Jan Lenczowski

polski|english|espanol
Kamczatka 2003 | Pik Lenina 2006 | Nanda Devi East 2009
Ameryka Poludniowa 2005 | Islandia 2002 | Indie 2007 | Albania 2004 | Hiszpania 2004 | Majorka 2003 | Kuba 1999
biegi na orientacje | bieganie | wspinaczka | plywanie
figury piaskowe | grafiki | zdjecia
Zumbi z Palmares | Rewolucje w Brazylii w XIX wieku | Hindusi na Karaibach | Azjaci w Ameryce Lacinskiej
| | | | | |
| | | | | |

Pierwsze polskie przejście Kamczatki zimą

Zimowe Przejście Kamczatki - 330 mil śnieżnej żeglugi

tekst: Maciej Kania, zdjęcia: Rafał Sieradzki

Kamczatka


Tytuł nie przypadkowy, bo cóż innego jak nie porównanie z nieskończoną morską otchłanią lepiej oddaje marsz przez arktyczne śnieżne pustkow...

370 tysięcy kilometrów kwadratowych, 1200 km długości i 450 szerokości, duże różnice klimatyczne między południową i północną częścią półwyspu, 160 wulkanów - najwyższy Kluczewska Sopka o wysokości przekraczającej 4800 metrów n.p.m., mniej ludzi niż niedźwiedzi (największe na świecie zagęszczenie). Tak w teorii wyglądał cel naszej zimowej wyprawy.

Potem miesiące przygotowań i duma, że będziemy pierwsi, którzy przejdą Kamczatkę zimą. Przejdą, bo nikt nie wątpił chyba, że się nie uda, choć z drugiej strony chyba nikt do końca nie wiedział jak ta wyprawa będzie wyglądać i chyba każdy miał zupełnie inne wizje i czego innego się po tej przygodzie spodziewał.

Wakacje minęły nam w różnych częściach Skandynawii. Ja miałem szczęście znaleźć się na największym lodowcu tzw. w tym przypadku Europy: Vatnajokull w Islandii - przepiękna rzecz!

Jesień to zakupy, patroni medialni, sponsorzy i inna biurowa krzątanina pełna telefonów, faksów i długotrwałego ślęczenie przed komputerem. Wreszcie wyjazd. Ostatnie dni jak zwykle w takich przypadkach wypełnione ponad miarę i nadzieja, że kiedyś w końcu się wyśpimy - w rosyjskim pociągu.

17 grudnia, godzina 6 rano, stacja Kraków Główny. Ruszamy - cały skład to Jaś Lenczowski, Rafał Sieradzki i niżej podpisany Maciej Kania - wszyscy absolwenci lub studenci Akademii Ekonomicznej w Krakowie, związani z tutejszym klubem PTTK.

Podróż przez granicę i dalej w głąb Rosji bez historii. Tak jak robiłem to wcześniej i tak jak robi to wielu polskich turystów przemierzających latem ten wielki kraj.

Na lotnisku "Domadiedowo" pierwsze problemy - jak zwykle na wschodzie ich źródłem są urzędnicy. Nie chcą przepuścić naszego ekwipunku, nie panują nad przepływem ludzi i towaru, o mało nie gubią naszych biletów i jeszcze każą nam płacić za nadbagaż większy niż był w rzeczywistości. Pani mnie jeszcze wyzwała, że mam się uczyć ruskiego - a nauczę się chętnie, zapewne i tak posługuję się nim lepiej niż szanowna "grażdanka" językiem polskim lub angielskim. Samolot też koszmarny, ale zaraz znaleźliśmy jego pozytywy w niedrogim piwie. O 13 czasu lokalnego, lecz niestety dopiero 4 rano moskiewskiego dotarliśmy do Jelizowa - małego miasteczka z portem lotniczym obsługującym Pietropawłowsk Kamczacki. I nie było wtedy już do śmiechu, gdy koledzy na pytanie pogranicznika o organizację nas wspierającą nie mogli sobie przypomnieć nawet własnych imion.

Początek szybki - wsiedliśmy niemal w pierwszy autobus wiozący nas na środkowy zachód, do Esso, zwanego przez miejscowych "Szwajcarią Syberii". Tam szybko mieszkańcy - ech, co za ludzie żyją na Syberii, najprzyjaźniejsi i najgościnniejsi na świecie - ulokowali nas w pomieszczeniach "Aeroportu". Mieliśmy tam spokojnie czekać na helikopter. W między czasie zarejestrowaliśmy się na milicji - szkoda, że dobrze nie wczytaliśmy się we włożone nam do paszportów "bumagi", może dzięki wielkiej przychylności tamtejszych mundurowych a naszej wiedzy udałoby nam się uniknąć później nieprzyjemności i kary. Zarejestrowali nas, bowiem na swoim terenie na 3 dni, ale w całym okręgu na równy miesiąc, przewidując jak widać ewentualne kłopoty, jakie mogą spotkać niczego niespodziewających się obcokrajowców. Warto w tym miejscu nadmienić, że Kamczatka była do niedawna zupełnie zamkniętym obszarem, na który dostęp mieli jedynie nieliczni za specjalnym pozwoleniem. Do dzisiaj jednak pozostało wiele utrudnień w przemieszczaniu się związanych z obecnością dużych baz wojskowych posiadających najprawdopodobniej rakiety dalekiego zasięgu.

Choć w stolicy regionu było całkiem ciepło, już kilkaset kilometrów na północ, w Milkowie w dolinie rzeki Kamczatki notowano minus 42°C, a w Esso tylko minus 20 (rekord podczas naszego pobytu padł właśnie tam - minus 34°C).

Miejsce naszego, jak się potem okazało tygodniowego, postoju okazało się faktycznie wyjątkowo urokliwe. Szybko też odkryliśmy jak wygodnie korzystać z ubikacji na świeżym powietrzu, basenu z wodami termalnymi (co za frajda kąpieli, gdy na dworze panuje taki mróz!) , łazienki z wanną z wodą wpuszczaną doń z kaloryfera i bojlerem służącym nie jak zwykle do ogrzewania lecz do chłodzenia wody. Poznaliśmy także miejscowe sklepy i knajpki, pijaków i pracowników portu lotniczego, a także dzięki przychylności jednego z nich udało nam się oglądnąć uroczystości noworoczne tutejszych Ewenów - koczowniczej niegdyś ludności mongoloidalnej (najliczniejsi są Koriacy zamieszkujący głównie północną część półwyspu, czyli Koriacki Okręg Autonomiczny, ale jest tu także wielu Ewenów i Ewenków - stanowią oni wszyscy jednak coraz mniejszy odsetek mieszkańców wobec wciąż dużej ilości przybyszów z "Balszojej Rossiji"). Niestety po obiecującym wstępie w wykonaniu przebranej w skóry i uzbrojonej w bębny grupy artystycznej, reszta okazała się bardziej zwyczajna niż się spodziewaliśmy - obowiązywał tylko język rosyjski wobec braku znajomości własnego, a towarzystwo było zwyczajnie pijane, ich zabawy niczym nie różniły się od tych oglądanych w Polsce przy okazji różnego rodzaju zabaw w wiejskich remizach.
Święto Ewenów

Wreszcie nadszedł dzień, w którym helikopter miał odbyć lot z Esso do Ust Hajriuzowa - przyniósł jednak jedynie rozczarowanie i wściekłość. Nadmiar towarów spowodował odmowę zabrania jeszcze nas na pokład. Załapała się jedynie sympatyczna Mołdawianka wracająca do domu z pracy w Oktiabrsku.

Teraz potrzeba było szybkiej oceny sytuacji i podjęcia decyzji. Nie ulegało wątpliwości, że nie możemy tak czekać z założonymi rękoma, bo następna okazja przydarzy się nie wcześniej niż za tydzień, a i tak nie ma gwarancji, że nie powtórzą się te same kłopoty.
Okazało się, że właśnie odjechał z pobliskiego Anawgaja wiezdohod jadący do Ust Hajriuzowa (oficjalna nazwa to GTT - transporter opancerzony na gąsienicach używany w tym trudnym terenie jako alternatywny wobec helikopterów środek transport zaopatrzenia dla odległych wsi i miasteczek; przewozi się nim także benzynę!).

Wychodzimy na drogę z postanowieniem odbycia pieszej wędrówki - w końcu to jedynie 25 km po dobrej drodze. Wielka, japońskiej produkcji i z kierownicą z prawej strony, wioząca wiele ton ładunku ciężarówka mija grupkę łapiących okazję Ewenów i zatrzymuje się tuż przed nami. Młody kierowca przy małej naszej pomocy ładuje 3 pary sanek ważące 45 kg każde na górę ogromnej fury drewna - jakby spadły na oblodzoną drogę z wysokości 4-5 metrów mogłyby się nieźle potrzaskać, ale liczymy na szczęście. Rozmowa z szoferem przebiega bardzo miło - widać, że chłopak hołdujący ideom autostopu i pomocy ludziom nie będzie chciał od nas zapłaty.

W Anawgaju dowiadujemy się, że helikoptery w tym kierunku tylko z Esso, wiezdohod faktycznie już pojechał, a teraz doładowują jeszcze dwa udające się w kierunku Tigilia - niestety i tak zbyt przeładowane, żeby mogły nas zabrać. Naczelnik wsi jednak proponuje nam przewóz dwoma skuterami śnieżnymi marki "Buran" z ciągniętymi z tyłu saniami, ale koszt pożeranej przez nie benzyny nas przeraża. Poczciwy Ewen organizuje nam jednak nocleg w znajdującym się w przedsezonowym remoncie hoteliku - właściciel Andriej okazuje się złotym człowiekiem i nie tylko oddaje nam za darmo całą chałupę do dyspozycji wraz ze swoim pokojem, ale jeszcze wyposaża w mięso i ryby na drogę (wspominał, że będąc w 1981 w wojsku wysłany był pod polską granicę i podpisywał oświadczenie o pomocy bratniemu narodowi polskiemu!).

Nawiasem mówiąc sam Anawgaj to bardzo sympatyczna wioska. W przeciwieństwie do Esso tutaj Eweni stanowią wyraźną większość. Co ponadto ciekawe, wieś jest w całości zaopatrywana w gorącą wodę i ogrzewana dzięki wykorzystaniu wód termalnych.

Postanawiamy iść do naszego miejsca startu pieszo! Dwa kilometry po drodze jezdnej i w bok w dolinę rzeki Anawgaj. Na początku zresztą trakt był także znakomicie widoczny w terenie, a marsz ułatwiały śladu wiezdohodów jadących dzień wcześniej do Tigilia. Potem skręt w lewo od rzeki i strome podejście pod górę. Próbujemy dojść do jednej z chałup rozrzuconych w odległości ok. 20 km od siebie wzdłuż tzw. kabla biegnącego do celu naszej obecnej wędrówki Ust Hajriuzowa.

Czeka nas 240 kilometrów zmagań z terenem, nartami, saniami, (kto nigdy nie próbował ten nie zdaje sobie nawet sprawy, jaka to męczarnia wciąganie takiego ładunku pod jakąkolwiek choćby najmniejszą górkę) śniegiem, drzewami, zamarzniętymi lub nie rzekami oraz mrozem. Dysponowaliśmy wystarczającą ilością żywności i nartami biegowymi ? znakomite na zmrożoną skorupę, kompletnie oczywiście zawiodły, bo musiały, na bardzo kopnym śniegu. Benzyna okazała się straszliwie zanieczyszczona, co spowodowało konieczność codziennego dokładnego przedmuchiwania i mycia palnika. Zużywała się także szybciej niż zakładaliśmy - stąd później korekty w wyposażeniu. Nawiasem mówiąc eksperyment z tzw. "kerosiną", używaną tu do helikopterów, nie powiódł się. Przekraczanie rzek okazało się bardzo kłopotliwe i trochę niebezpieczne udowadniając zarazem niedorzeczność pomysłu wykorzystania ich jako traktów komunikacyjnych (przynajmniej nie większość z nich i nie o tej porze roku - na początku stycznia, gdy najczęściej nie są jeszcze w całości zamarznięte). Wreszcie mapa - 1:1 000 000 daje raczej wątłe pojęcie o faktycznym ukształtowaniu terenu i drodze. Dobrze, że Jasiu kupił GPS, który umożliwiał nam nawigację satelitarną.

Nowy rok spędzamy w namiocie w górach, gdy nie udaje nam się w ciemnościach odnaleźć drugiej chatki. Kilkaset metrów od nas przebiega ogromne stano jeleni.

Tam na "pieriewale" po raz pierwszy na wyprawie używamy nart podczas przejścia - na przewianym i zmarzniętym płaskowyżu, u podnóża wulkanu Anaun (ponad 1800 m n.p.m.) jedzie się na nich znakomicie. Wrogiem są jednak wszelkie wzniesienia - na zjazdach można się nieźle poturbować na nartach biegowych ciągnąc za sobą sanie, na podjazdach trzeba najczęściej zdejmować narty, gdyż ciężar bagażu jest za wielki.

Przed dojściem na przełęcz spotykamy myśliwego - co za niespodzianka na takim pustkowiu. Ciekawe, kto był bardziej zaskoczony. Starszy człowiek, Ewen wracał z myśliwskiej osady Kekuk. Jak powiedział skończyła się żywność więc czas do domu. Nie miał przy sobie za wiele poza kijem, szerokimi nartami myśliwskimi i małym plecaczkiem, więc pewnie poruszał się o wiele szybciej niż my - prawdziwy bohater tych arktycznych terenów. Idąc pozostawiał za sobą pojedyncze ślady lisa, mając laskę zakończoną łapą tego zwierzęcia. Daliśmy mu trochę herbaty i cukru. Opowiadając potem znajomym o spotkaniu powiedział jedynie: "takie same duraki jak ja".

Piąty dzień okazał się nadspodziewanie ciężki. Przeprawa przez sporą rzekę Ticha, pomimo niecałkowitego jej zamarznięcia nie przysporzyła problemów, ale znów idąc w ciemnościach nie dochodzimy do chałupy. Do tego Jasiek łamie przypadkowo jeden kijek narciarski. Rano wychodzimy z namiotu nieco zmarnowani - temperatura w nocy spadła poniżej minus 30°C. Zaraz potem o mało nie przejeżdża nas GTT - chłopaki z ekipy obsługującej kabel obiecują nam, że nas zabiorą w drodze powrotnej. Po arcyciekawym dniu pełnym słońca, przepraw przez nie w pełni zamarznięte rzeki, mostki lodowe, niesamowitych widoków wulkanów oraz niebezpiecznych zjazdów i wywrotek dostajemy się do kolejnego schronu. Było tego dnia bardzo mroźno. W około jednak masę łatwego do łamania drewna - piec, więc rozpala się sprawnie i szybko robi się w chatce ciepło. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy gdyby przyjechał teraz wiezdohod wsiedlibyśmy, czy też nie. Ledwie jednak rozmowa na ten temat się urwała i zaczęliśmy się rozsiadać i grzać przemarznięcia, dał się słyszeć huk silników - nadjechał "czołg". Chłopcy sami zatrzymali silniki i wleźli do chałupy. Okazało się, że materace i lampa naftowa, które tak nas cieszyły są ich - mieli zamiar tu spać, ale teraz zmieniają decyzję, bo uznają, że nie zmieścimy się w siedmioro tutaj. Następny domek ma być o wiele większy. Dla nich to tylko godzina drogi. Ładujemy się "na pakę". W środku też panuje ujemna temperatura. Po drodze jeszcze odwiedziny w domu myśliwskim w Kekuku - szybka herbata i rozmowa z przebywającym tam sympatycznym staruszkiem.
Wiezdochod

Nocleg wypadł w obszernym barakowozie. Rozpalenie w piecu nie zajmuje dużo czasu - ekipa nadzorująca kabel ma ze sobą dużo drzewa i siekierę. Wkładają do pieca puszkę z papierem i dużą ilością "kerosiny", a na górę dopiero wielkie bale drewna - zajmują się bez większych kłopotów. Potem wystawna kolacja - całe wiadro nałapanych właśnie świeżych pstrągów szybko ląduje po wypatroszeniu na patelni. Wyjmują chleb, konfitury z czerwonych jagód, kawior, słoninę, solonego łososia - palce lizać. My mieliśmy niewiele do zaoferowania oprócz czekolady. Jako oczywistość traktowali używanie do rozpalenia ognia kartek książek - jak się potem przekonaliśmy nie tylko oni. Smutne, ale przez lata komunizmu literatura kosztowała tutaj grosze, a i teraz nie jest droga. Wszyscy mają pod dostatkiem książek, ale nikt ich chyba za dużo nie czyta, więc ich nie szanują.

Kładąc się spać zorientowaliśmy się, że mamy dość spore odmrożenia. Rafał palca u nogi, Jasiek pół stopy, a ja dłonie. Trzeba będzie uważać, ale na razie staramy się bagatelizować problem.

Szefem ekipy obsługującej kabel, która przygarnęła nas do swego GTT był Sasza Łamzow. Całą drogę pokazywał nam jak najlepiej przebrnąć przez różne trudne miejsca, gdzie lepiej nam będzie spać i zastanawiał się z kolegami gdzie by nas można było ulokować w Ust Hajriuzowie. Odwiedziliśmy pijanego myśliwego (ros. "ochotnika") - sympatyczny, ale po alkoholu strasznie trudny do zniesienia, zawadiaka, żeby nie powiedzieć agresywny. Na Kamczatce każdy biały jest skądś. Pijak, też jak połowa mężczyzn Sasza, był z Białorusi. O mało nie wywołał bójki, broniąc przed spaleniem starego magazynu literackiego wydanego w Mińsku. Ale inne książki pozwolił. Potem pojechał także wiezdohodem przymilając się i figlując z Jasiem, próbując rozmawiać ze mną i na siłę wciskając nam wódkę i koce do przykrycia. Bardzo trudny przypadek.
szasza i 4 pancerni

Na miejscu zaskoczenie - mamy spać w hotelu przedsiębiorstwa łączności. Prawie luksusowy, ściany w pokoju wyłożone dywanami, wieczorami przychodziła starsza pani by wyrzucać śmieci i wymyć łazienkę, a przy okazji z nami porozmawiać - nie była męcząca, a piękny literacki rosyjski to miła odmiana po kontakcie z gwarą robotniczą. Wieczorem pierwszego dnia zawitał do nas na chwilę Sasza Łamzow przynosząc ogromny kawał słoniny (znakomitej zresztą, świetnie przyprawionej) oraz 2 litrowe słoiki z solonym łososiem i znakomitym tutejszym kawiorem (na Kamczatce mają jedynie czerwony). Po prostu coś wspaniałego.

Gwarantem naszego bezpieczeństwa i spokoju został naczelnik przedsiębiorstwa pan Krasnowski (rodem z Chabarowska, ale z polskim pochodzeniem). Zresztą faktycznie człowiek z wielką klasą i cieszący się podobnie jak Sasza wielkim uznaniem miejscowych.

W hotelu natomiast zaprzyjaźniliśmy się z innym jeszcze Saszą - młodym inżynierem mieszkającym na stałe w Pietropawłowsku. Jak się zorientowaliśmy całkiem dobrze im się tam żyje. System pracy jest nieco inny niż u nas ? pracują 7 dni w tygodniu, ale przez miesiąc, po czym mają kolejny miesiąc przerwy. Przypuszczalnie przedsiębiorstwo pracuje non stop i na większości stanowisk dubluje się zatrudnienie. Zarobki nie odbiegają od naszych. Ceny jednak w Ust Hajriuzowie są wyższe znacznie niż w pozostałej części Rosji czy nawet w Polsce. Sasza większość produktów przywozi zwykle ze sobą z Pietropawłowska.

Odwiedziliśmy także przesympatycznego Ukraińca z Doniecka, który naprawił Jaśkowi jego kijek narciarski. Bardzo ciekawy człowiek - przygłuchy, więc specyficznie bardzo mówił, stąd wzięliśmy go za kolejnego pijaka. Tymczasem okazał się bardzo inteligentnym prawie abstynentem. Posiadał dobry sprzęt komputerowy i Internet, co wymaga w takim miejscu sporo wysiłku logistycznego i pieniędzy.

Ponadto plonem pijackich odwiedzin przez dwójkę nieznanych wcześniej miejscowych były trzy przeterminowane, ale działające race alarmowe.

Nie omieszkaliśmy odwiedzić wybrzeża Morza Ochockiego oczywiście - co za widok zamarzniętego na kość niemal szelfu. Lód pokruszył się zupełnie przez zjawisko przypływów i odpływów. Z morza sterczały odległe skalne wysepki i wielki i wysoki półwysep wyznaczający początek otwartego morza. Korciło, żeby przejść się w jego kierunku - cóż to musiał być za widok. W drodze powrotnej trafiliśmy na imprezę w porcie lotniczym - śpiewy, wódka, szyneczka. 6 stycznia poszliśmy z Jasiem do cerkwi zobaczyć jak wygląda tamtejsza pasterka. Niestety widać, że stara tradycja zabijana przez 70 lat z trudem się odradza. Mała cerkiewka mieściła niewiele osób. Obrządek zupełnie inny niż u nas. Nie było popa - pewnie nie ma w wiosce. Zgromadzeni odmawiali przez cały czas coś w rodzaju różańca. Poza tym wigilia nie wiązała się tutaj z niczym specjalnym - kolejna okazja do napicia się.

9 stycznia wychodząc z Ust Hajriuzowa rozpoczęliśmy właściwy marsz z zachodu na wschód. Oprócz pokonanych już 120 km, czekało nas jeszcze ok. 490-530 km. Cały czas rozmawialiśmy o dwóch problemowych odcinkach: 7-my odcinek, bo najdłuższy oraz odradzane nam przez wszystkich przejście skrótowe przez "pieriewał". Jeszcze dzień przed wyjściem naczelnik Krasnowski prosił, żebyśmy nie ryzykowali i poszli przez Anawgaj.

Pierwszy dzień niespodziewanie nam się wydłużył przynosząc od razu rekordowe przejście na odcinku wiodącym przez tajgę i tundrę. Cały dzień szliśmy pośród pożółkłych traw porastających szeroką dolinę rzeki Hajriuzowej. Tak jak nas pouczano wcześniej ominęliśmy pierwszą chałupę i udaliśmy się w dalszą wędrówkę poszukując mającej się znajdować nieopodal następnej. Spotkaliśmy nawet po drodze 2 GTT. Chatki jednak nie znaleźliśmy, natomiast nasz marsz w ciemnościach podtrzymywały widziane w oddali światła. Najpierw jawiły nam się jako eskadra wiezdohodów, potem duża wieś. Doszliśmy do odległego o 34 km Hajriuzowa. Kolejna budka była jedynie 2 kilometry dalej. My jednak wygodnie postanowiliśmy spytać o nocleg w wiosce. Młody Ewen sprowadził szefową administracji i ugościli nas w jej budynku.

Wioska wyglądała tak malowniczo w porannym słońcu - skupisko malutkich drewnianych domków w typowym rosyjskim stylu, z okiennicami, wokół wysokie i strome góry przecinane głębokimi dolinami (przypominały mi nieco rumuński Maramuresz).
Akurat dzień po starym ruskim Nowym Roku, czyli 13 stycznia ujrzeliśmy na horyzoncie charakterystyczna sylwetkę GTT z dwoma psami leżącymi jak w gniazdku na swym posłaniu ułożonym na dachu szoferki. Chłopcy bardzo się ucieszyli. Jasiu wyciągnął butelkę gruzińskiego wina targanego aż z Ust Hajriuzowa i chowanego każdej nocy w śpiworze, by nie zamarzło. Gdy dotarliśmy do kolejnego "blotcziku" okazało się, że przygotowane czekało już na nas drzewo. Przerębel jeszcze dał się odkuć, więc wreszcie wyprawie po wodę towarzyszyć mogły butelki, zamiast zwyczajnych w tych warunkach toreb foliowych.

Szósty dzień miał być łatwy i do tego pełen wrażeń. Najpiękniejszy, najbardziej malowniczy odcinek. Najpierw przez las stromo pod górę, potem płaskowyż z wulkanami dookoła na horyzoncie. Następnie zjazd w dół w wielkie rozlewisko dopływów rzeki Tichej. Tu piękne formy lodowe, płynąca między nimi kaskadami woda, tworząca raz po raz małe wodospadziki i zakola. Przeprawa przez lodowe mostki bez użycia raków i z saniami za plecami nie należała zresztą do najłatwiejszych. Udało się jednak, choć momentami było ciężko i niebezpiecznie, lód trzeszczał pod stopami, a bagaż prześlizgiwał się tuż obok wyrw i szczelin ponad szumiąca, przewalającą się bałwanami wodą. Teraz jeszcze wielka przestrzeń odkrytej tundry, na której akurat rozszalał się straszliwy huragan. Przy takim mrozie silny wiatr siekący po twarzy drobinkami śniegi i lodu może nieco opóźnić marsz, choć każdy z nas przeżył już coś podobnego wiele razy.

W chatce znaleźliśmy stos książek - wszystkie pewnie leżą tu by służyć za podpałkę. Postanowiłem więc wybrać sobie jedną: "Dzieci Arbatu" Anatolia Rybakowi - w końcu niemal klasykę rosyjskiej literatury.

Kolejny blaszak miał wejście całe zasypane śniegiem, ale cóż to dla nas. Następną chałupę z kolei zastaliśmy otwartą na oścież, przez co całkowicie się wyziębiła strasząc temperaturą swego wnętrza minus 16°C. Ściany były przeraźliwie przemarznięte. Na oknie zamrożony chleb, na stole solona ryba - zachowała miękkość nawet w tych warunkach. Olbrzymi piec, dookoła pustkowie i tylko przemarznięta na kość rzeka schowana za wysokimi zaspami. Stał się jednak cud. Gdy nikt już nie wierzył w możliwość ogrzania, znalazłem za szopą obok 7 ogromnych kloców drewna pozostawionych przypuszczalnie przez, którąś z kolejnych ekip wiezdohodowych przemierzających co parę dni te pustkowia. Przy pomocy puszki z "kerosiną" udało się napalić. Piec był jednak tak wielki, że drewna zaczęło wkrótce brakować, a chata tak przemrożona, że temperatura podniosła się po kilku godzinach do ledwie 4-5 stopni. Ale to i tak był sukces. Następny dzień miał być przełomowy - przechodzimy przez góry, w miejscu gdzie nawet miejscowi boją się chodzić.

18 stycznia rozpoczął się znakomicie. Piękne niebieskie niebo i silne czerwonawe z rana słońce dawały wspaniałe wrażenia estetyczne. Nad krajobrazem górował posępny wulkan Anaun. Jak tylko jednak zeszliśmy z ubitej gąsienicami ścieżki zapadliśmy się po pas - tutaj nie było mowy o poruszaniu się bez nart. Marsz utrudniały i spowalniały podejścia - cóż, czekało nas jeszcze kilkaset metrów przewyższenia. W końcu udało się - przerwa na herbatę i czekoladę, wspaniałe widoki górskie i świadomość, że dostaliśmy się "tutaj". Teraz trzeba było zjechać na dół i przekroczyć drogę do Tigilia - prawie byśmy jej nie zauważyli tak była zasypana. Potem jeszcze kolejne wejście w górę na wysokość 1100 m n.p.m. - najwyższą, jaką osiągnęliśmy na tej wyprawie. A w planach było wdarcie się jeszcze wyżej w drodze do Kozyriewska. Niestety jak się później okazało na rozległych płaskowyżach, przy silnym mrozie i potężnym momentami wietrze odmroziłem sobie kolejne palce i teraz niemal całe dłonie miałem nie w pełni sprawne. Mało tego - przy przekraczaniu drugiej przełęczy trochę się pogubiliśmy i przez chyba pół godziny szukaliśmy się z Jasiem krążąc między załomami terenu przy huku mrożącego wiatru (na dodatek cały czas znajdowaliśmy się w bardzo niewielkiej odległości od siebie). O mało nie przydałyby się race.

Namiot rozbiliśmy w zacisznym wąwozie utworzonym przez żłobiącą skałę rzeczkę. Głęboki śnieg zwiastował zbliżające się kłopoty.

Rano szło się znakomicie, świeciło silne słońce, co nas nakłoniło do urządzenia sobie małej sesji zdjęciowej. Dolina jednak stawała się coraz bardziej stroma i skalista, zmuszając nas do szukania obejść. Te z kolei zaprowadziły nas w gęsty las i śnieg, w którym nawet w nartach zapadaliśmy się niemal po pas. Poruszaliśmy się w tempie kilkuset metrów na godzinę - gdy jedna osoba torowała pozostałe czekały z tyłu na swoją kolei. Tak w końcu znaleźliśmy się we właściwej dolinie i rozbiliśmy namiot tuż przed zmrokiem na małym półwyspie oblewanym rwącymi strumykami. Tego dnia w linii prostej pokonaliśmy 3,8 km! To też był swoisty rekord.

To doświadczenie uzmysłowiło nam kilka rzeczy. Czas już troszkę naglił, śnieg dalej był ciężki. Rzeka Anawgaj była w tym miejscu szeroka i wygodna, wspaniałe zamarznięta, ale lód był także pokryty grubą warstwą kopnego puchu. Powyżej była zaznaczona na mapie jako najgłówniejsza w okolicy droga. Tam jednak także ciężko, skuter przejechał tamtędy widać może kilka dni temu - może tydzień, wszystko było już dawno pokryte zasypane. Zdecydowaliśmy nie atakować kolejnego grzbietu górskiego. Marsz do wioski, który i tak miał nam zająć półtorej dnia wydawał się znacznie właściwszy.

21 stycznia po południu zawitaliśmy do chaty Andrieja w Anawgaju. Przywitał nas jak starych znajomych. Przygotował nam specjalnie pokój. Tak nam było tam dobrze, że opóźniliśmy nieco po?południowe wyjście. Po dobrej drodze udało nam się i tak pokonać aż 28 kilometrów. Teraz czekała nas już o wiele łatwiejsza wędrówka. Jeszcze kawalątek wzdłuż rzeki Bystrej i byliśmy na skrzyżowaniu dróg. Do Kliuczi było 119 km, do Ust Kamczacka 285. Tempo nam wzrosło do ponad 40 kilometrów dziennie. Cel wydawał się blisko. Na przeprawie przez Kamczatkę ugościł nas pracownik obsługujący tutejszy prom. Jak nam powiedział oboje jego rodzice pochodzili z Poznania. Opowiadając nam o ludziach pracujących w tutejszych kopalniach złota i platyny pomylił
Polaków z Ukraińcami z zachodniej części kraju.

Przed Kozyriewskiem o świcie ujrzeliśmy niezapomniane widok. W dali dymiący na czerwono przy wschodzącym słońcu olbrzym - Kluczewska Sopka. Obok kilka innych wielkich wulkanów. Jak mówili miejscowi jeszcze kilka tygodni temu trwała wielka erupcja, dymiło w kilku miejscach, a śnieg był czarny od popiołu.

Do Kliuczi dotarliśmy w porze przedpołudniowej. Rozmowa z milicją trwała długo. Byli mili, ale musieli powiadomić FSB. I tutaj zaczęły się problemy. Spadkobiercy dawnego KGB nie mieli ochoty w ogóle z nami rozmawiać. Kazali nam się po prostu wynosić. Podobno już od kilku dni jesteśmy w terenie, w którym nam być nie wolno. Cały obszar w promieniu 150-300 km jest zamknięty jako "pogran zona". Jak się potem dowiedzieliśmy od miejscowych ostatniego lata złapano ekipę czeską, która prześliznęła się niezauważona z Ust Kamczacka. Złapali ich w Kliucziach i wybuchła straszliwa afera - zaczęło się szukanie winnych tego, że przeszli taki kawał niezauważeni. Sprawców puszczono z torbami po opłaceniu wysokich kar.

Postanowiliśmy więc jechać do "gorada" by załatwić pozwolenie. Szkoda, bo nawet jak się uda, to już nie będzie "klasyk". A przecież zostało tak niewiele - 4 dni po dobrej drodze, możliwe ocieplenie z uwagi na zbliżanie się do wybrzeża oceanu. Tak jak się jednak spodziewaliśmy największym wrogiem były nie zwierzęta, ale ludzie - tylko nie ci zwykli, szarzy, gotowi pomóc i ugościć każdego, ale jak zwykle w tym kraju administracja i urzędnicy.

Postanowiliśmy więc jechać do "gorada" by załatwić pozwolenie - szkoda, bo pozostały nam łatwe 4 dni po dobrej drodze i w cieplejszym oceanicznym klimacie Tak jak się jednak spodziewaliśmy największym wrogiem były nie zwierzęta, ale ludzie - tylko nie ci zwykli, szarzy, gotowi pomóc i ugościć każdego, ale jak zwykle w tym kraju administracja i urzędnicy. Na otarcie łez znowu miła gościna u miejscowych w Kliuczach - kąpiel w prawdziwej ruskiej łaźni, pierogi z łososiem. A na miejscu w Pietropawłowsku także sympatyczne przyjęcie w tamtejszej gazecie "Kamczatskoje Wriemia", która wydrukowała bardzo ciepły artykuł o nas.

Nie muszę dodawać, że zdobycie pozwolenia okazało się niemożliwe. Trzeba mieć silne plecy, albo drogo zapłacić, komu trzeba. Formalnie powinniśmy wzorem Himalajów dostać przewodnika bądź opiekuna z biura turystycznego - oczywisty absurd.

Pierwsza noc w Pietropawłowsku gdzieś na tyłach remontowanego budynku mieszkalnego, w pomieszczeniu stróża nocnego - młody sympatyczny chłopak przygarnął nas z własnej inicjatywy (hotele są ciągle prawie niedostępne dla obcokrajowców z uwagi na system podwójnych cen czyniących je droższymi od tych w Europie Zachodniej). Potem już znaleźliśmy naszego znajomego inżyniera Saszę. Spędziliśmy u niego w mieszkaniu prawie tydzień próbując załatwić pozwolenie, zarejestrować się (tu zapłaciliśmy karę za brak papierów potwierdzających naszą rejestrację w Kozyriewsku i Kliuczach).

Odpowiednio 2 i 3 lutego opuściliśmy Kamczatkę - Jasio poleciał wraz z sankami do Polski, my do Władywostoku, by szukać tam sposobu wjechania do Chin.

Wyprawę pozostaje nam uznać za udaną, choć pozostał niedosyt. Feta, którą urządziliśmy nad brzegiem oceanu koło Pietropawłowska (też zakazane miejsce, ale podobno patrole sprawdzające czy ktoś nie ucieka do USA bywają rzadko, szczególnie w lutym, gdy pogranicznikom się nie chce wyłazić z chat) machając polską flagą i strzelając racami nie zastąpiła nam jednak dojścia do Ust Kamczacka. Choć fale rozbijające się o skały sterczące z morza, śnieg i czarny jak węgiel piasek robiły niezapomniane wrażenie.

 

 

Jan Lenczowski


Dojazd i rozpoczęcie marszu

 

Rankiem 17 grudnia 2002 wyruszamy z Krakowa, z ambitnym celem dokonania zimowego przejścia Kamczatki z zachodu na wschód. W skład ekipy wchodzi Maciek Kania, absolwent AE w Krakowie, wieloletni działacz turystyczny i podróżnik, Rafał Sieradzki, absolwent MBA w Madrycie i zapalony alpinista, oraz ja, wciąż student.

Pociągi i pociągi, przesiadki, chłód, ale śniegu nie wiele. Granica z Białorusią, przemytnicy alkoholu biegają po wagonie, odkręcają lampy i inne skrytki. Rzucają różne bagaże tu i ówdzie. Mijamy granicę, na peronie ciężki bagaż utrudnia drogę, jeszcze jedna kontrola na dworcu w Brześciu. Celnicy są dla nas mili, wkrótce dostajemy bilety do Moskwy.

Robimy zakupy, liczne zera na banknotach, kiedy to było u nas? Za chwilę dopadamy pociągu, w ostatniej chwili. Młoda prowadnica, z tradycyjnie przesadzoną tapetą, podniesionym głosem domaga się od nas biletów. Docierając na ostatnią chwilę sprawiliśmy jej kłopot, o czym daje nam znać bardzo dobitnie. W Rosji wszystkie pociągi dalekobieżne mają miejsca do spania, a każdy wagon obsługiwany jest przez osobę zwaną prowadnikiem.

Wreszcie się wysypiamy, poprzedni tydzień dał nam się silnie we znaki, przygotowania i pożegnania, na sen nie było czasu. Teraz wielogodzinna podróż do Moskwy, odcinamy kolejne kilometry.

W końcu nasz pierwszy cel, dworzec Białoruski w stolicy dawnego sowieckiego imperium. Wieczór, wszędzie tłumy, a my z naszym zaimprowizowanym planem poszukiwania polskiej parafii i bagażami w praktyce uniemożliwiającymi poruszanie się. Pytanie o drogę daje płoche rezultaty. Każda osoba zapytana o tę samą ulice pokazuje inny kierunek. Moskwiczanie są zagonieni, każdy okryty swym grubym kożuchem podąża śpiesznie w swoją stronę. Gdy udaje nam się w końcu ustalić prawidłowy kierunek, zaczynamy taszczyć nasze pięćdziesięciokilogramowe pakunki. Przebijając się przez tłum śpieszący chodnikami, wydychamy z ust kłęby pary na dwudziestostopniowym mrozie.

W końcu sukces. Jedna z dwóch katolickich parafii moskiewskich stoi w sąsiedztwie efektownego -XIX-wiecznego- pałacu, postawionego kilka lat temu przez premiera Czernomyrdina. Dzięki uprzejmości księdza Grzegorza mamy nocleg na trzy dni. Nasz dobroczyńca jest raczej drobny, myślące spojrzenie, nie do pokonania w tenisa stołowego. Pytany, czy nie czuje się szykanowany przez władze, zaprzecza. Do polityki się nie miesza. Ksiądz zajmuje się młodzieżą, w parafii organizowane są liczne zajęcia kulturalne, kursy językowe i muzyczne.

W ciągu trzech dni zwiedzamy Moskwę. Plac Czerwony - milicjant legitymuje nas, na szczęście do trzech dni pobytu nie wymagana jest rejestracja, której brak grozi karą. Potem Kreml, cerkwie, Uniwersytet Moskiewski - ochrona nie chce nas wpuścić bez identyfikatora. Jedziemy zobaczyć też olbrzymi, pudełkowaty gmach KGB na Łubiance. Jesteśmy już zmęczeni Stolicą. Wszędzie tłumy, w zatłoczonym mieście człowiek staje się anonimowy.

W metrze jesteśmy świadkami skuteczności moskiewskiej milicji. Jedna z linii objeżdża centrum wokół, daje to możliwość ucięcia sobie drzemki w hałaśliwej kolejce, jeżdżącej w kółko. Zmęczeni całodziennym zwiedzaniem przysiadamy na siedzeniach idących wzdłuż wagony, śpiące obok i naprzeciwko kobiety wydają się być bezdomne. Nam w końcu również głowy opadają, zapadamy w drzemkę, nie trzeba wysiadać, przecież skład jeździ w kółko. Ze snu wyrywa nas nagłe poruszenie. Na jednej ze stacji, olbrzymi milicjanci wpadają do wagonu. Cała akcja trwa sekundy. Dwie bezdomne panie, zostają wytargane za fraki niczym worki ziemniaków na zewnątrz. Patrzymy wokół zaskoczeni, sami nie wiedząc do końca co właściwie się zdarzyło. Odechciewa nam się spać, wysiadamy na naszej stacji, na ścianach kolorowe mozaiki przedstawiają symbole walki klasowej.

Cena dojazdu do lotniska jest wliczona w przelot. Pociąg jest nowoczesny, telewizja, standardy europejskie. Na lotnisku kolejka do odprawy. Za nadbagaż nie można zapłacić przy odprawie. Szukamy kasy by opłacić taryfy i w rezultacie ledwie zdążamy na samolot. Lot daje nam okazję do relaksu przy względnie nie drogim piwie.

 

W cieniu wielkiej góry.

 

Lądowanie, na dole zimno, tłum odbiera bagaże, rutynowa kontrola i lotnisko pustoszeje. Dowiadujemy się o lot do Ust-Hajrjuzowa - na zachodni brzeg półwyspu, skąd planujemy rozpoczęcie naszej wędrówki. Samolot, owszem, leci za trzy dni, ale cena nas zniechęca. Siadamy w bufecie w sąsiedztwie grupki Azerów. Narody byłych południowych republik ZSSR, rozjechały się licznie po Rosji, często przejmując drobny handel i sprzedając kebaby.

Zastanawiamy się nad dalszym postępowaniem, w rezultacie zapada decyzja. Pojedziemy autobusem do Esso - kurortu położonego w samym sercu Kamczatki, a stamtąd spróbujemy dostać się śmigłowcem do naszego celu.

Póki co, zapuszczamy się w pobliski zagajnik, gdzie rozbijamy namiot. Nad nami, ponad trzy i pół kilometrowy, wulkan Koriacki rozpościera swą potężną sylwetkę.

Rano jest rześko - 17 stopni mrozu. Zbieramy graty i wpychamy się do zatłoczonego podmiejskiego autobusu Pietropawłowsk-Jelizowo. Słońce wstaje późno - około dziesiątej. Na dworcu stoją japońskie i koreańskie furgonetki - znak nowych czasów i sąsiedztwa azjatyckich tygrysów. Wreszcie podjeżdża autobus. Siadamy wraz z trójką chłopców z pobliskiej, bo odległej zaledwie o 250 kilometrów, wsi. Po drodze na przystankach starsze Rosjanki, tzw. babuszki sprzedają pierożki z ciasta drożdżowego nadziewanego farszem. Obżeramy się wszyscy.

 

Kamczacka Szwajcaria

 

Esso (nazwa rdzenna) jest być może największą atrakcją turystyczną na Półwyspie. Miejscowość znajduje się w malowniczej dolinie. Jej największym bogactwem są wody termalne wykorzystywane do ogrzewania domów. Jest tu też basen, w którym kąpać można się przez cały rok, do tego bezpłatnie. Przyjemność moczenia się w ciepłej wodzie przy panującej wokół temperaturze -20 stopni C zostawiamy sobie na później. Zaczynamy od rejestracji na milicji i dowiadywania się na temat lotu na zachodni brzeg. Sprzedawczyni w miejscowym bufecie, przejęta naszym planem spania w namiocie, załatwia nam nocleg w poczekalni na lotnisku. Mamy ten pokój cały dla siebie. Śpimy na podłodze, pomieszczenie jest ogrzewane termalnie. Z początku śmigłowiec (ros. wiertolot) ma odlecieć za dwa dni. Nie leci, zmiana terminu na następny dzień, niestety psuje się pogoda. Cały czas czekamy, nie znając ani dokładnego terminu odlotu, ani jego ceny.

W międzyczasie mamy wreszcie okazję wypróbować nowy sprzęt narciarski, zakupiony w Polsce, który nie był jeszcze testowany ze względu na brak śniegu w ojczyźnie. Biegamy więc wytrwale na nartach po Esso i okolicach. Osada składa się z kilku poprzecznych ulic. Zabudowę stanowią prawie wyłącznie drewniane domy jedno- lub dwukondygnacyjne, o stromych dachach. Wszystko sprawia wrażenie zbudowanego prowizorycznie. Zalegające wszędzie wokół rury doprowadzające ciepłą wodę termalną do domów są słabo izolowane, lub w ogóle nie są. Do tego są często nieszczelne, w takich miejscach powstaje gejzerowata fontanna, tworząca na ziemi lodowy kopiec.

Na lotnisku poznajemy Edika, który zajmuje się tankowaniem helikopterów. Zaprasza nas do siebie na obiad, w skromnym mieszkaniu prezentuje nam cały arsenał broni myśliwskiej. Jego młoda żona, autochtonka z plemienia Ewenów, odziedziczyła pokaźny kawał ziemi w pobliskich górach. Mają tam małą chatkę, do której wspólnie jeżdżą na polowania. W Esso żyje jeszcze spora grupa rdzennych mieszkańców dalekiej Syberii. Ewenowie to niewielkie plemię, Mamy okazję zobaczyć ich święto w pobliskiej szkole. Okazuje się że święcą nowy rok w stylu -radzieckim-. W dużej świetlicy miejscowej szkoły, zbiera się kilka rodzin, każda zajmuje osobny stół. Jest choinka, Dziadek Mróz, inscenizacja teatralna przygotowana przez dzieci, konkurs wsadzania kartek papieru do butelek na szybkość (ostatnie miejsce zajął bardzo wesoły, okrągły Ewen mocno wstawiony). Potem jest pokaz tańców tradycyjnych. Tancerze są młodzi, ubrani w kolorowo wyszywane skóry, przy wtórze bębnów i okrzyków pląsają po sali. Na bankiet już nie zostajemy.

Popołudniami kąpiemy się w basenie. Jest to duży, murowany basen termalny na otwartym powietrzu. Nie ma wokół żadnego budynku, więc rozbierać trzeba się na drewnianej ławeczce, nie ośnieżonej w miejscu gdzie zbudowano niewielkie zadaszenie. Głowy mamy całe oszronione od panującego wokół prawie trzydziestostopniowego mrozu. W wodzie jest ciepło, ale ubierać trzeba się szybko.

Zaczynamy już tracić wiarę, że kiedykolwiek odlecimy, gdy szóstego dnia oczekiwania, niebo rozjaśnia się nieco. Helikopter będzie leciał. Przygotowujemy bagaż i podchodzimy do maszyny, której załadunek prowadzony jest przez grupę mężczyzn. Jeden z nich ciągnie po śniegu kawał zamrożonego jelenia. Rzuca go na skrzynki wódki w ładowni wiertolotu. Luk zamyka się. Idziemy negocjować z pilotami. Otwierają okienko, tłumaczą, że mają zbyt wiele ładunku, pogoda niepewna i nie mogą nas zabrać. Po chwili śmigłowiec odlatuje, a my zostajemy na pustym lotnisku.

Cały tydzień czekania nie przyniósł żadnych rezultatów, do tego nie wiadomo, czy polecimy za dwa dni, czy może tygodnie. Po krótkiej naradzie, decydujemy wyruszyć do oddalonego o dwadzieścia kilometrów przysiółka Anafgaj, skąd również odlatują śmigłowce, a do tego wyjeżdżają wiesdochody, czyli potężne transportery na gąsienicach wyglądem przypominające czołgi. Dystans między miejscowościami pokonujemy na ciężarówce wiozącej deski do miejscowego tartaku. W Anafgaju, leżącym na dnie głębokiej doliny, udajemy się na zakupy i zasięgamy informacji. Mały, nieco podpity Ewen w średnim wieku prowadzi nas do naczelnika wioski - również wschodnich rysów, który proponuje nam przejazd na skuterach śnieżnych - rosyjskich Buranach. Cena znów nas zniechęca, maszyny te palą potworną ilość paliwa. Wobec wszystkich okoliczności zrażających do dalszych prób szukania transportu, decydujemy się na transport w swoim zakresie, czyli na własnych nogach.

Anafgajczycy zostawiają nam do dyspozycji cały dom. Po raz ostatni w ciągu kilku tygodni bierzemy ciepły prysznic termalny. Maciek dyskutuje z Andriejem, miejscowym kulturoznawcą, na temat polskiej kinematografii.
Nazajutrz rano ruszamy w pełnym rynsztunku. Jesteśmy już zdrowo zarośnięci, brody celowo zapuszczone, ze względu na mróz, w polarach, kurtkach i spodniach ze specjalnych -oddychających- materiałów, każdy ciągnie sanie pełne wszelakiego sprzętu typu: śpiwory, karimaty, ubrania, jedzenie itp. Narty, póki co, jadą na saniach, a my w butach turystycznych i z kijkami w dłoniach ruszamy do boju.

Z początku idziemy w górę doliny rzeki Anafgaj. Skręcamy w drogę -traktorną-, która będzie nam długo jeszcze towarzyszyć. Składa się ona z dwóch szeroko rozstawionych kolein, wygniecionych w śniegu przez gąsienicowe wiesdochody. Na trasie naszej wędrówki, według zapewnień Naczelnika i Andrieja, co dwadzieścia kilometrów znajduje się mały domek, wyposażony w piecyk. Maszerujemy dosyć powoli, na stromych podejściach idziemy pochyleni ciągnąc pięćdziesięciokilogramowe brzemię. Jak powiada Rafał - chomąta, w które wpinamy się codziennie, zdążą nam jeszcze zbrzydnąć. Nasza droga do punktu rozpoczęcia właściwej części wyprawy liczy 240 kilometrów. Idziemy do góry przez kilka godzin. Droga wiedzie najpierw doliną, później wchodzi na wysoki płaskowyż. Krajobraz zmienia się z czasem. Tajga ustępuje zwolna tundrze z porozrzucanymi tu i ówdzie kępami brzóz. W końcu docieramy do naszego celu. Domek, o którym nam mówiono, jest prostym barakiem przywiezionym w te góry i postawionym na kamieniach. Ściany są ze sklejki, wzdłuż nich prycze, dodatkowe wyposażenie stanowi piecyk z kominem wychodzącym przez otwór w dachu. Szybko zabieramy się do rozpalania w piecu. Łamiemy gałęzie z drzew powalonych przez wiatr. Drewna starczyć powinno do rana. Z początku pomieszczenie zapełnia się gęstym dymem, wkrótce można już jednak oddychać, a w chatce robi się przyjemnie ciepło.
barak

Następnego dnia wychodzimy późno. Niepotrzebnie się rozdzielamy i mylimy drogę, przez co tracimy dodatkową godzinę. Wspinamy się na wysoką przełęcz, a następnie schodzimy na obszerny, tundrowy płaskowyż, po którego prawej stronie piętrzy się stożkowaty Anaun. Po południu zakładamy narty, idziemy aż do nocy, ale wciąż nie widać chatki. Rozbijamy namiot na wietrznym, lodowym pustkowiu. Jest sylwester roku 2002, moment nadejścia nowego roku przesypiamy, w Polsce będzie on za 11 godzin.

Kolejnego dnia ruszamy dalej, za 40 minut przechodzimy obok naszego niedoszłego miejsca noclegu. Brakło nam zaledwie 1600 metrów. Nasza trasa wiedzie szeroką doliną, pustkowie to zdaje się być zapomniane przez cywilizację. Jedynie zawiany już nieco ślad śnieżnego Burana wskazuje nam kierunek marszu. Jest późne popołudnie, kiedy już mocno zmęczeni spotykamy pierwszą żywą duszę na naszej drodze. Mężczyzna w wieku trudnym do określenia - efekt częsty u ras dalekowschodnich, odziany w skóry, skórzane botki, szerokie narty myśliwskie. W dłoniach dzierży drewniane patyki. Przez ramię przerzucony niewielki worek - cały jego bagaż. Nasz przygodnie spotkany rozmówca obnaża bezzębne dziąsła w szerokim uśmiechu.

- produkty akończylis - mówi, udaje się pieszo na zakupy z oddalonej o 60 kilometrów osady myśliwskiej. Przed nim następne tyle samo. Ma jeszcze trochę mięsa i rybę. Obdarowujemy go cukrem i herbatą i życzymy sobie szczęścia w dalszej drodze.

 

Nanda Devi East 2009 Wyprawę na Nanda Devi planowałem już od trzech lat, obecnie wraz z Tomkiem Walkiewiczem i Marcinem Hennigiem podjęliśmy pracę nad realizacją celu. Góra należy do trudnych, po pierwszym polskim wejściu w 1939 roku, na szczycie nie stanął żaden Polak. Dla Hidnusów Święta Góra, uważana za najtrudniejszą zdobytą w Himalajach przed II Wojną Światową.

Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół.

Nowa StronaW 2004 roku stworzyłem swoją pierwszą stronę internetową. Strona wyrózniala sie ciekawym projektem, wykonanym przeze mnie za pomoca programów graficznych. Oryginalny projekt to jednak nie wszystko, zdecydowałem się wiec na zmianę formy na bardziej przejrzystą i umożliwiającą dalszy rozwój i rozbudowę strony. Efektem jest strona w obecnej formie. Mile widziane będą wszelkie uwagi, w szczególności zaś - aplauz i ogólna akceptacja.

Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km, czas który uzyskałem: 35m 54s.

o mnie | kontakt | ©2008 Jan Lenczowski