szczycie. Podczas kolejnych prob przyblizalem sie do celu i forsowalem kolejne przeszkody. W 2007 roku udalo sie dotrzec jedynie do obozu 1 pod przelecza Tentu. Droge utrudnialy wtedy nie tylko spadajace kamienie i kawalki lodu, ale przede wszystkim lodowy serak blokujacy zleb. W czasie drugiej, samotnej proby chcialem obejsc serak poszukujac drogi w scianie skalnej, ze wzgledu na trudnosci techniczne zdecydowalem sie zawrocic. Pod gore powrocilismy w 2010 roku w wiekszym 4 osobowym zespole. Zleb okazal sie tym razem latwiejszy do sforsowania, nie bylo blokujacego droge seraka. Natomiast malo braklo, by zaskoczyla nas w nim olbrzymia lawina spowodwane przez zerwane nawisy na przeleczy Tentu. Na szczescie gdy nawisy sie urwaly bylismy poza zlebem. Zagrozenie kolejnymi lawinami zmusilo nas do poszukiwan drogi w scianie, po dwoch probach dalismy jednak spokoj skale i zdecydowalismy sie na pokonanie zlebu. Przejsc dokonywalismy nad ranem, minimalizujac w ten sposob ryzyko. Pierwszego przejscia zlebu i rekonesansu gory od strony poludniowej dokonali Jojo (Krzysiek Janik) i Konrad Bytom. Ze wzgledu na konczace sie jedzenie i zle samopoczucie Konrada zespol zawrocil, a nastepnie podzielil sie, tj. Ja z Jojem poszlismy podnownie atakowac gore, a Konrad z Grzeskiem Pociejewskim zeszli do miejscowosci Manali. Wraz z Jojem spedzilismy po poludniowej stronie szczytu 3 dni, w czasie ktorych dokonalismy najpierw nieudanej proby wspinaczki skala i zlebem. Ostatniego dnia doszlismy pod poludniowy prog skalno-lodowy zamykacy dostep do szczytu. Droga okazala sie bardzo wymagajaca. Ja probowalem dostac sie na prog frontalnie lodowym zlebem, obawa o mozliwosci odwrotu zniechecila mnie do kontynuowania wspinaczki. Dotarlem na wysokosc 5400m.n.p.m.. w tym czasie Jojo probowal znalezc droge na grani zachodniej, co rowniez zakonczylo sie odwrotem z wysokosci 5500 m.n.p.m. Pozniej okazalo sie, ze prowadzilismy atak nie zdobyta poludniowa sciana, a nie jak sadzilismy droga klasyczna.
Wobec poczatkowych niepowodzen, kolejnych juz z reszta, liczac nieudana probe podjeta w 2007 roku, Jojo i reszta ekipy zrezygnowala z dalszych prob zdobycia szczytu i wyruszla zwiedzac polnocne Indie. Ja zdecydowalem sie zostac i po przeczekaniu 3dniowego okresu opadow monsunowych powrocilem pod szczyt. Zdecydowalem sie na atak samotny, jako ze znalem juz dobrze droge, dowiedzialem sie tez wiecej na temat drogi klasycznej i zapoznalem sie ze zdjeciami z wyprawy izraelskiej w 2009 roku. Majac juz dobra aklimatyzacje wspialem sie z ciezkim plecakiem pierwszego dnia do C1, co zajelo mi 8h z Solang Nala. Po krotkim snie w C1 w kolejne 4h wyszedlem nad ranem zlebem pod przelecz Tentu, to fragment najbardziej zabojczy calej drogi. Dalej zostal mi juz tylko lodowiec, malo szczeliniasty, ale bardzo rozlegly i jak sie okazalo pokryty swieza warstwa sniegu. Gleboki snieg utrudnial mi dalszy marsz i spowodowal, ze oboz ktory zalozylem znajdowal sie znacznie blizej niz wlasciwy C3. Noc spedzilem mocno zdenerwowany, zastanawiajac sie czy uda sie poprowadzic atak nastepnego dnia, Powodem mojego stresu byl wieczorny deszcz, obawialem sie, ze przejdzie w opad sniezny, uniemozliwi mi atak, a co gorsza odetnie droge powrotu i zablokuje mozliwosc zejscia z Tentu. Na szczescie deszcz szybku ustal. Znow wstalem nad ranem o 2.30 i godzine pozniej wyruszylem do gory. Przejscie do wlasciwego C3 zajelo mi juz na lekko 1h15m, snieg byl po kostki i szlo sie dobrze. Problemy zaczely sie przy podchodzeniu pod szczyt z C3. Snieg stawal sie glebszy w niektorych miejscach, zrobilo sie pochmurnie, a nastepnie mgliscie. Zdecydowalem sie na przejscie na prawo w strone grani wschodniej, ze wzgledu na duzo swiezych sladow lawin na wiodacej prosto drodze klasycznej. Decyzja zaowocowala poprowadzeniem nowego wariantu wejscia, ktory jednak okazal sie dosyc trudny i czasochlonny. Zapadajacy sie snieg nie ulatwial zadania, pomimo dobrego samopoczucia pokonywalem zaledwie ok. 100 m wys/h. Przed poludniem zrobilo sie tak mgliscie, ze z trudem rozpoznawalem kontury nawisu na grani, ktory mial kluczowe znaczenie dla mojego bezpieczenstwa, bylo zupelnie bialo. Dzieki uzyciu urzadzenia GPS wiedzialem na jakiej jestem wysokosci i mialem pojecie o kierunku, w ktorym powinien znajdowac sie szczyt. Pozniej okazalo sie, ze koordynaty szczytu nie byly wprowadzone prawidlowo i jego rzeczywista lokalizacja roznila sie o 70 m.
Ostatnie fragmenty podejscia okazaly sie stosunkowo strome, wzialem tylko jeden czekan za rada hinduskiego przewodnika, ktory znal droge. Z jednym czekanem i kijkiem nie czulem sie komfortowo, ale jak sie pozniej okazalo we mgle wchodzilem grania wschodnia, znacznie trudniejsza niz wariant prosty.
Na szczycie stanalem o 12.30 po 9h wspinaczki. Na szczycie staly dwa patyki, bedace forma sanktuarium. Jako, ze nie udalo mie sie zakupic banana w miejscowosci Solag Nala, zlozylem Hanumanowi w ofierze suszona fige. Mialem nadzieje, ze nie obrazi, sie ze mu fige przynioslem, ale skoro pozwolil mi bezpiecznie zejsc, to znaczy ze malpi bog Hanuman lubi tez figi.
Zejscie rowniez przysporzylo mi sporo stresu, najpierw przez coraz bardziej lawiniasty snieg, potem juz po powrocie do mojego namiotu stresowalo mnie kiepskie samopoczucie. Byc moze po trzech bardzo intensywnych dniach wspinaczki z ciezkim plecakiem i w zapadajacym sie sniegu bylem po prostu przemeczony. W mojej glowie powstala wizja, ze nad ranem poczuje sie tak zle, ze nie bede mogl zebrac obozu i zejsc. Widzialem siebie niejako z zewnatrz, tj. Myslalem o sobie jako o innej osobie, ktora ma problem z zejsciem i ta wizja nie pozwalala mi zasnac. Na szczescie mimo kiepskiego samopoczucia (bol brzucha i lekka goraczka) wykonalem wszystkie mozliwe czynnosci, majace na celu postawieniem mnie na nogi nastepnego dnia, a raczej jeszcze tej nocy. Zjadlem wiec posilek, mimo braku apetytu, przygotowalem snieg na poranne gotowanie i spakowalem co sie dalo na rano. W nocy budzik nastawiony na 1.00 zbudzil mnie, wstalem jednak z trudem, z czasem gotujac i pakujac sie poczulem sie jednak lepiej i po dwoch godzinach bylem gotowy, oboz zebramy, zalodzony namiot spakowany i moglem wracac. Noc byla gwiazdzista, snieg dobrze zmrozony i szlo sie swietnie, dopiero zblizajac sie do Tentu warunki staly sie trudniejsze, sniegu bylo tam wiecej i mimo zmrozenia zapadalem sie co dwa, trzy kroki. Na Tentu zdolalem jednak dotrzec przed 7 rano, co dawalo duze szanse na bezpieczne pokonanie zlebu. Zejscie stromym i waskim zlebem zajelo mi zaledwie pol godziny, w C1 wreszcie moglem sie wyluzowac. Bylem juz prawie w cywilizacji. Zniknal stres zwiazacny z izalacja na lodowcu odcietym od swiata przez lawiniasty zleb. Pozostal jeszcze jeden przepak, zmiana butow ze skorup na lekkie sportowe i kilka godzin zejscia do Solang Nala z ciezkim plecakiem.
Doswiadczenie samotnej walki z moja wymarzona gora zawsze zostanie mi w pamieci, surowe piekno, lodowe pustkowie, bezludna przestrzen, brak zasiegu telefonu, odciecie od swiata i zdanie tylko na siebie, zmaganie sie z wlasna slaboscia i wiara, ze wszystko bedzie ok. A Hanuman mnie nie rozpieszczal, rzucal klody pod nogi, na koniec dal sie jednak przeblagac, choc fige mu przynioslem.
