FRAGMENT MOJEGO DZIENNIKA Z WYPRAWY
(...)Patrząc na drogę, którą zrobiliśmy dzięki pracy Jarka, Daniela i całego zespołu, nie sposób nie docenić tego, czego dokonała pierwsza polska wyprawa w Himalaje. Znalezienie drogi przez turnie, śnieżną kopę i skalną grań było już nie lada sobie wyczynem, nie mówią o uskokach pod szczytem, których my dotąd nawet nie „liznęliśmy” *kiedy to piszę (10.45) Jarek i Daniel zbliżają się właśnie do pierwszego uskoku. Pierwsza wyprawa korzystała z lichego sprzętu przeważnie chałupniczej produkcji i własnego projektu. My mamy nowoczesny i lekki ubiór, szpej, namioty, nasze jedzenie jest znacznie lżejsze, używamy liofilizatów i gazu w kartuszach dającego więcej energii w stosunku do wagi, przy zestawieniu z paliwem używanym przez I wyprawę. Na naszą korzyść działa jedynie to, że nie zatrudniamy tragarzy wysokogórskich i wszystko wnosimy sami, do tego niektóre miejsca grani są dziś mniej obszerne i trudniejsze do pokonania. Przykładem może być ciasnota na przełęczy Longstaffa czy przewieszony serak na skalnym fragmencie grani, którego Daniel pokonał w niewiadomy mi dotąd sposób.
Godz. 14.52
A więc jest jeszcze iskierka nadziei. Według ostatnich informacji chłopcy weszli na 6800 i zużyli prawie całą linę poręczową. Być może jutro zdecydują się na atak. Żeby tylko pogoda dopisała. Ja ze swojej strony chcę podejść do C2 sam po linach, a później granią śnieżną. Jeśli jutro chłopcy przeprowadzą atak, to ja powitam ich w C2 po zejściu. Plącze mi się oczywiście po głowie pomysł , by samemu atakować szczyt, ale jest to niestety bardzo mało realne. Po pierwsze nie mam partnera, po drugie, jeśli jutro dojdę mogę być mocno wypruty, a po trzecie podejrzewam, że nie ma pełnego ciągu poręczówek na szczyt, a sam się nie przyasekuruję. Ogólnie jeśli przydam się chłopakom dając im pić po zejściu to i tak dobrze, do tego pewnie zniosę namiot z C2, który chłopcy już chcieli zarzucić. To tyle z planów na teraz, a zmieniają się one z godziny na godzinę w zależności od wiadomości z góry. Właśnie zaczął padać śnieg, na szczęście opady ostatnich dni są skromne i nie utrudniają marszu, poza tym śnieg jest regularnie zdmuchiwany z grani, przez co idzie się na ogół po twardej powierzchni. Wyjątkiem są okolice turni i grani skalnej, gdzie popołudniami zdarza się zapaść aż po udo. Jest to zwykle nieprzyjemna niespodzianka narażająca nogę na duże przeciążenia, a do tego wygramolenie się z takiej pułapki zajmuje zawsze chwilę i wymaga wytężonego wysiłku. Wniosek jest taki, że najlepiej chodzić po grani rankiem, przy czym nie za wczesnym, ze względu na przenikliwe zimno. Tutejsze amplitudy temperatur są dla organizmu zabójcze. Zimne i często wietrzne ranki wkrótce przechodzą w słoneczne i upalne południa, na zewnątrz praży bezlitośnie słońce, a wewnątrz namiotu sauna, wietrzenie po prostu nie działa. Taki dzień po południu często staje się mglisty, zimny, śnieżny i znów można nieźle zmarznąć. Ubieranie się przy tak zmiennej pogodzie stanowi nie lada wyzwanie. Gdy jestem w ruchu stosuję na ogół trzy warstwy, koszulkę oddychającą z długim rękawem, do tego golf oddychający, a na wierzch kurtka z cienkiej membrany gore, gdy jest gorąco, to po prostu rozpinam ten zestaw bądź zdejmuję kurtkę, gdy nie jestem w ciągłym ruchu dokładam jeszcze kurtkę puchową pod membranową i w ten sposób staram się zachować ciepło. Na nogach mam majtki i gatki oddychające, do tego spodnie z membrany nieocieplone, to musi wystarczyć, by zachować równowagę termiczną. Na stopy grubsze skarpety i skorupy wraz z botkami wewnętrznymi, dodatkowo izolują ochraniacze przeciwśnieżne, ale nic nie poradzi się na to, że stopy marzną, zwłaszcza rano. Marzną też palce u rąk, można temu przeciwdziałać zakładając grube łapawice, ograniczają one jednak zręczność, przez co w czasie porannych przygotowań sprzętowych są raczej nieprzydatne. Cały czas siedzę sam w C1, śnieg pada, przypomniało mi się, że Daniel słyszał tu „głosy”. Faktycznie jakiś namiot wytopiło spod śniegu jakieś 5 metrów od naszego. Widać fragmenty płótna namiotu i śpiwora. Kiedy śpiwór ten odsłonił się pierwszy raz, Jarek stwierdził, że na pewno jest pełen, tj. zawiera swojego właściciela. Daniel poszturchał go nieco i zdementował tę teorię. Nanda Devi East jest górą bardzo trudną, natomiast nie cieszy się opinią szczególnie śmiertelnej. Według badań przeprowadzonych przez Jarka Sadowskiego na 12 wypraw zginęło „tylko” kilku wspinaczy, podczas gdy na szczycie stanęło kilkudziesięciu. W Indiach dowiedzieliśmy się jeszcze o niedawnej wyprawie sprzed 2 lat w której zginęło 5 oficerów, prawdopodobnie pod lawiną w czasie zejścia z przełęczy Longstaffa. Ich zniknięcie jest do tej pory owiane tajemnicą, a żony oficerów prosiły nas o pomoc w odszukaniu ciał mężów.
Godz. 17.55
Zrobiło się ciekawiej, chłopaki doszli na 69XX, położyli wszystkie poręcze jakie mieli (razem z moim dynamikiem), potem zjechali w 45 minut w dół i teraz liczą na poprawę pogody, która raczej nie chce nadejść. W radiu włączył się Marcin, który odradzał mi wyjście do góry, a chłopakom radził atak z 7000 z małego namiotu. Wygląda, że nikt Marcina nie posłucha, odpowiedziałem mu coś dyplomatycznie, teraz będzie nowa łączność.
Godz. 19.20
No i jest decyzja o ataku, Jarek i Daniel wyruszą jutro o trzeciej nad ranem, oby im się powiodło. Ja wyjdę przed ósmą do C2 i mam nadzieję powitać ich po powrocie ze szczytu. Boję się trochę śnieżnego odcinka grani przed C2, ale jakoś przecież będzie. Zrobiłem sobie kolacyjkę, zupa pomidorowa i herbatka do termosu, a teraz do snu, może jeszcze o 20 coś pogadam z bazą, a budzik o 6 dzwoni. Oby tylko pogoda była, prognozy nie najgorsze.
26.5.2009 godz. 6.15
Gotuję wodę na muesli. Połączyłem się z BC, jak zwykle na nogach tylko Narcyz (i Ganga), na razie nie ma żadnych wiadomości od chłopaków. Liczę na to, że gdy wyjdę na pierwszą turnię, to zobaczę ich wspinających się, może już będą pod drugim uskokiem, pogoda dobra, słońce i troszkę wieje.
27.5.2009 godz. 17.50
No i nie udało się. Wczoraj ruszyłem do góry, po godzinie włączyłem radio i dowiedziałem się, że chłopaki nie wyszli. Daniel jeszcze się wahał. Zastanawialiśmy się nad wyjściem następnego dnia razem, bo Jarek zaniemógł i zamierzał schodzić. W końcu Daniel zdecydował się schodzić z Jarkiem. Spotkałem ich po drodze przy depozycie za kopą. Jarek faktycznie schodził powoli. Wzięliśmy linę dynamika, która tam leżała, związaliśmy się, przeszliśmy przez kopę i w dół po linach. Po drodze filmowanie, podsumowania. Na przełęczy rest i zupka. Zbieramy namiot i schodzimy w dół z Longstaffa. Na dole Zizi i Narcyz zbierają ABC, Narcyz i potem reszta pomagają nam znosić ciężary. Na wieczór jesteśmy w BC wszyscy. Wieczorem pijemy, urodziny Żeni, nastroje umiarkowanie dobre. Ja i Daniel siedzimy do nocy, najbardziej żałujemy, że schodzimy bez szczytu. Idziemy spać dopiero ok. 1.00 w nocy. (...)
|
Nanda Devi East 2009 Wyprawę na Nanda Devi planowałem już od trzech lat, obecnie wraz z Tomkiem Walkiewiczem i Marcinem Hennigiem podjęliśmy pracę nad realizacją celu. Góra należy do trudnych, po pierwszym polskim wejściu w 1939 roku, na szczycie nie stanął żaden Polak. Dla Hidnusów Święta Góra, uważana za najtrudniejszą zdobytą w Himalajach przed II Wojną Światową. |
Tatrzańska MasakraW 2004 roku udało mi się przejść i przebiec w ciągu jednego dnia prawie całe Tatry Polskie. Jednego dnia zdobyłem Rysy, Świnicę, Czerwone Wierchy i Starorobociański Wierch. Trasa zajęła mi ponad 17 godzin w czasie których przeszedłem 50 km, robiąc 4000 metrów podejść i 4500 metrow w dół. |
|
Nowa StronaW 2004 roku stworzyłem swoją pierwszą stronę internetową. Strona wyrózniala sie ciekawym projektem, wykonanym przeze mnie za pomoca programów graficznych. Oryginalny projekt to jednak nie wszystko, zdecydowałem się wiec na zmianę formy na bardziej przejrzystą i umożliwiającą dalszy rozwój i rozbudowę strony. Efektem jest strona w obecnej formie. Mile widziane będą wszelkie uwagi, w szczególności zaś - aplauz i ogólna akceptacja. |
Maraton w Poznaniu 12 października 2008 wystartowałem w Maratonie Poznańskim. Był to mój trzeci maraton w życiu, ale po raz pierwszy udało mi się przełamać barierę trzech godzin. Ustanowiłem osobisty rekord na tym dystansie: 2h 58m 20s. Jest to już drugi mój najlepszy wynik w tym roku, poprzednio na Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim poprawiłem swój wynik na 10 km, czas który uzyskałem: 35m 54s. |